Crossroads

“Crossroads – Dogonić marzenia” – Recenzja [CAMPING #33]

Każda odnosząca sukcesy gwiazda popu prędzej czy później doczeka się swojego debiutu filmowego. Dla niektórych, jak na przykład Cher, pierwsze role są tylko nieśmiałym początkiem udanej kariery aktorskiej, po latach przypieczętowanej najważniejszymi nagrodami. Inne zaś artystki tak dobierają role, by prędzej niż wykazać się imponującym warsztatem, połechtać swoje ego. Zrobiła to Mariah Carey, kręcąc „Glitter”, zrobiła też Lady Gaga, porywając się na swój drugi film –„Narodziny gwiazdy”. Z motyką prosto na księżyc odleciała też Britney Spears, której „Crossroads – Dogonić marzenia” to chyba najsłabszy vanity project lat dwutysięcznych: sklecony naprędce, nieporadny, usłany banalnymi kliszami.

Zobacz również: “Burleska” – Recenzja [CAMPING #32]

Film, który miał zaspokoić twórcze ambicje dwudziestoletniej księżniczki muzyki pop, przez krytyków został wręcz zjedzony, a w zestawieniach box-office’u poradził sobie w najlepszym razie średnio. Spears nigdy nie wystąpiła już w produkcji przeznaczonej na duży ekran (odliczając świadome cameo w trzecim „Austinie Powersie” i to wykorzystane wbrew jej woli w „Fahrenheit 9.11”). Pojedynek z Mariah wygrywa wykonawczyni przebojowego „Toxic”: „Crossroads” to projekt minimalnie lepszy od „Glittera”, co w gruncie rzeczy też nie jest wielkim osiągnięciem. Film jest prosty i pozbawiony polotu. Poznajemy trzy przyjaciółki, które wyruszają w samochodową podróż do Miasta Aniołów. Po co? Jedna z nich chce podpisać kontrakt z wytwórnią płytową, choć tak naprawdę wcale nie potrafi śpiewać. O dziwo nie wciela się w tę postać Spears.

Crossroads
“Crossroads”

„«Crossroads» to młodzieżowy film, w którym przedstawione zostają rzeczywiste problemy normalnych nastolatków” – opowiadała wokalistka o generalnym koncepcie. Kim są „normalne” dzieciaki i jak rozpoznać te nienormalne – tego już nie rozwinęła. Brnęła jednak dalej: „To film o przyjaźni, bo ona jest najważniejsza. Do kogo zadzwonisz, gdy rzuci cię chłopak? No do przyjaciółki!” Tak oto widzowi przychodzi spędzić dziewięćdziesiąt minut z trzema płytkimi dziewczętami, o których wiemy tylko, że przyjaźnią się od dzieciństwa. Większość nie ma nazwisk, o przekroju cech osobowościowych nie będę nawet wspominał. Pojawiają się w scenariuszu wątki poboczne (grany przez Ansona Mounta Ben wyszedł niedawno z więzienia, co na równi niepokoi i nakręca dziewczyny), ale wszystkie są nudne i nie wnoszą do historii prawie nic. Mając więcej niż czternaście lat, ciężko jest oglądać „Crossroads” i nie spoglądać na zegarek co kilka minut.

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Wielką wadą filmu okazuje się jego gatunkowa nieskładność: „Crossroads” z komedią ma wspólnego tyle, co nic, a jako poważny dramat zupełnie się nie sprawdza. Na poziomie narracji filmowej, dramaturgicznej konstrukcji, wreszcie też kreacji aktorskich całość przypomina „ABC Afterschool Special” – archaiczny serial dla młodzieży, który dziś pamiętany jest już głównie za sprawą wysokiego stężenia tandety, weń wlanej. Odcinki „Afterschool Special” sprawiały wrażenie nie tylko adresowanych do nastoletniej widowni, ale też przez wyrostków nakręconych. Niestety, „Crossroads” okazuje się pozycją nawet mniej dojrzałą niż pokrewne produkcje spod szyldu MTV Films. Cytaty z „wiersza” głównej bohaterki nie zachwyciłyby nawet komisji gimnazjalnego konkursu poezji.

Crossroads
“Crossroads”

Kuleje realizacja: montaż jest niewybredny, obróbka techniczna amatorska. Film kosztował zaledwie dziesięć milionów dolarów, z czego spory ułamek na pewno powędrował na konto głównej gwiazdy – chwilami rzuca się to w oczy. Spears marnie sprawdza się w roli aktorki, pod ciężarem kreacji pierwszoplanowej ewidentnie pęka. Odgrywa też sprzeczną postać. Wśród rówieśniczek uchodzi za kujonkę, wiecznie schowaną w książkach, ale z jej ust bez przerwy pada charakterystyczny white-trashowy skrótowiec „y’all”. Mamy też uwierzyć, że jest Lucy nieśmiałą dziewicą, ale w co drugiej scenie oglądamy ją półnagą, czasem tylko w bieliźnie. Britney wciela się tu właściwie w gwiazdkę porno – takiego z kategorią PG-13. Brakuje jej profesjonalizmu: w scenie hotelowej wyraźnie słychać, jak zamiast „Kit!” krzyczy „Zoe!” do bohaterki granej przez… Zoe Saldanę. Co ciekawe, montażyście zupełnie ta wpadka umknęła. Okropne są nawet kostiumy, w które odziano Spears, zwłaszcza czapka-rybaczka i ordynarny zestaw w stylu country.

Zobacz również: “Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

Film jest bezpłciowy, nie wiadomo, dokąd zmierza, a jego zakończenie wydaje się nie tyle okrojone, co żadne – to po prostu historia bez puenty, bez głębszej konkluzji. Scenariusz Shondy Rhimes (autorki „Chirurgów”) pełen jest dziur i nielogiczności. W finale Britney staje przed publicznością i śpiewa swój „wiersz” – bo przepisano go jako podniosłą balladę. Problem w tym, że członkowie kapeli i wokalistki wspierające nie miały nawet godziny, żeby tejże piosenki się nauczyć…


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.