“Polaroid” – Klisza fotograficzna vs. klisza fabularna [RECENZJA]

Nastoletnia Bird Fitcher (Kathryn Prescott) stroni od rówieśników i ma tylko jedną bliską przyjaciółkę. Rozpamiętuje śmierć ojca, a pustkę po jego odejściu próbuje załatać, rozwijając swoje pasje. Dziewczyna pracuje w antykwariacie i interesuje się fotografią. Gdy w jej ręce trafia wyprodukowany przed czterdziestoma laty aparat typu Polaroid, jest zachwycona: to na rynku prawdziwy unikat, którego odnalezienie graniczy z cudem. Archaiczny model SX-70 − wprowadzony do sprzedaży w ilości kilku sztuk − towarzyszy Bird w wyjściu na imprezę. Dziewczyna czuje się niezręcznie, bo nikogo na miejscu nie zna; by przełamać lody, fotografuje więc kolejne osoby. Wkrótce ci, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciu, zaczynają umierać.

Bird Fitcher, bohaterka Polaroida, to ciekawa horrorowa heroina − przynajmniej na poziomie rysu scenariuszowego, bo ostatecznie twórcy trochę nie wykorzystali jej magnetyzmu. Zamiast żyć Instagramem, woli bawić się aparatem natychmiastowym. W kontaktach międzyludzkich jest skrępowana i trochę aspołeczna − co nie wpisuje się może w hollywoodzką wizję nastoletności, ale przemówi do widzów, którym obce nie jest pojęcie socjofobii. Postaci, niestety, nie rozwinięto, zanadto skupiając się na odtwórczych jump scare’ach. Mieć w garści tak nieoczywistą bohaterkę i tyle stracić − to potrafi tylko weinsteinowski Dimension…

Zobacz również: “Laleczka” – Twój na zawsze, Chucky. [RECENZJA]

Polaroid stanowi fabularne rozwinięcie norweskiej krótkometrażówki z 2015 roku − obie produkcje wyreżyserował Lars Klevberg. Opowiada o paranormalnej istocie, uwięzionej w zdjęciach starego aparatu, co może wydawać się pomysłem świeżym, lecz nie do końca nim jest. Podobną historię przedstawiono w trzecim sezonie kultowego serialu „Czy boisz się ciemności?” (odcinek „The Tale of the Curious Camera”). O dzieciakach, które odmuchują z kurzu antyczne zabawki i ściągają z innego wymiaru istoty łaknące zemsty, opowiadał już chociażby Gore Verbinski w amerykańskim „Ringu”. Nie powinien taki stan rzeczy nikogo zdziwić: producentem Polaroida był Roy Lee, wiązany z remake’ami wielu azjatyckich straszaków.

Polaroid
“Polaroid”

Film ma więc szansę przypaść do gustu tym, którzy tęsknią za J-horrorami, ale widzom o innych upodobaniach − ściślej: o trochę bardziej wyszukanym smaku − może się nie spodobać. Jest lepszym rozszerzeniem krótkiego metrażu niż na przykład „Selfie from Hell”, za to słabszym niż „Lights Out” − który był dramatycznym spojrzeniem na rzeczywiste problemy (choroba psychiczna, śmierć bliskiej osoby). Problemem Bird i jej towarzyszy niedoli jest głównie to, że przedstawiająca ich fotografia w każdej chwili może zostać zniszczona. Nie dowiadujemy się, co trzyma postaci przy życiu, jakie są ich namiętności, jak słodkie są ich młodociane udręki, ani kim właściwie są. Jedną jedyną Kasey (Samantha Logan) portretują twórcy jako osobę homoseksualną − choć „portret” może nie jest tu właściwym słowem. Dziewczyna jest zaledwie jakimś wstępnym obrysem, konturem postaci filmowej.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Dużo wpojono w scenariusz Polaroida szablonów i rutynowych motywów. Tak oto pies protagonistki popiskuje na widok tytułowego sprzętu, bo potrafi wyczuć złe duchy, a młodzi bohaterowie-millenialsi informacji na temat swego przeciwnika szukają w starych gazetach − chociaż wcześniej zapewne nigdy nie mieli styczności z prasą. Wreszcie warto wspomnieć o samym Stworze, którego gra Javier Botet („[REC]”). W scenie szkolnej dowiadujemy się, że ranią go fale cieplne, w tym buchająca, gorąca woda. Dlaczego tak jest, co za tym stoi − tego już scenarzyści nie objaśniają, potęgując liczbę narracyjnych dziur.

Nie napiszę jednak, że kreacja Boteta zupełnie mnie nie przekonała, bo absolutnie upiorne są na przykład sapiące odgłosy, jakie wydaje jego demon. To martwy, bolesny wydech, mający przypominać sygnał ładowania lampy błyskowej. Polaroid jest horrorem niezbyt przełomowym, za to chwilami umiejętnie podnoszącym adrenalinę. Sceny uśmierceń małolatów mogłyby okazać się bardziej kreatywne, ale prowadzące do nich wydarzenia są w stanie zjeżyć włos na głowie, gdy ogląda się film w odpowiedniej ciszy, w półmroku.

Zobacz również: Czy “Dark” uratuje Netflixa?
Polaroid
“Polaroid”

Technicznie mamy do czynienia z dobrze wykonanym rzemiosłem. Zdjęcia autorstwa Påla Ulvika Roksetha sprawiają wrażenie zadymionych lub spowitych mgłą, bije od nich dojmujący chłód. Większość ujęć kręcono przy znikomym oświetleniu: czasem tylko dziwi, że postaci uparcie trzymają się niepisanej zasady, by nawet w upiornym miejscu nie zapalić głupiej lampki. Wiele kadrów ma statyczną kompozycję, co sporadycznie pobudza senność, ale interesująco przedstawia się choćby scena z udziałem Bird i fotografa szkolnego. Gdy zdjęcie zostaje wykonane, widzimy je jako naklejkę w księdze pamiątkowej: „sąsiedzi” bohaterki zastygli w swych pozycjach na wieki, a ona, jako jedyna, dziękuje za udział w sesji i wstaje z krzesła. Gdyby nie przeciętne, bardziej telewizyjne niż kinowe efekty CGI, można by mówić o Polaroidzie jako horrorze realizacyjnie dopiętym na ostatni guzik.

Zobacz również: Dwie wieże nad Paryżem, czyli debiut Virgila Verniera – Poszerzając Horyzonty [FELIETON]

Film powstał już dwa lata temu i od tego czasu przeleżał w archiwach wytwórni. Powód: kontrowersje, jakie narosły wokół Harveya Weinsteina − jednego ze współzałożycieli Miramaksu, od którego „odłączono” później Dimension. Co ciekawe, w Polaroidzie pojawia się motyw napastowania seksualnego młodej dziewczyny − odpowiedzialny za te czyny jest ojciec, typ obleśnego creepa. W Stanach Zjednoczonych o premierze nie wspomniano dotąd ani słowem, ale polscy widzowie obejrzą film już 28 czerwca − dokładnie tydzień po wielkim powrocie Laleczki Chucky. Klevberg jest reżyserem obu tych horrorów.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.