Karnawał dusz

“Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

W czasach, w których najbardziej kreatywne i najgłośniejsze współczesne horrory, są regularnie pomijane przez kapituły prestiżowych nagród filmowych, jasnym staje się, że kino grozy traktowane jest jedynie jako gatunek drugiej kategorii. Nie jako nośnik zmuszających do myślenia treści, odpowiedź na ludzkie paranoje czy też próba zobrazowania najskrytszych koszmarów, jakie mogą dręczyć człowieka. Biorąc pod uwagę, jak gigantyczny wpływ na całą kinematografię miały rozmaite dreszczowce, nie sposób nie uznać takiego postrzegania za wyjątkowo niesprawiedliwe. Jak długo jeszcze horrory będą musiały udowadniać swoją wartość artystyczną, zanim w pełni zasłużą na należny im szacunek?

Zobacz również: “Ptak o kryształowym upierzeniu”, czyli Giallo Dario Argento – Recenzja [CAMPING #28]

Pamiętam dobrze, że refleksja, którą potrzebowałem wyrzucić z siebie we wstępie, naszła mnie zaraz po obejrzeniu Karnawału dusz (oryg. Carnival of Souls), klasycznego dreszczowca z 1962 roku. Dzieła, z jednej strony trochę zapomnianego i niekoniecznie kojarzonego przez współczesnego widza, z drugiej zaś wciąż wymienianego w jednym szeregu z najlepszymi czarno-białymi horrorami w historii. W ogólnym rozrachunku chyba jednak bardziej niedocenianego niż docenianego. Bez wątpienia niesłusznie, wszak stanowi poważny argument za tym, że omawiany gatunek jest elastyczny, jak żaden inny.

Karnawał dusz

Karnawał dusz to tylko z pozoru dość tradycyjna opowieść o duchach. Fabuła, w której złowieszcze zjawy nękają cudem ocalałą z wypadku Mary, z każdą kolejną minutą i z każdym kolejnym nawiedzeniem staje się coraz mocniej oddziałowującą na widza metaforą samotności i wyobcowania. Przejmujący efekt, który udaje się ostatecznie osiągnąć twórcom nie byłby możliwy, gdyby nie otoczka charakterystyczna właśnie dla filmów grozy.

Wykorzystanie figury tajemniczego mężczyzny, który pełni tutaj funkcję niemego strażnika, poruszającego się na granicy życia i śmierci, pozwoliło uczynić koszmar głównej bohaterki realnym i namacalnym. „The Man”, bo tak powszechnie przyjęło nazywać się postać, jest ucieleśnieniem i zapowiedzią tego, co nieuniknione. Twarz wcielającego się w tę rolę reżysera, Herka Harveya, co prawda przyprawia o ciarki nawet wtedy, gdy łypie z nieruchomego plakatu, ale ciężko jednoznacznie ocenić jakie są zamiary ubranego w garnitur, bladego prześladowcy. Istnieje bowiem w pewnym zawieszeniu, przez co proste definicje zdają się go nie dotyczyć. Przypomina sępa, który czyha na ofiarę, obserwuje ją, ale nie ingeruje.

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków II”, czyli sequel z 1992 roku – Recenzja [CAMPING #27]

Harvey, zarówno jako reżyser, jak i obecny w ramach filmu bohater, naprowadza młodą kobietę i stopniowo przybliża ją do jej przeznaczenia. Zdolna organistka, grana przez wiarygodną i dysponującą szerokim wachlarzem ekspresji Candace Hilligoss, otarła się o śmierć, ale fakt, że jako jedyna przeżyła rozbicie i zatonięcie samochodu, nie przynosi jej żadnego pocieszenia. Przeprowadzka do mniejszego miasteczka, gdzie bez problemu znajduje pracę w tamtejszej parafii i pokój w domu poczciwej starszej pani, to jednak za mało, żeby zapomnieć o przyjaciołach, którzy zginęli w wyjątkowo głupich, niepotrzebnych okolicznościach. Podążający za nią niemal krok w krok „The Man” nadal nie daje jej pożegnać się z bolesnymi wspomnieniami.

Mary nie zazna spokoju, dopóki czuje na swoim karku jego niepokojące spojrzenie i dopóki widzi w snach opuszczone, zupełnie dla niej obce wesołe miasteczko. Miejsce, które tętniło niegdyś życiem i niosło ludziom radość, teraz jawi się jako czyściec – widmowy „Latający Holender”, na pokład którego wstęp mają wyłącznie zmarli. Niedostępny dla żywych, ale z jakiegoś powodu przyciągający też Mary. Niezależnie od tego, jak usilnie i desperacko stara się temu zaprzeczać, protagonistka nie może uciec przed tym, że nie należy już do właściwego świata. Przestała do niego pasować w chwili, gdy resztkami sił wydostała się z tonącego auta. Wtedy wszystko stanęło na głowie.

Karnawał dusz

Daleki od dosłowności scenariusz sprawia, że Karnawał dusz można interpretować także jako film o radzeniu sobie z żałobą, a konkretnie z presją społeczeństwa, które domaga się, żeby szybko przeskoczyć tenże etap i „wziąć się w garść”. Ilustracją tej postawy jest postać Johna Lindena (w tej roli Sidney Berger) – młodzieńca zamieszkującego ten sam dom, co Mary. Mężczyzna, który początkowo może jeszcze budzić pewną dozę sympatii z czasem traci w oczach widza i ujawnia swoją gorszą stronę.

Zobacz również: “Smętarz dla zwierzaków” (1989) – Pierwsza adaptacja książki Kinga! – Recenzja [CAMPING #26]

Zamiast idealnym wybrankiem serca głównej bohaterki, co podpowiadałyby pierwsze sceny z jego udziałem, okazuje się natarczywym draniem, który nie potrafi pogodzić się z odtrąceniem i nie szanuje decyzji podobającej mu się kobiety. Myśli o niej wyłącznie w kontekście obiektu do zdobycia i oczekuje, że Mary z miejsca zacznie zachowywać się tak, jak on będzie chciał. Sugeruje jej wręcz, że dostosowując się do jego wymagań, stanie się lepsza. Nie powstrzymując swoich emocji, nie hamując reakcji, będzie problemem dla niego i otoczenia. Dlatego też w ostatecznym rozrachunku John – lokalny cwaniaczek, jakich wielu spotyka się w prawdziwym świecie – urasta do miana drugiego największego antagonisty w filmie. To czarny charakter mniej oczywisty  niż „The Man”, bo mniej typowy dla kina grozy i znacznie bliższy przyziemnym dramatom.

Co więcej, sposób, w który nakręcony został Karnawał dusz również budzi skojarzenia z tym gatunkiem. W horrorowych scenach, którym towarzyszy hipnotyzujący muzyczny motyw przewodni, pomysłem reżysera było korzystanie z częstych i długich zbliżeń na twarz Mary. Candace Hilligoss dostaje wówczas cały ekran, żeby prezentować swoją mimikę i dzielić się emocjami z widzem. Kiedy kamera skupia się tylko na niej, uwalnia tłumioną rozpacz, frustrację i zamęt, który panuje w jej głowie. Swoją kreacją aktorka mówi wszystko, co najważniejsze o granej przez nią postaci – że ledwo trzyma się w ryzach i nic nie jest dla niej takie, jakie być powinno.

Zobacz również: Camping #24 – “Wielka draka w chińskiej dzielnicy” – Recenzja

Senna, kameralna opowieść stworzona przez Harveya i wspierającego go w pisaniu scenariusza Johna Clifforda przez lata inspirowała licznych filmowców. Zauroczyła m.in. George’a A. Romero, M. Night Shyamalana, Jamesa Wana czy też Davida Lyncha. I choć zazwyczaj da się wyczuć w tego typu hasłach pewną kurtuazję, tym razem nie są to czcze słowa. Karnawał dusz ma w sobie tę nutkę dziwności i teatralności, która cechuje np.Twin Peaks. Zwłaszcza surrealistyczne, osobliwe sekwencje, kręcone w tajemniczym parku rozrywki na odludziu przywodzą na myśl opus magnum Lyncha, w którym zło i przeznaczenie przybierały niebanalne, spersonifikowane formy.

Karnawał dusz

Najlepsze horrory to takie, które rzadko kiedy kurczowo trzymają się gatunkowych ram i ograniczają do bycia jedynie bezrefleksyjnym źródłem strachu. Robią zwykle coś ponad to, budząc oprócz lęku także współczucie, żal lub smutek. Tym, co w filmie Harveya przeraża najbardziej, nie są bowiem czyhający w ciemności nieumarli, a bezradność bohaterki wobec unoszącego się nad nią fatum. Świadomość, że czekają na nią i grają dla niej już tylko w tamtym miasteczku. Na karnawale dusz.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.