“Burleska” – Recenzja [CAMPING #32]

Istnieją filmy świadomie kampowe oraz te, których stylistyka wydaje się efektem niezamierzonych potyczek reżysera. Do tej pierwszej grupy zaliczymy większość dzieł Kena Russella, a z pozycji nowszych chociażby netfliksową „Perfekcję”. W drugiej czołowe miejsce od lat okupują „Showgirls”, uważane za ambitną porażkę Paula Verhoevena. Bardzo łatwo pomylić camp z wybujałym kiczem, lecz nie są to terminy stosowane przemiennie, o czym warto wspomnieć w kontekście recenzowanej perełki − bo śmiało można w ten sposób określić „Burleskę” Steve’a Antina z 2010 roku. Film ten nigdy nie przekracza granicy złego smaku, choć podczas scen rewiowych wykorzystane zostają w nim takie akcesoria, jak lateksowy kostium pielęgniarki, wielka strzykawa czy wreszcie banan, symulujący męskiego członka i ochoczo pochłaniany przez jedną z tancerek. „Burleska” to autoironiczny, przebojowy backstage musical, któremu ciężko się oprzeć. Nie obwołamy go jako guilty pleasure, bo to film sprawiający autentyczną frajdę, a przyjemność nie powinna przecież wywoływać uczucia winy. Tuż po premierze krytycy ocenili „Burleskę” odrobinę zbyt ostro.

Zobacz również: “Dead of Night” aka “Deathdream” – Recenzja [CAMPING #31]

Film Antina stanowił debiut aktorski Christiny Aguilery − gwiazdy muzyki pop, mającej na swoim koncie kilka wybitnych albumów, m. in. „Stripped” i „Back to Basics”. Artystka wciela się w postać Ali Rose − dziewczyny z małego miasteczka, snującej jednak wielkie marzenia. Już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że jest bohaterka obdarzona silnym tembrem głosu: świadczy o tym popisowy występ z coverem „Something’s Got a Hold on Me” Etty James. Ali dusi się pośród prowincjuszy i postanawia wyruszyć w podróż do Los Angeles, gdzie spełniają się najskrytsze pragnienia. Dostaje posadę w neoburleskowym klubie przy Sunset Boulevard, choć jego właścicielka, Tess (Cher), nie jest przekonana, czy dziewczyna z Iowy ma w sobie wystarczająco dużo ognia, by dorównać doświadczonym tancerkom. Murem za nowo przybyłą stoi seksowny barman Jack (Cam Gigandet) − początkujący tekściarz, który proponuje Ali nocleg, kiedy jej mieszkanie zostaje okradzione.

Burleska
Burleska

Jak nietrudno przewidzieć, postać Aguilery szybko pnie się na szczyt, a jej talent przykuwa uwagę całego Miasta Aniołów. Przy okazji ratuje podupadający klub i znajduje przyjaciółkę w chłodnej z początku Tess. Każdy, kto widział choć kilka hollywoodzkich musicali, z łatwością przewidzi, jakie asy kryją się w rękawie reżysera. Film oparty został nawet nie tyle na wtórnych schematach, co na najlepszych tradycjach gatunku, a podjęte w nim klisze − jeśli lubicie posiłkować się takimi zwrotami − przekuto w złoto. Ali jest więc zmuszona wybierać między miłością do słodkiego Jacka a fascynacją, jaką zapałała do zuchwałego bogacza Marcusa (Eric Dane).

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Znikąd wyłania się uszczypliwy eks-małżonek (Peter Gallagher), który ilekroć gości w The Burlesque Lounge, koniecznie musi utrzeć nosa Tess. Droga na muzyczny Olimp oparta jest z kolei na zrządzeniach losu, które w świecie rzeczywistym nie miałyby racji bytu. „Burleska” ma charakter hurraoptymistycznej, skąpanej w sugestywnej erotyce bajki dla nieco starszych dzieci, w której wszystko może się zdarzyć. W której wszyscy są piękni i zgrabni, konflikty zawsze zostają rozwiązane, a po marzenia wystarczy sięgnąć ręką. To pozytywnie nastrajający feel-good movie − bijący od niego eskapizm stanie się idealną pożywką dla widzów szukających odrobiny filmowego wytchnienia, ale też liczących na kino produkcyjnie nienaganne.

“Burleska” wymaga od swoich odbiorców dystansu − jest formą ironicznej reprezentacji i w tym kluczu powinna zostać odczytana. Widz podchodzący do filmu Antina mierzy się tak naprawdę z kinem bystrze napisanym (choć niegłębokim), nawet w obrębie swego komizmu zapewniającym wiele różnych bodźców. Scena wokalno-taneczna, w której Aguilera stroi się w różowe pióra, a potem staje przed widownią obnażona, chowając biust za parą reflektorów, ma być filuternym hołdem dla dziedzictwa tytułowej burleski. Zupełnie inne podejście do żartu interesuje Antina, gdy Tess przybiera wobec Ali postawę matczyną i uczy ją „sztuki” make-upu.

Z kosmetycznie powiększonych ust Cher urywają się słowa, będące swego rodzaju życiową lekcją: „Kiedy chwytasz za pędzel do makijażu, stajesz się artystką. Tyle tylko, że zamiast malować na płótnie, pokrywasz kolorem własną twarz”. Cher zachowuje przed kamerą pokerową twarz, ale jej wykładu nie da się przyjąć ze śmiertelną powagą. Film bywa i śmieszny, i prześmiewczy, naiwny, kiedy trzeba cheese’owy − wszystko to w zdrowych dawkach, bo nie brak mu też chwil poruszenia i euforycznego ferworu. Dowcipny, kipiący seksem, ale też pełen klasy jest występ Ali ze szlagierem „A Guy What Takes His Time”, w latach 30. śpiewanym przez Mae West.

Burleska
Burleska
Zobacz również: “Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

Nie brakuje „Burlesce” dobrze zagranych postaci, które zwyczajnie chcemy widywać na ekranie. Prym wiedzie tu homoseksualny kostiumograf i kierownik programowy Sean, w którego wciela się Stanley Tucci. W podobnej roli widzieliśmy aktora w starszym o cztery lata „The Devil Wears Prada” i tam też dał się poznać jako scene stealer. Show kradnie innym aktorom sprzed nosa także Kristen Bell − jej Nikki to wyrachowana diva, która podlewa płatki śniadaniowe tequilą. Między Cher i Aguilerą nie lecą może iskry, bo obie bohaterki szybko zawiązują przymierze, ale na pewno występuje wzajemna chemia.

Szkoda, że relacja Ali i Tess nie została bardziej zgłębiona, przez co stanowi raczej wątek drugoplanowy − przecież nawet slogany reklamowe zapowiadały, że to legenda pomoże narodzić się gwieździe. Cher widzimy na ekranie rzadziej niż drugą ze sław, ale jej popisy wokalne są pierwszoligowe. Uwagę zwraca pierwszy wykonany w filmie utwór, „Welcome to Burlesque”. Ewidentnie zainspirowany został on „Kabaretem” z Lizą Minnelli, podobnie zresztą jak kilka późniejszych inscenizacji, w których tancerki noszą kapelusze i zmysłowe podwiązki, a z krzesłem − scenicznym rekwizytem −  uprawiają praktycznie seks.

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Film pełen jest cekinów, pereł i błyszczących ornamentów. Wizualnie wręcz olśniewa, a jego nasycona kolorystyka i bogactwo wnętrz budzą wyraźne skojarzenia z Luhrmannowskim „Moulin Rouge!”. Świetne są zdjęcia autorstwa Bojana Bazelliego: niedoświetlone, spowite dymem i tonące w glamourze zakamarki The Burlesque Lounge, gdzie toczy się większość akcji, budują atmosferę niezwykłości, chwilami balansującą na granicy oniryzmu. Bohaterka Aguilery trafia do klubu zupełnie przypadkiem, gdy jej uwagę zwraca piękna tancerka, korzystająca z krótkiej przerwy między wystąpieniami. Podążając za nią, Ali (a właściwie Alice) poznaje kapelusznika, to jest Alana Cumminga sprzedającego wejściówki w przydużym nakryciu głowy. Analogie te mogą być czynione trochę na wyrost, ale nie odmówimy Antinowi wyobraźni: wykreowany przez niego świat to miejsce ujmująco magiczne, dalekie od realizmu. Większość scen zmontowano kierując się rytmem i estetyką teledysku.

Burleska
Burleska

Ostatni punkt recenzji jest najważniejszy i ogniskuje się wokół Christiny Aguilery. Już w 2010 roku rolę wokalistki oceniono pozytywnie. Dziś śmiało można powiedzieć, że to najlepszy „piosenkarski” debiut minionych lat − Britney Spears i Mariah Carey pozostawiający wraz z „Crossroads” i „Glitterem” daleko w tyle. Aguilera jest w „Burlesce” elektryzująca: jej wykonanie zabarwionego elektroniką „Express” uwalnia tajfun emocji. Choreograficznie to chyba najlepiej opracowana sekwencja w całym filmie. Ali śpiewa i porusza się wyzywająco, a burza jej włosów odważnie przecina powietrze, wyznaczając przestrzeń, której żadna z pobocznych tancerek nie powinna przekraczać. To moment królewski; od tej chwili nikt nie będzie miał wątpliwości, do kogo należy scena.

Zobacz również: “Ptak o kryształowym upierzeniu”, czyli Giallo Dario Argento – Recenzja [CAMPING #28]

Warto dodać, że choć bywa Aguilera drapieżnym wampem, na ogół pozostaje niewinną dziewczyną z małego miasteczka. Ali to więc postać uniwersalna i można się z nią utożsamić. Pomimo statusu debiutantki − a może właśnie z jego powodu − Aguilera cechuje się pewnym niewymuszonym urokiem, gra całkowicie naturalnie i nie wydaje się sztuczna. Jest pełna charakteru, z łatwością odnajduje się w skórze swojej bohaterki, w scenach dialogowych wypada − nomen omen − śpiewająco. Każdy jej utwór to showstopper. Kilka miesięcy temu Akademia przyznała Lady Gadze nominację do Oscara za „Narodziny gwiazdy”, choć z tej dwójki to Aguilera okazuje się lepszą odtwórczynią. Operuje bowiem frywolniejszym językiem aktorskim, jest mniej teatralna. Sam film pozostaje zaś pozycją mniej manieryczną niż „Narodziny…”, przyjemniejszą w odbiorze.

“Burleska” powinna ucieszyć każdego miłośnika lekkich musicali. Pomocne okażą się w tym na przemian dynamiczne i chwytające za gardło piosenki oraz umiłowanie twórców do campu. Na soundtracku znalazły się nagrania w pełni nowoczesne, ale przy tym umiejętnie dawkujące jazz, swing czy trendy ejtisowe (ballada Cher). Antin to facet obdarzony niezwykłą wrażliwością i zapewne też poczuciem humoru, lecz jestem święcie przekonany, że najzabawniejsze kwestie, padające z ust bohaterów, narodziły się w głowie Diablo Cody, która naniosła na scenariusz poprawki. „Burleska” trochę przepadła w zestawieniach box-office’u, ale to film rewelacyjny. Nie musicie mi wierzyć dzisiaj. Poczekajcie dziesięć, dwadzieścia lat − mniej więcej wtedy jej kultowy status będzie sprawą oczywistą.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.