„Krewetki w cekinach” – Kanon kina queerowego znów został poddany redefinicji [RECENZJA]
Krewetki w cekinach – już sam tytuł pozwala nastrajać się na kino migotliwe, soczyste i pełne energii. Przygotujcie się więc: z sali kinowej wyjdziecie uśmiechnięci i w pogodnych nastrojach. Kanon kina queerowego znów został poddany redefinicji; tym razem dokonuje jej duet Cédric Le Gallo–Maxime Govare. W „Krewetkach” mieszają się tropy dobrze znane z gejowskich komedii, filmów obyczajowych i sportowych, ale całość wybrzmiewa w swoim własnym języku. W dobie dramatów egzystencjalnych powstała opowieść o życiu chwilą i dzieleniu ulotności z najbliższymi. To odtrutka na łzawe historie z wątkiem LGBTQ, których we Francji bynajmniej nie brakuje.
Przeczytaj również: “The I-Land”, czyli netflixowa nuda i strata czasu wywołujące ciarki zażenowania [RECENZJA]
Jednym z bohaterów „Krewetek” jest Matthias (Nicolas Gob), uznany pływak, który szokuje opinię publiczną, gdy na łamach telewizji nazywa innego sportowca „ciotą”. Chwila uniesienia będzie kosztowała go bardzo wiele: mężczyzna dostaje zadanie specjalne – ma trenować drużynę piłki wodnej przed uczestnictwem w zawodach. Zresztą nie byle jakich, bo Gejowskich Igrzyskach Olimpijskich. Uchodzący za homofoba medalista nie zostaje przyjęty przez protegowanych z otwartymi ramionami. Szybko zdaje sobie sprawę, że będzie szkolił najgorszy zespół waterpolo w historii.
Jako underdog story o sportowej osnowie film może wydać się dość przewidywalny. Chwilami taki bywa: wystarczy wspomnieć ponagloną i niezbyt autentyczną przemianę trenera, jego lekcję tolerancji. Mimo to, jak pisałem wyżej, klasyczny rys fabuły przepisują „Krewetki” na własny język. Kolejne wydarzenia układają się w konwencjonalną całość. Piłkarze ruszają po złoto na chorwacką olimpiadę, w trakcie drogi przychodzą pierwsze zgrzyty i konflikty. Dramaty pomaga im przepłoszyć coraz mniej apodyktyczny trener – nowo narodzony przyjaciel gejów, a wielka wygrana zaczyna dostawać bohaterom do rąk. Jean (Alban Lenoir) i jego kumple nie są, oczywiście, pyszałkami i zdają sobie sprawę ze swych słabości. Jeden z zawodników zdobywa się nawet na górnolotny dyskurs: „wolę przegrać z tymi, których kocham, niż wygrywać w samotności” – rzuca w najbardziej uskrzydlającym momencie. W finale zaskoczenie miesza się ze wzruszeniem, ale nie brakuje też okazji do tańca w tytułowych cekinach.
Govare i Le Gallo nakręcili film o duchu wspólnoty oraz jedności – tak gejowskiej, jak i sportowej. Posługując się mową tolerancji i otwartości, podważyli wiarygodność starego stereotypu o homoseksualistach, którzy nie potrafią odbić piłki. „Krewetki” będą prowokowały dyskusje o środowisku LGBT w świecie sportu – i dobrze, bo są one potrzebne. W kontekście skrótów myślowych muszę jednak przełączyć się na tryb nagany, bo nadal znalazło się ich trochę w scenariuszu. Pozwolę sobie je przytoczyć.
Przeczytaj również: Piłsudski, czyli Twój nauczyciel od historii byłby zachwycony [RECENZJA]
Tleniony blondyn chwali się tatuażem na odbycie, przypominającym twarz Ryana Goslinga. Dowiadujemy się, że dwóch tatusiów to przywilej, bo zawsze mają ładnie ubrane dzieci. Drużyna lesbijskich piłkarek zostaje nazwana „King-Kong-lesbami” – przez gejów, uważających, że „mogą tak mówić, bo to branżowy przywilej”. Wyłania się z filmu karnawalizacja osób queerowych, dokonana zostaje trawestacja, która nie ma raczej przełożenia na rzeczywistość. Bo w końcu kiedy ostatnio, siedząc w restauracji, byliście świadkami drag show, odstawianego przez grupę krzykliwych cekiniarzy?
Krewetki w cekinach wykazują tendencję do stereotypizacji, na szczęście niezbyt agresywnej. Ciężko im się oprzeć, bo twórcy kierują się słusznymi intencjami, chwalą pojęcie akceptacji i seksualnej swobody, a do tego mają wielkie serca. Do ról przodujących wybrali świetnych aktorów, dzięki którym film najzwyczajniej w świecie bawi. Najwięcej zyskują „Krewetki” jako kino drogi, gdy członkowie drużyny podróżują tęczowym autobusem przez Europę, a absolutnym highlightem okazuje się wykorzystanie szlagieru „Boys (Summertime Love)” na soundtracku. Ten moment to eskapizm w najgorętszej postaci i jedna z najlepiej zmontowanych scen. Precyzją wykonania imponują też ujęcia podwodne (halucynacje w klubie, akcja ratunkowa w trzecim akcie).
Film jest dość lekki w odbiorze i nigdy nie wypływa na głębsze akweny – inaczej niż na przykład Sauvage Camille’a Vidala-Naqueta. Duet reżyserów szanuje swoich bohaterów, ceni sobie ich wolność i bezpruderyjność, wyraźnie kierując się przysłowiem „człowiek bez swobody jest jak ryba bez wody”. Co ciekawe w ubiegłym roku powstały dwie inne komedie o bardzo zbliżonej fabule: Niezatapialni (wielki hit kinowy we Francji) oraz Pływając z facetami.
Dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Nieprzerwanie od 2012 roku prowadzi blog His Name Is Death

