Advertisement
PublicystykaTemat Miesiąca 12/19

Roman Polański: “Nóż w wodzie”

Marcin Kempisty

Może Nóż w wodzie nie jest filmem idealnym, ale trudno wymarzyć sobie lepszy debiut. Dojrzalszy pod względem formy, bardziej ascetyczny i powściągliwy, jeżeli chodzi o treść. A przecież można sobie wyobrazić, że wielomiesięczne boje Romana Polańskiego z odpowiednimi urzędami, wymuszającymi na młodym twórcy wprowadzenie poprawek do scenariusza, wpłynęłyby na spójność skryptu i odbiłyby się negatywnie na efekcie pracy. Na szczęście, nic bardziej mylnego. Wprawdzie artysta musiał ukryć swoje prawdziwe zamiary, przez co dopiero po czasie kolejni interpretatorzy odkrywali pierwotne intencje i przesłanie, niemniej jednak po latach Nóż w wodzie prezentuje się fantastycznie.

Scenariusz napisali wspólnie Polański, Jerzy Skolimowski i Jakub Goldberg. Do głównych ról – małżeństwa Krystyny i Andrzeja – wybrano Jolantę Umecką i Leona Niemczyka. Problem pojawił się przy obsadzaniu bezimiennego Chłopaka. Na wcieleniu się w tę postać bardzo zależało i Polańskiemu, i Skolimowskiemu. Mężczyźni najprawdopodobniej czuli głębszą więź z tym protagonistą, w końcu można było wtedy jego postawę potraktować jako swego rodzaju manifest młodego pokolenia wchodzącego w dorosłość w czasach gomułkowszczyzny. Twórcy poszli w końcu na kompromis. Postawili na silniejszego fizycznie (co dla roli miało niebagatelne znaczenie) Zygmunta Malanowicza, ale w postsynchronach jego głos został zastąpiony głosem Polańskiego.

Scenariusz Noża w wodzie, na pierwszy rzut oka, nie wyglądał olśniewająco. Oto dobrze sytuowana para jedzie na Mazury, by spędzić weekend na żaglach. Po drodze zabierają ze sobą młodego autostopowicza, który będzie im towarzyszyć w wyprawie po jeziorze. Między trzema bohaterami rozpętuje się emocjonalne piekło, pełne wzajemnych pretensji i oskarżeń, które doprowadza do niejednoznacznego, choć wydaje się, że jednak tragicznego, finału.

Nóż w wodzie
fot. Kadr z filmu “Nóż w wodzie” / Studio Filmowe Kadr

Ówcześni przedstawiciele prasy oczywiście nie byli zachwyceni debiutem Polańskiego. Jednoznacznie odczytywano Nóż w wodzie jako psychologiczną dramę z elementami komentarza społecznego. Doszukiwano się nawiązań do rodzącej się w tamtym czasie Francuskiej Nowej Fali i twierdzono, że Polak kopiuje i transportuje tamtejsze rozwiązania na rodzimy rynek. Nie pozostawiono na artyście suchej nitki, zwłaszcza że nie lubiano go za jego “wielkopańskość” i dystans wobec komunistycznej rzeczywistości. Już w szkole filmowej, w trakcie kręcenia etiud, Polański zapowiadał się na kogoś wybitnego, ale przede wszystkim niezainteresowanego wielkimi sprawami narodowymi. Gdy spadają anioły jest wyjątkiem w jego wczesnej twórczości, poza tą jedną pracą reżyser interesował się zabawą formą (Morderstwo), groteską (Uśmiech zębiczny), czy szukaniem uniwersalnego, zakorzenionego w kinematograficznej tradycji, ujęcia problemu społecznego wykluczenia (Dwaj ludzie z szafą). A że przy okazji potrafił być awanturnikiem, to posiadał zestaw licznych cech, które czyniły go niepożądaną personą w polskim światku artystycznym. I tak też się stało: po realizacji Noża w wodzie Polański przez wiele lat kręcił produkcje w innych krajach, rozwijając swoją niesamowitą karierę, często będąc krytykowanym, albo w najlepszym wypadku przemilczanym, przez rodzimą krytykę. Te problemy nie przeszkodziły jednak artyście w otrzymaniu nagrody na festiwalu w Wenecji, jak również nominacji do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny.

Jak słusznie zauważyła Grażyna Stachówna w książce Roman Polański i jego filmy, krytycy od samego początku źle zaszufladkowali ów debiut, co w konsekwencji doprowadziło do niezrozumienia podstawowego zamiaru przyświecającego twórcom. Mylnie przyporządkowano autora późniejszego Dziecka Rosemary do miłośników Francuskiej Nowej Fali, podczas gdy mężczyzna odnosił się do niej ze sporym sceptycyzmem. Znacznie cieplej wypowiadał się o amerykańskim kinie, zwłaszcza o pracach Hawksa, Wellesa, jak również o produkcjach pewnego Londyńczyka, co to uwielbiał straszyć i podniecać swoją widownię. Przy dokładniejszym obejrzeniu okazuje się, że Nóż w wodzie rzeczywiście jest zadłużony w kinie Alfreda Hitchcocka.

Przeczytaj również:  4 filmy o sile kobiety, które trzeba zobaczyć na #NH2020

Obu twórców łączy zamiłowanie do zabawy z widzem. Zwróćmy uwagę na sam początek debiutu Polańskiego. Kamera przygląda się parze jadącej samochodem. Z ich twarzy trudno wyczytać emocje, nie można także usłyszeć wypowiadanych słów. Rozpoczyna się zatem od próżni znaczeniowej i interpretacyjnej. Para porusza się autem, a widzom nie pozostaje nic innego, jak tylko kontemplować samą jazdę. Polak przeciąga tę chwilę, by nacieszyć się momentem, kiedy to nie ma żadnych zobowiązań wobec odbiorców. Ale kiedy już jednoznacznie się określi co do swoich zamiarów, lokując trójkę bohaterów na niezbyt dużej łodzi, to również nie będzie pogrywać pod dyktando masowych oczekiwań. Pozwala sobie na chwilę wytchnienia od gatunkowych klisz, by później swobodnie sobie nimi pożonglować.

fot. Kadr z filmu “Nóż w wodzie” / Studio Filmowe Kadr

Innego rodzaju formalna woltyżerka ujawnia się w kontekście tytułowego noża. Już od momentu poznania iskrzy między starszym mężczyzną a Chłopakiem. Andrzej popisuje się majętnością i męskością przed młodzianem, ale ten nie pozostaje dłużny. Bezimienny odgryza się starszemu, a że między nimi znajduje się kobieta – chłodna wobec męża, zainteresowana nowym gościem – to należy spodziewać się aktów przemocy i walki o dominację między protagonistami. Temu właśnie służy pojawienie się noża, istnej strzelby Czechowa. Gdy po raz pierwszy zostaje wyciągnięta na światło dzienne, widz już doskonale zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy wrócą cało z tej podróży. A cóż się z tym nożem wyczynia! A to Malanowicz trzaska ostrzem między rozstawionymi palcami, a to rzuca narzędziem w stronę Niemczyka, który łapie je w locie szczęśliwie za trzonek, a to obaj mężczyźni celują nim w ściany kajuty. Co kilka minut wykorzystuje się nóż w celach coraz bardziej zbliżonych do ciągle wyczekiwanego morderstwa.

Z powodu wcześniej wspomnianych nacisków i dokonywanych pod ich wpływem zmian, scenariusz nie był oryginalnym wykwitem myśli Polańskiego i Skolimowskiego. Artyści musieli się choć odrobinę zdystansować do panujących realiów, dlatego też ukryli prawdziwy zamiar: stworzenie thrillera. Sytuacja rodem z Hitchcocka straciła wyraźne kontury, stała się widmem przechadzającym się między tematami regularnie podnoszonymi przez, także współczesnych krytyków: starciem międzypokoleniowym, kryzysem męskości, wyznaniem niewiary w sens funkcjonowania w komunistycznym, nastawionym na koniunkturalizm systemie. Dialogi Andrzeja i Chłopaka słusznie odczytywano przez pryzmat sytuacji lat 60. XX wieku, lecz zapomniano o prawdziwym rodowodzie historii: chęci uwięzienia trójki bohaterów w klaustrofobicznej (choć przecież na pełnej wodzie!) przestrzeni, z dala od spojrzeń świadków, zdanych na siebie i na głęboko tkwiące w nich frustracje.

Oczywiście to nie jest tak, że nikt nie patrzy, bo przecież udział w całym przedsięwzięciu biorą przecież widzowie, niby będący biernymi obserwatorami, a w rzeczywistości goście zaproszeni do perfidnej gry wymyślonej przez gospodarcza. Zapomina się bowiem o ważnej “postaci”, jakże obecnej prawie w każdym filmie Polańskiego: o narratorze. Filmy autora Rzezi, tak jak książki, także mają w swojej strukturze wpisaną postać osoby opowiadającej, oprowadzającej odbiorców po świecie przedstawionym. Najczęściej widownia przyzwyczajona jest do niewidzialnego, wszechwiedzącego, niezastanawiającego się nad swoją istotą narratora. W przypadku Noża w wodzie i kolejnych dzieł reżysera sprawa wygląda kompletnie inaczej. W tym świecie zawsze jest ktoś, kto filtruje przez siebie “obiektywne istnienie” świata przedstawionego. Mówiąc inaczej: być może narrator wie wszystko, ale z jakichś przyczyn pokazuje innym to, na co ma ochotę.

Powyższa konstatacja ma kolosalne znaczenie dla omawiania tej twórczości, bez niej trudno odkodować zasady gry, do której notorycznie w kolejnych filmach zaprasza Polański. Już od debiutu widać, jak bardzo zależy twórcy na zamanifestowaniu istnienia osoby opowiadającej wszystko, co się dzieje na ekranie. Zwróćmy uwagę na kadry, zazwyczaj bardzo ciasne, na pierwszym planie ukazujące wielkie ciało jednego z bohaterów, by w tle prezentować mniejsze sylwetki reszty. Raz jedni górują, raz drudzy, w zależności od tego, jak to się między nimi układa na płaszczyźnie emocjonalnej. Cała perfidia perwersyjnej gry ujawnia się jednak dopiero pod koniec, blisko rozwiązania akcji. Jak bowiem wiadomo, w konwencji thrillera, kryminału i podobnych gatunków, dąży się przede wszystkim do rozwikłania zagadki i udzielenia odpowiedzi na nurtujące pytania, związane z istotą świata przedstawionego, charakterów postaci, ich motywacji itd. Tymczasem Nóż w wodzie odbiera widzom tę podstawową przyjemność. Narrator za pomocą kamery nie patrzy tam, gdzie powinien, nie rejestruje najważniejszych wydarzeń, przez co w pewnym momencie odbiorca powinien stracić grunt spod nóg.

fot. Kadr z filmu “Nóż w wodzie” / Studio Filmowe Kadr

W końcu dochodzi do przepychanki między mężczyznami, zakończonej upadkiem jednego z nich do wody. Czy Chłopak utonął czy jednak przeżył? Niby sprawa jest oczywista, Bezimienny wrócił na pokład, ale przecież bardzo długo znajdował się pod wodą, a sam też wcześniej stwierdził, że nie potrafi pływać. Być może to było kłamstwo na potrzeby chwili, niezbędne do wymigania się od powierzonych obowiązków. A być może rzeczywiście zbrodnia została dokonana, ciało młodzieńca ląduje na dnie jeziora, a to, co się dzieje później, jest już tylko wykwitem wyobraźni Krystyny zagłuszającym wyrzuty sumienia. Lepiej bowiem powiedzieć mężowi, że przespała się z Chłopakiem i w ten sposób zemścić się na Andrzeju, niż dopuścić do siebie myśl, że przed chwilą doszło do morderstwa.

Nie wiem, na ile to skojarzenie jest trafne, ale ów zabieg – stworzenie thrillera, w którym nie wiadomo, czy doszło do morderstwa – bardzo przypomina podobny efekt wykorzystany w Przygodzie autorstwa Michelangelo Antonioniego oraz w Oknie na podwórze (notabene też o potędze wzroku!) w reżyserii Hitchcocka. Niby wszystko podane jest na tacy, a jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się niepokój, czy aby na pewno narrator ponownie sobie nie zakpił. Gra Polańskiego jest arcyskuteczna: odebrać pewność widzenia, zabrać poczucie bezpieczeństwa, udowodnić, jak zdystansowane spojrzenie potrafi być narzędziem opresji, ale także ingerencji w świat, w przetwarzanie informacji na swoją modłę.

Wszyscy wiedzą, że Nóż w wodzie to pięknie zrealizowany film, okraszony przecudowną muzyką Krzysztofa Komedy. Niewiele osób podchodzi jednak do tego debiutu jak do Hitchcockowskiej wariacji na temat napięcia między seksualnością a tabu, spojrzeniem a obserwowanym obiektem, wreszcie strachem a przyjemnością. Bo przecież ogląda się to dalej, czekając na krwawe rozwiązanie konfliktu. Choć we wszelkich rozmowach podnosi się przede wszystkim wątek zagubionej młodości i poczucia niedopasowania u Chłopaka, to jednak gdzieś podskórnie wyczuwa się, że jest to jedynie pierwsza warstwa tej historii, pod którą kryją się kolejne.

Chyba już nigdy w taki sposób Roman Polański nie będzie ukrywać gatunkowych korzeni w swoich filmach. Począwszy od Wstrętu będzie jednoznacznie sięgać po cały sztafaż związany z konkretnymi “kodami” (komedii, horroru, kryminału), by przenicować je przez swoją wrażliwość i załadować ciągle nawiedzającymi go problemami. Nóż w wodzie można potraktować jako początek przygody polskiego twórcy z tematem perwersji i opresji spojrzenia, jaki będzie regularnie rozwijać w kolejnych produkcjach.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.