Advertisement
CampingPublicystyka

“Vampyres” – lesbijki piją krew i zjadają mizoginów [CAMPING #63]

Albert Nowicki
Vampyres
Kadr z filmu "Vampyres" (1974)

Była już mowa o gejowskich fetyszach i biseksualnych namiętnościach, teraz przyszła pora odsłonić literę „L” akronimu LGBTQ. „Vampyres” José Ramóna Larraza to film, który nie mógłby zostać pominięty w pride’owym przeglądzie horrorów, choć warto zaznaczyć, że do najdumniejszych momentów queerowego kina grozy raczej mu daleko. Jest na pewno czołowym przedstawicielem nurtu sexploitation, który skupiał się na ukazaniu wampiryzmu przez pryzmat lesbijskich żądz – wbrew pozorom ten niszowy, zdawałoby się, kierunek zdominował scenę horroru w latach siedemdziesiątych.

To pionierstwo nie musi jednak oznaczać, że „Vampyres” to film szczególnie udany. Przeciwnie: Larraz postanowił zbudować go na gołych ciałach, merytorycznie nie jest on zbyt rzetelny, ani umiejętnie zharmonizowany. Muszę przyznać, że mam problem z „Vampyres” na kilku różnych poziomach. Bo z jednej strony okraszony jest film przyjemnym dla oczu i uszy retro vibe’m, a z drugiej sprawia wrażenie nadto archaicznego. Bo swoim wampirzycom dał reżyser pełną kontrolę nad mężczyznami, ale jednocześnie przedstawił je jako dewiantki. Praca kamery upodabnia film do koronnych pozycji europejskiego art-house’u, ale wyrafinowane kadry są raczej osłodą, wyrwaną z nierównej, chwilami gorzkiej całości.

W pierwszej scenie poznajemy parę kochanek, które przeżywają chwile gorącej namiętności w pościeli. Znikąd wyłania się mizogin ze spluwą, który pozbawia je życia. Po latach spotykamy Fran i Miriam raz jeszcze: tym razem jako autostopowiczki. Kobiety kuszą przypadkowych mężczyzn, zapraszając ich do swojego wystawnego, choć nadgryzionego przez ząb czasu pałacu. Nabuzowani panowie stają się ofiarami wampirzych morderczyń: Fran i Miriam powstały z grobów, by polować na płeć brzydszą. Spragnione krwi i erotycznych przygód, „przygarniają” jednego z panów w charakterze seksualnego niewolnika. Zabawy z więźniem najwięcej radości sprawiają Fran, na co jej partnerka reaguje niewysłowioną dezaprobatą. W związek wampirzyc niepostrzeżenie wkrada się zazdrość.

Według Miriam, Fran pogrywa w niebezpieczną grę. Tak samo można było określić promocję filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie reklamowano go hasłem: „Two very unnatural ladies”, a zachowania bohaterek określone zostały jako odchylenia. Tak, Fran i Miriam są zabójczyniami, ale o egzotyce filmu świadczy ich lesbijska relacja i można przypuszczać, że właśnie ją sprzedano jako „dewiację”. Larraz ukazuje homo- lub biseksualizm swoich postaci jako cechę antagonistyczną: wampirzyce praktycznie pożerają mężczyzn, gwałcą ich krwawiące ciała, a inną postać kobiecą (notabene heteronormatywną) napadają, zaciągają do piwnicy i tam mordują – uprzednią zrywając z niej ubrania. Są bezwzględne, psychotyczne, stereotypowo agresywne. Z biegiem filmu ich ekscesy nabierają coraz bardziej kanibalistycznego wydźwięku. Ich inność zaadresowana zostaje nawet przez jedną z postaci pobocznych, wspomnianą heteroseksualistkę: w pogardliwo-obrzydzonym tonie. Kiedy Fran i Miriam przebiegają cnotliwej dziewczynie przed oczami w długich, czarnych jak noc sukniach, ta rzuca: „one nie wyglądają normalnie!” Cały film opiera się na retoryce antylesbijskiej: figlujące wzajemnie kobiety są seksowne, ale chore. Brzmi to trochę jak niefortunna wypowiedź posła Węgrzyna sprzed lat, prawda?

Przeczytaj również:  "Wujek Frank", czyli wzruszająca opowieść o akceptacji [RECENZJA]

Priorytetem reżysera nie jest bynajmniej zarys psychologiczny postaci: te są bowiem charakterologicznymi szkieletami. Powolne jest tempo akcji, a widz, zamiast ciekawymi zwrotami fabularnymi, posiłkuje się głównie wyeksponowanymi fragmentami kobiecych ciał: kamera opiewa aktorki niczym boginie, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ich seksapil. Typowe dla kina lat siedemdziesiątych, powolne najazdy na twarz tu ustępują miejsca zoomowanym piersiom, pośladkom, tonącej pod uciskiem dłoni skórze. W retro horrorach grupą szczególnie podatną na zagrożenia i tyranię są kobiety. Tu role zostają odwrócone – może nie do końca w feministycznym geście, ale jednak: do pozycji zabawki sprowadzeni zostają mężczyźni, to oni stają się ofiarą płci przeciwnej i w jej rękach doświadczają poniżającej kaźni.

Kluczowe dla „Vampyres” okazują się właśnie sceny krwawej rozpusty. To jeden z tych elementów filmu, którym fani horroru zapewne w większości przyklasną. Projekt Larraza stanowi mieszankę seksu i przemocy, dekadenckiego piękna i odpychającej brzydoty. Tematyka tabu przeplata się tu z seksualnymi fantazjami mężczyzn. Fran i Miriam spijają krew ze zmaltretowanych ciał swoich ofiar, a potem ich usta łączą się frywolnie w pełnym chuci pocałunku. Nigdy właściwie nie widzimy, jak na męskich ciałach powstają rany, nie widać, jak skóra ofiar przecinana jest ostrzem – Larraz upodobał sobie najazdy kamery na galony krwi zalewającej już korpusy kochanków. To nie odbiera jednak filmowi sugestywności, bo aktorzy potrafią wiarygodnie sprzedać swój ból. Sceny gore w „Vampyres” szokują do dziś: wystarczy wspomnieć tę, w której blondwłosy Rupert wykrzywia się w agonijnym grymasie, dosłownie pożerany przez wampirzyce żywcem. Nie zadbał jednak reżyser o to, by akty potwornej przemocy rozłożono w filmie wystarczająco intratnie i z tego powodu chwilami widzowi zaczyna udzielać się nuda.

Vampyres
Kadr z filmu “Vampyres” (1974)

Chyba najciekawszym elementem filmu jest jego hybrydowy charakter: „Vampyres” to na równi horror wampirzy i opowieść o duchach. Już z prologu dowiadujemy się, że Fran i Miram zostały zamordowane. Kobiety giną prawdopodobnie w wynajętym domu, który po śmierci przejmują już nie jako goście, a wyemancypowane właścicielki. W wampirzej skórze zyskują siłę i pewność siebie. Świetnie odnajdują się w epoce gotyckiego glamouru – ich styl jest na tyle wyrazisty, że po latach zainspirował postać Elviry, władczyni ciemności. Fantastyczne są zdjęcia Harry’ego Waxmana, zwłaszcza te kręcone na zewnątrz – rozpływające się nad melancholijnym urokiem angielskiej wsi jesienią. Waxman chętnie pokazuje Fran i Miriam wśród porannej rosy, jego las zawsze pełen jest nieśmiałych prześwitów słońca oraz zagęszczonej materii, przetykanej dżdżystą tajemnicą.

Przeczytaj również:  Kobiece spojrzenie. Nowa fala w kinie Korei?

Ujęcia pałacu powstały w wiktoriańskiej willi The Oakley Court, którą fani „The Rocky Horror Picture Show” powinni rozpoznać w okamgnieniu. Pamiętne sceny kręcono też na cmentarzu w podlondyńskim Denham. Dzięki miejscu akcji i retrospektywnej estetyce „Vampyres” przypomina eurohorrory ze stajni Hammera. Lasy są tu więc spowite grubą warstwą mgły, a wnętrza zamku oświetlają jedynie roztańczone płomienie świec. Noce są burzliwe, a w wystawnych sypialniach nie da się po prostu skryć pod pierzyną – zło dosięgnie cię swoimi szponami wszędzie. Film inspirowany był „Carmillą”, gotycką powieścią Sheridana Le Fanu. Fran i Miriam nie są jednak typowymi krwiopijcami: mogą przemierzać wioskę w biały dzień i nie przemieniają swoich ofiar w kolejne wampiry. Zamiast korzystać z kłów, wolą dźgać męskie ciała przy użyciu wielkich noży. Muzyka w filmie najczęściej ma typowo hammerowskie, klasycznie ponure brzmienie, ale w prologu postawiono na nieco bardziej prog-rockową warstwę instrumentalną.

„Vampyres” zawsze będzie kojarzony ze swoim wybujałym erotyzmem i trzeba przyznać, że duet Marianne Morris–Anulka Dziubinska jest przekonujący w scenach romantycznych uniesień. W 2020 roku film nie mógłby jednak ustrzec się przed pewnym piętnem: Larraz sprzedaje seks jak sutener, lesbijską erotykę jednocześnie stygmatyzując i czyniąc z niej towar eksportowy. U widzów, którzy kino lesbijskie kojarzą z bardziej progresywnymi pozycjami („Czarny łabędź”, „Duke of Burgundy”), może to wzbudzić pewien niesmak. Film sprawdza się lepiej jako gore–horror, zwłaszcza gdy w ręce bohaterek wpadają różne ostre narzędzia, ale po napisach końcowych pozostaje jednak poczucie niedosytu. Szkoda, bo widać tu podobieństwo do twórczości Jeana Rollina i da się wyłapać pewną hipertekstualną strategię reżysera. „Vampyres” krzyżuje grindhouse z nutą art-house’u, niestety, nie tak umiejętnie, jak udało się to Larrazowi w rówieśniczym „Symptoms”.

Ocena

5.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.