6 filmów, w których nie ma muzyki Beatlesów, więc tak jakby nie istnieli [ZESTAWIENIE]

Ten artykuł ma charakter humorystyczny – stworzyliśmy go z okazji premiery filmu Yesterday na DVD i BluRay. Idąć tropem reżysera Danny’ego Boyle’a, wyobraźliśmy sobie świat, w którym legendarna czwórka z Liverpoolu nie istnieje. Powstało najdziwniejsze filmowe uniwersum, które prezentuje się tak, jak poniżej. Czekamy również na Wasze propozycje!


Yesterday na DVD i BluRay znajdziecie w Empikach!


6. “Łowca androidów”


Kiedy w 1956 roku John Lennon uległ poważnemu wypadkowi, nikt nie przypuszczał, że zmieni to bieg historii jaką znamy… Oczywiście możemy tylko przypuszczać, że właśnie podobnego rodzaju wypadek był przyczyną niezawiązania się w roku 1960 grupy The Beatles. Jakkolwiek by nie było, w alternatywnej linii czasowej muzycy z Liverpoolu nigdy nie nagrali nic razem. Dzięki temu rozwój nauki i techniki był dużo szybszy, bowiem ludzie bez Beatlesów mieli więcej czasu na takie rzeczy. Nie trzeba było długo czekać – postęp przyniósł przełom dla ludzkiej rasy. Androidy, które do złudzenia przypominały ludzi. Nazywano je replikantami.

Tak, tak, drogie dzieci, dorośli i seniorzy. “Blade Runner” rozgrywa się w świecie, w którym nigdy nie było Beatlesów i właśnie dlatego cyberpunkowa rzeczywistość z roku 2019 rożni się od tej, którą znamy z naszej współczesności. No, teraz już wiecie. Będzie spać lepiej tej nocy.

(Paweł Kicman)


5. “Tusk”


To będzie krótka opowieść o geniuszu. Stanowi on wręcz awatar swoich czasów, będąc niesłyszanym wcześniej tak wyraźnie głosem własnego pokolenia. Niepokorny styl, bezkompromisowe dążenie do realizacji artystycznych celów, miłość fanów, charakterystyczny strój i regularne spożywanie substancji powszechnie uznanych za nielegalne. Renoma jaką wykreował wokół siebie sprawiła, że nie tylko on, ale również jego najbliżsi przyjaciele i współpracownicy stali się znani na całym świecie sztuki.

I choć ma na koncie szereg kultowych dzieł, to to z „morsim” (morsowym?) tytułem, zdaje się być jednym z tych najbardziej niedocenianych. Surrealistyczny mariaż nawiązań i cytatów, okraszony specyficzną poetyką i mnogość możliwych inspiracji, które wymykają się wszelkim ogólno przyjętym zasadom logiki. A wszystko przez człowieka, który… jest morsem. A gdyby geniuszu opisanego wyżej Kevina Smitha było mało, to pewien grajek z Liverpoolu napisał piosenkę na ten sam temat… Niejaki John Lennon do współpracy ze swoimi kolegami z zespołu, nagrał piosenkę „I am a walrus”, która zapewne w wyniku konfliktu dotyczącego praw autorskich nie znalazła się w kultowym horrorze z 2014 roku. Ale może kiedyś… Nagrają coś razem, wierzę.

(Norbert Kaczała)


4. “High School Musical”


W świecie bez tak wielkiego zespołu, jakim są The Beatles, istnieje pustka, którą bardzo trudno wypełnić. Temu światu czegoś brakuje, czegoś bardzo ważnego, czegoś co rozjaśnia dni ciemne i smutne, pełne dołujących chwil i myśli. A może jednak nie?

W świecie bez Beatlesów żyje jedna osoba, która może wypełnić tą ziejącą smutkiem i ciemnością pustkę. W świecie bez Anglików śpiewających o żółtej łodzi podwodnej istnieje osoba, która sprawi, że nie będzie Wam tej piątki Anglików brakować. Sprawi ona, że Wasz świat wypełni się niesamowitym blaskiem, który nigdy nie osłabnie. A ona nigdy Was nie opuści. I nigdy Wam nie odpuści.

Tak, to ona. Nikt inny, jak… SHARPAY EVANS. Co tam Troy Bolton i ta jego przeciętna Gabriela. Nikogo nie obchodzi, że Dzikie Koty mają inne zainteresowania niż kozłowanie piłką po boisku. Najważniejsza jest właśnie Sharpay. Utalentowana, śliczna, silna kobieta, która sprawi, że ktoś taki jak The Beatles nawet na chwilę nie przemknie przez Wasze myśli. A teraz wszyscy razem! I need FABULOUS! Fabulous Hair, fabulous style, Fabulous eyes and that fabulous smile.

(Maja Rybak)


3. “Yesterday” (2002), reż. Yun-Su Chong


Podstawowym, ale i wyróżniającym się elementem fabularnym Yesterday Danny’ego Boyle’a jest wizja świata, w którym muzyka Beatlesów nie istnieje. Nie znaczy to jednak, że widz, który się do tego uniwersum wybierze, nie usłyszy utworów liverpoolskiego kwartetu. Wręcz przeciwnie, co i rusz w filmie uświadczyć może kolejnych hitów, takich jak Help! czy Let it be, tyle że w tych przypadkach w wykonaniu odtwórcy głównej roli, Himesha Patela.

Spójrzmy zaś na Yesterday Yun-su Chonga. W tym południowokoreańskim kryminale sci-fi o potyczce stróżów prawa z wciąż i wciąż przechytrzającym ich porywaczem dzieci żadnego kawałka Beatlesów usłyszeć nie sposób. Dlatego też wyznając podebraną od Berkeleya zasadę: „być oznacza być postrzeganym” śmiało można uznać, że w świecie tegoż Yesterday brytyjska kapela i jej muzyka w ogóle nie istnieją.

Łatwo więc z tych obserwacji wyciągnąć wniosek, że w kwestii esencji świata przedstawionego i jej odbioru przez widza jedno Yesterday jest znacznie bardziej Yesterday niż drugie Yesterday twierdzi, że jest.

(Rafał Skwarek)


2. “Pojutrze”


Nie da się ukryć, że Yesterday to przede wszystkim beztroska historia o tym, że ludzie powinni się łączyć we wspólnoty. O energii płynącej z dawania innym radości, słuchania Beatlesów i śpiewania o pięknie otaczającego nas świata. Rzępoleniu. Cieszeniu się. Miłości.  Płynięciu miło przez żyćko, bo te jest piękne. Ale czy zastanawialiście się, co by się stało, gdyby otaczający nas świat postanowił nagle nas zaciukać przez to, że ta frajda kiedyś ustanie? 

Niewiele osób wie, ale Yesterday (ang. wczoraj) jest oficjalnym prequelem Pojutrze z 2004 roku. Danny Boyle – zainspirowany sukcesem T2: Trainspotting, które eksplorowało przeszłość stworzonych przez siebie bohaterów – postanowił przedstawić genezę świata zniszczonego katastrofą ekologiczną z filmu Rolanda Emmericha, wywołaną przez brak żyjących w nim Beatlesów. Dopiero po premierze dzieła Boyle’a odkrywamy drugie dno Pojutrza – nie globalne ocieplenie spowodowało odwilż, tylko brak miłości.

Szokujące wyznanie głównego bohatera z końca filmu zmienia bowiem relacje między obywatelami Ziemi – następują zamieszki, człowiek zwraca się przeciwko człowiekowi, nie zwracają uwagi na to, co jest dookoła, topnieją lodowce, apokalipsa. Emmerich kapitalnie ogrywa schemat totalnej paranoi, której powodem jest zwykłe podskórne poczucie zdrady. Desperacja, którą widać na ekranie, przygnębia widza nie tylko ogromem dokonywanych przez naturę zniszczeń, ale i tym, jak ludzie potrafią się stoczyć, gdy stracą wiarę w innych. Bolesna opowieść, która nabiera jeszcze większej głębi, gdy obejrzy się ją zaraz po seansie Yesterday – diamentralna różnica z miejsca uderza. Niebo a ziemia, utopia a pogrom. Cudowne uczucie towarzyszące śpiewaniu Hey Jude zmienia się w tragiczną chęć przetrwania kataklizmu, którego powodem jesteśmy my sami. Fatalizm bez pardonu.

Efekt spotęgowany jest dodatkowo przez fakt, iż każda próba posłuchania przynajmniej coverów ich piosenek – wykonanych przez głównego bohatera Yesterday oczywiście – jest z góry skazana na porażkę. Wszelkie sprzęty do odtwarzania muzyki są zalane przez powódź. Sieci zamarzły przez epokę lodowcową. Więc posłuchanie Yellow Submarine na Spotify’u to mrzonka; marzenie, które nigdy się nie spełni w tym świecie. W dodatku w tym wspólnym uniwersum nie ma Beatlesów. Kto wie, co by się stało, gdyby legendarna czwórka istniała? Możliwe, że świat żyłby w harmonii i dobrobycie, przestępczość by zmalała, a kataklizmy naturalne zostawilibyśmy wyłącznie filmowcom? Niestety tego nigdy się nie dowiemy. Związek przyczynowo-skutkowy w NBCU (Non-Beatles Cinematic Universe) już nastąpił. Nie cofniemy zniszczeń, nawet rebootem.

Jednak nie ma tego złego – to tylko fikcja, z której wciąż możemy brać przykład, u nas przecież Beatlesi istnieją. Świat jest chory, ale pełno w nim dobra. Ludzie coraz bardziej zdają sobie sprawę z tego, że katastrofy naturalne to poważna sprawa, a nienawiść do niczego nie prowadzi. Przed nami jeszcze długa droga do osiągnięcia szczytowej formy w dziedzinie humanizmu i empatii, ale póki jest z nami muzyka Beatlesów, nauka powinna nam pójść całkiem sprawnie.

(Kuba Stolarz)


1. “Yesterday” (2019), reż. Danny Boyle


Sama nie wiem jak Danny Boyle wpadł na pomysł, by stworzyć swój mały świat bez Beatlesów, ale nawet kilka miesięcy po premierze filmu wciąż bardzo podoba mi się ten koncept. Może i niektórym z nas brak Beatlesów by jakoś szczególnie nie doskwierał, ale nie można powiedzieć tego samego o głównym bohaterze „Yesterday”, który stara się utrzymać na własnych nogach jako muzyk. Czwórka z Liverpoolu była jego liryczną inspiracją i po tym jak Beatlesi zniknęli, nie mógł nadziwić się faktem, że już nikt nie pamięta „Let it be”.

Mimo swoich wad film może być budulcem czegoś znacznie większego – uniwersum bez najlepszych rzeczy. Oprócz Beatlesów w „Yesterday” nie istnieje również Coca-Cola, Harry Potter, Oasis i papierosy. Bardzo chętnie zobaczyłabym kolejne segmenty tej historii, ale skupione na owych (innych) brakach.

 (Maja Głogowska) Zobacz też recenzję filmu!


Sprawdź wydanie Yesterday na DVD i BluRay w Empikach!

Scenarzysta komiksowy, publicysta. Czyta za mało komiksów, nie ma wystarczająco dużo czasu na granie w gry i ma zbyt długą listę filmów do nadrobienia. Uważa, że w filmach treść powinna stać ponad formą.

Student łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek i herbaty, aspirujacy AFoL.

https://www.facebook.com/ostry.polot/

Zakochany w popkulturze i pufach z krakowskich kin studyjnych recenzent, który może nie zdążył sobie wyrobić warsztatu, ale nadrabia za to serduchem i zajaraniem.

Z filmem związany w rolach od krytyka, przez aktora po producenta. Gracz dobrowolnie żyjący w społeczeństwie. Jeden z trzech w Polsce fanów wrestlingu. Gitarzysta grający zawsze inne solówki, bo potem nie umie ich powtórzyć. Nie chce wyjść na narcyza i udaje, że narracja trzecioosobowa go przed tym uchroni.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.