“Last Christmas”, czyli “daj serce, patrzaj w serce” [RECENZJA]

Gatunek komedii romantycznej na święta przeżywa ostatnimi czasy spory kryzys. Dość powiedzieć, że “ostatnim bastionem” dobrego filmu rozgrzewającego serce jest, w zależności od napotkanej osoby, To właśnie miłość lub Holiday. Niemniej od premiery obu tych produkcji minęło ponad 10 lat, a w mijającej dekadzie jedynym miłym (choć nie dobrym per se) wyjątkiem okazały się polskie Listy do M., których pozytywny wydźwięk został wyciśnięty przez słabe, kolejne części. Zbawcą w tej sytuacji mógł być jedynie pierwszy kolędnik amerykańskiej popkultury, George Michael i jego Last Christmas. Zaskakująco jednak, pierwsza kapitalistyczna kolęda przeniesiona na ekran kina przestanie nas prześladować, a odzyska za to swój dawno utracony – poprzez wieczne, antenowe zapętlenie – urok.

Główną bohaterką najnowszego filmu Paula Feiga jest Katarina vel Kate, emigrantka z byłej Jugosławii, niegdyś prosperująca wokalistka, teraz elfka w sklepie świątecznym, zapijająca smutki w lokalnych pubach. Dodatkowo, co oczywiście kluczowe dla całej fabuły, ogromna fanka George’a Michaela, o czym świadczy nie tylko nalepka na walizce, ale i zapętlenie Heal the Pain w szafie grającej. Jednym ratunkiem wydaje się Swiper (nieformalnie – Tinder) i przypadkowy seks, dający złudną nadzieję na poprawę humoru.

Newralgicznymi dla charakteru Kate będą jej rysy z przeszłości. Nie tylko wojenne – te straumatyzowały jej matkę, nie potrafiącą odnaleźć się w nowym świecie – czy narodowościowe, gdyż ze względu na bałkańskie pochodzenie musi zmagać się z ksenofobią brexitowskich fanatyków, ale głównie te związane z przebytą rok temu chorobą, na skutek której przeszczepiono jej serce. Po operacji przestała być huraoptymistyczną sobą, żyjącą nadzieją na musicalową karierę, bo, przez nasilenie frustracji i pozabiegowej depresji, straciła chęci do dalszego koegzystowania w społeczeństwie.

W przeciwieństwie do większości schematycznych romkomów nie wszystko zmieni się w chwili wprowadzenia miłosnego obiektu zainteresowań. Duet ThompsonKimmings, odpowiedzialny za scenariusz, woli prowadzić historię na modłę La La Land, bazując na romantyzmie przeciwności. I tak też pierwsze przypadkowe, uliczne spotkania Kate i Toma, młodego wolontariusza i kuriera, będą niechciane. Ba, nawet sposób narracji charakterologicznej będzie przypominał relację tandemu Mia – Sebastian: ona będzie niespełnioną aktorką musicalową (zaliczającą wpadki na castingach), on natomiast pozytywnym i wiecznie roztańczonym lekkoduchem, przesiadującym godzinami w swojej oazie. Tylko zamiast Hurwitza, w tle leci Wham!.


Zobacz również: Recenzję filmu “Proxima”

Porównanie do filmu Chazelle’a to również symbol tego, że Last Christmas, choć jest oczywiście bożonarodzeniową komedią romantyczną, nie wpisuje się w tradycyjny schemat gatunkowy. Nie tylko ze względów narracyjnych czy wykorzystywania wspomnianej już komedii przeciwności, ale także dzięki marginalizowaniu samego procesu zakochania. Bowiem ten projekt Paula Feiga to nie tylko prosta opowieść o miłości, lecz przede wszystkim krótki poradnik, jak być dobrym.

Katarina przypomina w swoim świątecznym poszukiwaniu dobroci i chęci życia Georgea Baily’ego z To wspaniałe życie Franka Capry, a Tom jest w tym schemacie jej aniołem stróżem. Jednak gdy chłopak – jak każdy, prawdziwy dobry duch – na chwilę znika, Kate przejmuje inicjatywę i stara się zmienić na nieco lepszy swój rodzinny mikrokosmos. A jeśli ten proceder ma odbywać się w rytm Freedom, to czyż może być lepszy lek na zimne, grudniowe wieczory?

Jak się jednak okazuje, może. Bo właściwie Last Christmas mogłoby być lepszym filmem, gdyby więcej uwagi przyłożono do drugiego planu, który całkowicie nie potrafi wybrzmieć. Przypowieść o “Mikołajce”, szefowej Kate, bardziej niż romantyzmem przepełnia nas tanim slapstickiem, a postać matki granej przez Emmę Thompson (jako jedyną silącą się na jugosłowiański akcent) pojawia się na ekranie zbyt krótko, by dotknąć nas emocjonalnie. Jedynie wątek siostry Kate, rozpoczęty od pierwszej sceny, jest rozczulający i, co rzadkie w filmie Feiga, stricte miłosny.

Ze scenariuszowego marazmu (mimo szczerych chęci, by było inaczej) Last Christmas wyciąga Emilia Clarke, która – a mówię to z perspektywy człowieka zgrzytającego zębami na wątku Daenerys w Grze o tron – udowadnia, że jest naprawdę dobrą aktorką. Swoją charyzmą rzuca na nas prawdziwy czar świąt, prawdziwie zarażając uzyskaną w trakcie historii euforią i carpediemizmem. A gdy zaczyna śpiewać tytułowy szlagier, z bólem odrzucamy wersję Michaela, zapętlając od dziś jedynie wykonanie Clarke.

Odpowiadając na pytania. Czy film potrzebował muzyki Michaela? Nie, jest ona traktowana pretekstowo. Czy film jest pozbawiony wad? Oczywiście, że nie, wpadki zdarzają się tu nader często. Czy Last Christmas było komukolwiek potrzebne? Tak, bo wreszcie amerykańskie kino przypomniało, że filmy świąteczne nie muszą tylko wzruszać – mogą po prostu sprawiać nam wiele radości, której tak bardzo w tym okresie potrzebujemy.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.