#ZostańWDomu | Ejtisowe klasyki i nowofalowe perły: 10 najlepszych horrorów na Netflixie i HBO GO
„Ukryty wymiar” (1997, Paul W. S. Anderson) | Netflix
Jeden z tych filmów, które zestarzały się niczym dobre wino. W 1997 roku nikt nie traktował Ukrytego wymiaru na poważnie, a Paula W. S. Andersona traktowano jak wroga publicznego. Bo zanadto polegał na efektach gore, bo z werwą epatował przemocą. Ponad dwadzieścia lat później dostrzegamy w takich opiniach absurd, bo rozlew krwi wydaje się dla horroru – tego cielesnego, stawiającego na eksploatację – czymś naturalnym. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych nie było to wcale oczywiste, a wiele filmów grozy (jak np. Cherry Falls) padło ofiarą nożyc MPAA. Na niekorzyść Ukrytego wymiaru działał też dystrybutor, Paramount – znany z brutalnego obchodzenia się z kinem gatunkowym (studio dosłownie poszatkowało takie pozycje, jak Moja krwawa walentynka czy Piątek, trzynastego II).
Ukryty wymiar dobrze radzi sobie także bez usuniętego w postprodukcji natężenia gore’u. Jak sugerują stare recenzje, wciąż jest filmem intensywnym, a Andersonowi przyświecają sadystyczne idee – czego kulminacją pozostaje scena „piekielnej orgii”. Wśród horrorów sci-fi osadzonych w dalekich zakątkach przestrzeni kosmicznej Wymiar jest jednym z najmocniejszych, najkrwawszych tytułów. Największa siła filmu to walor rozrywkowy, choć pojawiały się też opinie równające Ukryty wymiar z „fantastycznonaukowym «Lśnieniem»”.
„Dziwak” (2015, Patrick Kack-Brice) | Netflix
Wysokobudżetowe efekty specjalne mogą zostać wpisane w koszty produkcji nowego blockbustera Jamesa Wana – horror Patricka Brice’a uderza natomiast prostotą, a przeraża realizmem. Dziwak sprawdza się na wielu poziomach: jako thriller o stalkingu, nieprzewidywalna czarna komedia czy też niespieszny, stawiający na bogaty suspens film grozy. Zamknięty w ramy horroru, projekt ma do zaoferowania najwięcej. Wszystko za sprawą Marka Duplassa, którego obecność na ekranie budzi szczery niepokój. Ganiający niczym wariat po leśnym gąszczu czy też rozmawiający z nienarodzonym synem podczas kąpieli, Josef w jego wykonaniu równie bardzo, jak potencjalnie niebezpiecznym creepem, okazuje się postacią dramatyczną – facetem oscylującym na marginesie życia. Świętym nazwać go jednak nie można, podobnie zresztą, jak drugiego z bohaterów. Dziwak umiejętnie pogrywa z domysłami i oczekiwaniami widzów, a jego (mniej lub bardziej) szokujący finał w pełni satysfakcjonuje.

„Coś za mną chodzi” (2014, David Robert Mitchell) | Netflix
Ścisła czołówka najlepszych indie horrorów ostatnich lat, a przy tym znakomity homage. Jest elegancki niczym Halloween Carpentera, ale budzi tę samą gorączkę co Wstręt Polańskiego. David Robert Mitchell opowiada o strachu przed najbliższym środowiskiem, przywołując Inwazję porywaczy ciał; rozprawia się z utratą niewinności i kiełkującym poczuciem śmiertelności. Jego nastolatki są bystre i świadome, a z enigmatycznym zagrożeniem (tytułowym Czymś) odważnie biorą się za łby – w efekcie dostajemy ekscytujący finał na kąpielisku, podyktowany duchem Nowej Przygody. Coś za mną chodzi to horror pomysłowo zainscenizowany, inteligentnie metaforyczny, a przy tym atrakcyjny dla oczu i uszu. Przyczynił się do imponującego zwrotu w karierze Maiki Monroe i podarował nam najciekawszą final girl od lat.
„Brightburn: Syn ciemności” (2019, David Yarovesky) | HBO
Nie wszyscy chcemy w nieskończoność oglądać filmy o dowcipnych, szlachetnych, moralnie jednoznacznych superbohaterach – twórcy Brightburn zdają się rozumieć tę potrzebę. Charakterologiczna nieskazitelność nie jest porywająca, czasem zło musi zatriumfować. Brandon Breyer, nasz potencjalny heros, przemienia się w antagonistę: odkrywa w sobie pulsujące zło i wkrótce poddaje się najgorszym instynktom. Widzimy w nim niezrównoważonego Supermana, albo inaczej: kogoś, komu Superman próbowałby porachować kości.
Brightburn to w pierwszej kolejności horror – mrocznie sfotografowany, bijący po oczach trochę surrealnym, karminowym oświetleniem planu – a dopiero potem kino superbohaterskie. Inaczej niż na przykład w trylogii Blade, wątek dziwacznych mutacji i nadludzkich zdolności zostaje tu zepchnięty na dalszy plan. I jako kino grozy okazuje się projekt Yarovesky’ego sukcesem. Do zalet filmu należą zwłaszcza ostre, obrazowane w bardzo szczegółowy sposób efekty gore. Brandon nie liczy się z wolą osób dorosłych. Obdarzony kosmicznymi supermocami trzynastolatek nie ma zamiaru tolerować zwykłych ludzi: Ziemianie to dla niego marny pył. Film jest brutalny i dość grubo ciosany, ale dzięki temu szokuje: trudno bowiem nie wzdrygnąć w fotelu, gdy jedna z postaci musi dociskać do czaszki własną szczękę, bo ta od niej odpada.
„Córki dancingu” (2015, Agnieszka Smoczyńska) | Netflix
Ciężkie do ubrania w słowa, zadziorne, koszmarno-bajeczne widowisko na miarę Sanatorium pod klepsydrą. Film dystansujący się między narracją a fantazją, nieograniczony powściągliwością „typowo” polskiego kina. Zamiast medytować nad rodzimymi patologiami, Smoczyńska uderza w zapalczywą egzotykę. Efektem jej pionierskiej pracy okazuje się seksowny musical grozy o ciemnej stronie ludzkiej natury oraz zwierzęcych popędach, surrealistyczny, burleskowy, estetycznie bliski stylistyce Baza Luhrmanna. Prawdziwy filmowy mindfuck, a przy tym uczta dla zmysłów, podobna do nie mniej zaskakującego Hardkor Disko. Polskich widzów Córki dancingu obrzydziły, choć jest to dzieło zrealizowane na poziomie światowym: za praktycznymi efektami specjalnymi stać mógłby Stan Winston, występy wokalne oraz produkcja muzyczna błyszczą profesjonalizmem. Pozostaje czekać na kolejny krok Smoczyńskiej – mianowicie jej anglojęzyczny debiut Silent Twins. W międzyczasie warto pokusić się o wizytę na dancingu.
Zobacz więcej naszych artykułów z serii #zostańwdomu.
Dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Nieprzerwanie od 2012 roku prowadzi blog His Name Is Death