“Cola de Mono”, czyli “teenage nightmare” [RECENZJA]

Chile, połowa lat osiemdziesiątych. Nastoletni bracia, Borja i Vicente, szykują się do obchodów Bożego Narodzenia. W ich domu nie panuje świąteczna atmosfera – chyba, że za taką uznamy wspólny wieczór przy wysokoprocentowym trunku i paczce papierosów. Tytułowy cola de mono to tradycyjny drink, powstały na bazie pisco, jajek oraz kakao. Gdy owdowiała matka miesza tabletki z alkoholem i zapada w wigilijny sen, jej synowie oddają się nocy. Starszy z nich wyrusza na poszukiwanie seksualnych uniesień. Młodszy, Borja, poznaje skrywaną przez brata tajemnicę.

Cola de mono

W najnowszej produkcji Alberto Fugueta – luźno nawiązującej do jego osobistych przeżyć – mieszają się ze sobą ramy stylistyczne i konwencje fabularne. Reżyser igra sobie z naszymi emocjami, a swój film „odgrywa” w tonacji staccato: flirtuje ze skrajnie różnymi gatunkami, od dramatu rodzinnego po slasher, ale wyraźnie oddziela je od siebie, każdy celebruje z osobna. Zmiany tonalne powodują, że „Cola de mono” przypomina zarówno art-house’owe kino gejowskie, jak i horror żywcem wyjęty z listy „video nasties”.

Zobacz również: „Złe wychowanie Cameron Post” [RECENZJA]

Film przede wszystkim oparty został na różnicach między Borją a Vicentem. Pomimo wieku, to młodszy z braci jest niezależny i bardziej wyzwolony, a starszy boi się swojej seksualności. Pierwszy z nich tańczy nago i całuje lustrzane odbicie, drugi zaś modli się do Boga, obiecując, że już nigdy nie będzie chodził na tzw. pikietę (często przewija się przez „Cola de mono” motyw katolickiego poczucia winy). Obaj bracia są gejami, ale to wszystko, co ich łączy – temu „gorszemu”, pogodzonemu ze swoim „ja”, nawet matka powtarza, że nie wyrośnie na normalnego człowieka.

Cola de mono

„Cola de mono” to nietypowe połączenie coming-of-age movie oraz thrillera erotycznego. Na ekranie raz po raz goszczą słownikowe przypisy, młodszym widzom mające wyjaśnić, czym są jockstrapy czy cruising. To z nich poznajemy przepis na tytułowy napój – który z impetem uderzy do głowy jednemu z nastoletnich bohaterów. Film wyraźnie dzieli się na dwa akty, a pierwszy z nich należy właśnie do Borji: outsidera, niepoprawnego buntownika, zapalonego kinomana.

Chłopak pasjonuje się prozą Stephena Kinga, a horrory i filmy napiętnowane przez MPAA kategorią „X” cytuje z pamięci. Zainspirowały Fuguetę włoskie ekstremy z lat 70. i 80., czego wyznacznikiem mają być m. in. nasycone kolory, padające na twarze bohaterów, oraz soczyście giallowa, sztuczna krew. Oderwana od rzeczywistości atmosfera świetnie współgra z poszatkowaną narracją i wszechobecną nagością, z ostrym zapachem seksu, który sam wypełnia płuca – to z kolei motywy typowe dla Briana De Palmy. Obrazoburczy finał – i ujęcia stosunku, uprawianego na cmentarzu – niejednemu skojarzą się z debiutem nowofalowego reżysera, „Murder à la Mod” (1968).

Zobacz również: „Faworyta” [RECENZJA]

Pomimo akcentów surrealnych, pozostaje „Cola de mono” dziełem naturalistycznym i oszczędnym. To film rzekomo nakręcony za dwadzieścia tysięcy dolarów, za to wykonany artystyczną ręką. Wygląda wiarygodnie, bo na planie zgromadzono nadgryzione przez ząb czasu plakaty, archaiczne czasopisma dla gejów (sic) oraz szpetne, kwadratowe teleodbiorniki. Miodem dla uszu są synthpopowe kawałki autorstwa Sebastiána Pigi – utwór otwierający film rozbudzi w Was ejtisową gorączkę. „Cola de mono” pozuje na „zaginiony”, chilijski dreszczowiec, ale w gruncie rzeczy jest to film szalenie zamerykanizowany, życie zawdzięczający klasycznym hollywoodzkim tropom czy wybranym pozycjom Paula Mazursky’ego. Fuguet opowiada o intymności i horrorach dojrzewania, o braterskim homoerotyzmie, wreszcie też skutku represji. To film, który ciężko polecić komukolwiek – najlepiej zmierzyć się z nim samemu i na własną rękę poskładać do kupy jego liczne komponenty. Ostrzegę, a być może zachęcę Was jednak: nie wszystkie fragmenty będą chciały ułożyć się w spójną całość.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.