Advertisement
Recenzje

„Dom nad Jeziorem” – Recenzja

Albert Nowicki

Skandynawska populacja uchodzi za bardzo kosmopolityczną, ale − co oczywiste − nie wszyscy dążą do zniesienia podziałów kulturowych. Niczym nieuzasadnionej ksenofobii przyjrzał się Mikko Makela w swoim debiutanckim filmie, „Dom nad jeziorem” (tytuł festiwalowy „Ukryci w sitowiu”). Przykład Jouko − ojca głównego bohatera − dowodzi, że nawet w postępowej, wydawałoby się, Finlandii jawnie demonstrowane są postawy fobiczne, dyskryminacyjne, wyrastające z niedostosowania społecznego. Pochodzący z Syrii robotnik, Tareq, przybiera asekuracyjną postawę i nie sposób mu się dziwić: ponieważ komunikuje się po angielsku, a nie fińsku, zleceniodawca rozmawia z nim jak z dzieckiem − jak z kimś, kto niczego nie rozumie, a prawdopodobnie też nic nie potrafi. Za światopoglądem Jouko stoją skróty myślowe; to nienadążający za nowoczesnością konserwatysta, dla którego wojsko ma większą wartość niż studia w Paryżu, a opinia sąsiada urasta do rangi sacrum.

„Dom nad jeziorem” nie jest pierwszym fińskim filmem, który z uchodźcy czyni postać pierwszoplanową (w ubiegłym roku na ekranach kin gościł komediodramat „Po tamtej stronie”, z Sherwanem Hajim jako Syryjczykiem tułającym się po „progresywnej” Europie). Makela nie poświęcił kryzysowi migracyjnemu zbyt wiele uwagi; przystojny Arab przede wszystkim zdobywa serce Leeviego, nie uczy zaś jego ojca tolerancji. Podjęty zostaje temat innych konfliktów i zgryzot społecznych (np. obowiązkowej służby wojskowej, przez którą młodzi Finowie uciekają zagranicę), ale są to problemy w znacznej mierze niewypowiedziane, niby podsycające dramatyzm, a mimo wszystko niedostatecznie rozwinięte. Bohaterowie toczą trywialne, często wykraczające poza scenariusz rozmowy, co dla Kabbaniego i Puustinena okazuje się gratką − pozostawia im bowiem szerokie pole do własnej improwizacji oraz niczym niepohamowanego manewru dramaturgicznego. Luźne dialogi nieźle współgrają z naturalizmem estetycznym: „Dom nad jeziorem” rozgrywa się przede wszystkim w przestrzeniach otwartych.

Leevi i Tareq dyskutują o swoich tęsknotach, pragnieniach i obawach. Obaj szukają na świecie miejsca, które mogliby nazwać domem: pierwszy z nich czuje się nieswojo u boku homofobicznego ojca, drugi zaś porzucił ojczyznę. Ten motyw akcentowany jest przez tytułową, leśną chatę − wymagającą gruntownej przebudowy. Praca manualna uwyraźnia męskość obu postaci, choć − bez porównania się nie obejdzie − sam film jest mniej „szorstki” niż fabularnie bliźniaczy projekt Francisa Lee, „God’s Own Country”. To był dramat bez reszty angażujący, powstały z inicjatywy reżysera o dominującej sile i wyraźnej wizji. Makela zaś nakręcił obraz powściągliwy, oszczędny w swej formie, chwilami zbyt subtelny w warstwie narracyjnej. Za swoją pracę i tak uzyskał kilka „branżowych” wyróżnień, bo „Dom nad jeziorem” bynajmniej nie jest kiepskim debiutem. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że bazując na soczystszym scenariuszu − a mówiąc wprost: pracując z lepszym tekstem − młody Fin dowiódłby światu, jak wrażliwym i utalentowanym jest filmowcem. Za sprawą „Domu…” − a zwłaszcza scen romantycznych uniesień − poznałem w Makeli reżysera ze sporym potencjałem i perspektywą rozwoju.

Przeczytaj również:  Ostatnie słowo wyjadaczy – „Crime 101” [RECENZJA]

 

Website |  + pozostałe teksty

Dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Nieprzerwanie od 2012 roku prowadzi blog  His Name Is Death

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.