Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Czarne święta” Boba Clarka

Albert Nowicki

Wśród bożonarodzeniowych horrorów nie znajdziemy wielu perełek. Po latach wciąż trzyma w napięciu segment And All Through the House w Opowieściach z krypty Freddiego Francisa. Dobrze ogląda się też Krampusa. Ducha Świąt. Na każdy solidny film przypada jednak dziesięć Jacków Frostów. Nim wigilijne kino grozy stało się synonimem groteski i kiczu, powstała produkcja, która do dziś spędza widzom świąteczny sen z powiek, a niektórych przeraża bez reszty. Czarne święta, bo o nich mowa, to świetnie zrealizowany, ponadczasowy horror, który czterdzieści pięć lat po swojej premierze nie zestarzał się prawie w ogóle.


Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Lśnienie”

Siłą Czarnych świąt są tradycyjne wartości wyznawane przez reżysera Boba Clarka. Ceni on sobie suspens w starym wydaniu, a krzykliwego szastania efektami gore unika jak ognia. Poznajemy grupę zżytych ze sobą studentek, które mieszkają razem w żeńskim akademiku. Już w pierwszej scenie wprowadzeni zostajemy w sam środek upiornej intrygi: ktoś obserwuje dziewczęta zza okna, dyszy głęboko i obsesyjnie, wreszcie zakrada się do jednej z sypialni. Uczennice z siostrzanego stowarzyszenia otrzymują obsceniczne telefony od nieznanego mężczyzny. Nie wiedzą, że na ich strychu ukrywa się maniakalny morderca.

Wielu współczesnych reżyserów uznałoby podobną fabułę za pretekst do ukazania krwawej masakry. W pokrewnym tematycznie straszaku Cicha noc, śmierci noc skupiono się wyłącznie na eksploatowaniu nastoletnich ciał. Czarne święta mają na szczęście więcej finezji, a twórcy wolą budować przekonującą atmosferę osaczenia. Film Clarka to prawdopodobnie pierwszy slasher z krwi i kości: mieszają się w nim wszystkie klasyczne konwencje, które później odtworzono w dziesiątkach, jeśli nie setkach, horrorów stalk ‘n’ slash. W 1974 roku film Clarka mógł nawet uchodzić za kino nowatorskie, czerpiące co najwyżej z włoskiego giallo, do czego reżyser nigdy się nie przyznawał. Pojawia się tu najwcześniejszy przykład archetypu final girl; po raz pierwszy przytoczona zostaje miejska legenda o zabójcy dzwoniącym do ofiary z tego samego adresu. Jej wariacje wykorzystano później w When a Stranger Calls Freda Waltona i oczywiście Cravenowskim Krzyku.

Za sprawą popisowej reżyserii Clarka i złowieszczej, przyprawiającej o dreszcze ścieżki dźwiękowej Czarne święta działają jak dobrze naoliwiona maszyna. Muzyka ma w filmie wymiar awangardowy, jest chłodna i nieprzyjazna – zupełnie jak ta z rówieśniczej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Pełno tu aberracyjnego dysonansu, agresywnych uderzeń w klawisze fortepianu, ciężkich do zidentyfikowania dźwięków. Przewija się też przez soundtrack odgłos szumiącego wiatru – takiego, który hula po źle uszczelnionym przed zimą poddaszu. Opresyjne jest wnętrze strychu, na którym zamieszkał tajemniczy morderca – pozostałą część akademika przystrojono lampkami o ostrym strumieniu światła oraz jodłowymi wieńcami. Scenografia nie jest może szczególnie urozmaicona, ale i tak sprawia wrażenie wystawnej, a dzięki wyraziście bożonarodzeniowemu oświetleniu film staje się bardziej stylowy.

Przeczytaj również:  Reżyserzy kręcą w kwarantannie! Zobacz za darmo najnowszy horror twórcy "Annabelle: Narodziny Zła"

Zobacz też: “Last Christmas”, czyli “daj serce, patrzaj w serce” [RECENZJA]

Clark wykazuje upodobanie do obrazoburczej ironii. Okres świąt, przez tak wielu Amerykanów nazywany najpiękniejszym czasem w roku (zgodnie z piosenką Andy’ego Williamsa), ukazany zostaje w brutalnie krzywym zwierciadle. Studentki są rozerotyzowane i chętnie oddają się alkoholowym libacjom, na umór pije też opiekunka ich roku. Główna bohaterka, Jess (Olivia Hussey), dowiaduje się, że jest w ciąży i planuje aborcję – właśnie wtedy, gdy upamiętniane są rzekome narodziny dzieciątka Jezus. Alegoryczna jest postać samego mordercy, czyli Billy’ego. Pod nieuwagę dziewcząt zstępuje on z drabinki, łączącej piętro z poddaszem, a potem wślizguje się studentkom do pokoi, chowa się w ich szafach. Jest jak pomylony Święty Mikołaj, który nachodzi domowników przez komin. Zamiast rózgi preferuje jednak ostro zakończone przedmioty. Świetna jest scena, w której zabija Billy jedną z dziewczyn przy pomocy świątecznej figurki w kształcie jednorożca. Nieszczęsna ofiara budzi się z deliryjnego snu i odkrywa, że stoi nad nią zabójca: jego twarz rozjaśniana jest wyłącznie snopem światła, rzucanym przez uliczną latarnię. Ostre cięcia montażowe pokazują na przemian zakrwawiony, szklany ornament oraz rozśpiewane twarze dzieci – w międzyczasie inna postać otworzyła drzwi kolędnikom. Połączenie anielsko falsetowanej kolędy z szokującymi przebłyskami morderstwa daje naprawdę upiorny efekt.

Billy to szalenie niepokojący antybohater. Zbliżenia na jego maniakalne oczy na długo zapadają w pamięć, ale najstraszniejsze są rozmowy telefoniczne, podczas których zabójca nęka studentki, bredząc coś o swojej traumatycznej przeszłości. Rzuca imionami, których dziewczyny nie mogą znać (Billy, Agnes), mówi o sobie w trzeciej osobie. Używa różnych intonacji, chwilami brzmi, jakby władał kilkoma głosami. W słuchawce telefonu mieszają się okrzyki, płacz, śmiech, wreszcie dewiacyjne jęki i szepty. Wszystko brzmi perwersyjnie. Operuje też wulgarnym, by nie napisać świńskim, językiem – jasnym staje się, że jest skrajnie obłąkany. Ale jest coś, co czyni ten zboczony bełkot chorego emocjonalnie człowieka jeszcze upiorniejszym. Billy za każdym razem telefonuje do dziewcząt po dokonaniu kolejnego morderstwa – warto dodać, że na terenie ich własnego akademika. W tym kontekście niedopowiedziany finał filmu wydaje się wręcz przerażający.

Przeczytaj również:  "W lesie dziś nie zaśnie nikt" – Pierwszy polski slasher? [RECENZJA]

Zobacz też: Roman Polański: “Nóż w wodzie”

Zakończenie Black Christmas to w ogóle najmocniejszy komponent filmu. Clark finalizuje swoją prostą, zdawałoby się, historię, nie ujawniając tożsamości zabójcy. Nie przytacza szczegółów z życia Billy’ego, nie potwierdza nawet, że to on zabił w wigilijny wieczór pół tuzina ludzi. Wszystko pozostaje w sferze domysłów i podtekstu, zwłaszcza że można odebrać film jako klasyczne, sewentisowe murder mystery (głównie przez postać Petera, chłopaka Jess).

Jest to więc kawał mocnego, nieoczywistego kina grozy. Clark odwraca wyświechtany, slasherowy schemat, wedle którego dziewica zawsze dotrwa do napisów końcowych cała i zdrowa, a jej rozpustne koleżanki zginą pierwsze. Albo inaczej: przedstawia alternatywną dla stalk & slash rzeczywistość, w której potencjalna final girl to aborcjonistka, a w objęciach zabójcy umierają też postaci aseksualne (jak Phyllis). Film jest koncertowo zagrany, a najwięcej uwagi skupiają na sobie Hussey jako wyemancypowana, ale trochę histeryczna Jess, oraz Margot Kidder jako jej koleżanka – imprezowa panna o ciętym języku. Clark doprawił też Czarne święta szczyptą studenckiego humoru, który chwilami bywa przedobrzony i zwiastuje późniejszy flirt reżysera z wulgarną komedią (seria Porky’s). Nie martwcie się jednak tymi kilkoma gagami – całość nadal potrafi i straszyć, i trzymać w napięciu, a do tego ma wyborny posmak retro. To klasyka horroru kanadyjskiego, która w znacznym stopniu zainspirowała powstanie Halloween Carpentera.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.