Wywiady

“Szkoła filmowa ma sens”. Mówi nam Piotr Lenar, założyciel Ama Film Academy [WYWIAD]

Maja Głogowska
Ama Film Academy
Piotr Lenar i Xavier Żuławski, mat. prasowe Ama Film Academy

Piotr Lenar to doświadczony operator filmowy, który realizował swoje filmy zarówno w Polsce jak i za granicą. W swojej karierze odpowiadał za zdjęcia do aż czterdziestu produkcji. Jego dorobek artystyczny obejmuje między innymi serial Pitbull. Lenar często współpracuje z Janem Jakubem Kolskim, tworząc jeden z najciekawszych duetów w polskiej branży filmowej.

w 2010 roku Lenar założył Ama Film Academy. Prywatną szkołę filmową w Krakowie. W tym roku otwiera się jej druga filia w Warszawie – z kierunkami studiów, których w Polsce wcześniej nie było. Motywem przewodnim naszego wywiadu jest kwestia, która stale pojawia się w komentarzach na naszym portalu – czy “filmówki” wciąż mają sens? O tym i wielu innych sprawach rozmawia z naszym gościem Maja Głogowska.


Maja Głogowska: Sam przeszedł Pan przez dwie polskie publiczne szkoły filmowe. Skąd pomysł by założyć prywatną?

Piotr Lenar: Sam pomysł nie miał związku z moimi doświadczeniami w polskich publicznych szkołach filmowych. Jeśli już, to inspiracja przyszła ze szkoły filmowej w Hamburgu, w której zacząłem uczyć ponad dziesięć lat temu. Koleżanka reżyserka namówiła mnie wówczas, żebym w zastępstwie za kogoś poprowadził zajęcia filmowe. Zgodziłem się, zajęcia bardzo się udały i jednocześnie pokazały mi coś, czego kompletnie się nie spodziewałem; że to też może być interesująca droga w twórczości filmowej – nie tylko samemu tworzyć, ale dzielić się swoimi doświadczeniami i umiejętnościami. Olśniło mnie wtedy, że to równie ciekawy i równie twórczy sposób działania w branży filmowej. Zacząłem się więc zastanawiać i debatować, aż po czteroletniej pracy w tej niemieckiej szkole i okazjonalnych wykładach różnego typu w Polsce, rzeczywiście zdecydowałem się założyć szkołę na własną rękę. Intrygowało mnie, czy jestem w stanie zrobić to na swój sposób, czy będę potrafił stworzyć platformę, która pozwoli również innym twórcom, których znam i szanuję, przekazywać ich myśli, sposób bycia czy metody pracy.

A czy w czasach, gdy poradniki filmowe zalewają takie platformy jak YouTube i Vimeo, szkoły filmowe są Pana zdaniem wciąż potrzebne?

Muszę przyznać, że jest to pytanie, które pada coraz częściej ze strony osób, które chcą trafić do branży filmowej. Odpowiadam wtedy, że rzeczywiście – jednemu na tysiąc uda się zostać znanym filmowcem jak Tarantino, Jahn czy Vega bez szkoły filmowej. Trzeba jednak podkreślić, że są to ludzie wyjątkowo utalentowani, nie tylko w zakresie artystycznym – bo szczególną wrażliwość posiadać powinien każdy filmowy twórca – ale też w zakresie samodoskonalenia się, poznawania, przyswajania nowych rzeczy. Ja osobiście poznałem dwie takie osoby – wspomnianych Patryka Vegę i Thomasa Jahna. Ten drugi był przez lata taksówkarzem i właśnie z tej taksówki dostrzegł przechadzającego się w księgarni słynnego niemieckiego aktora, Tilla Schweigera. Stanął on wówczas naprzeciw niego i wypalił: „Hej, mam tutaj taki scenariusz, czy nie chciałbyś może go przeczytać?” Schweiger początkowo go zbył, ale kazał wysłać sobie ten skrypt. No i Jahn go przysłał, a Schweiger od razu się w nim rozkochał. Z marszu zrobili film, który w Niemczech przyciągnął do kin kilka milionów widzów. I on, podobnie jak Vega, musieli uczyć się z godziny na godzinę – z każdym przepływem powietrza na planie filmowym, musieli być o etap dalej w swojej nauce. I jest to niesamowicie wyjątkowa umiejętność; zdolność, której większość ludzi nie ma. I choć rzeczywiście jest tak, jak Pani mówi – Internet jest ogromną kopalnią wiedzy i wiadomości, to ma w sobie też sporo informacji niesprawdzonych, które mogą nas nauczyć złych nawyków, jeśli zaufamy komuś nieodpowiedniemu, kto sprzeda nam serię błędów rzeczowych – co zdarza się często, na przykład przy błędnych tłumaczeniach zagranicznych książek branżowych. I kto to tak naprawdę zweryfikuje?

Ama Film Academy
Ama Film Academy – mat. prasowe

Ja zdecydowanie jestem zwolenniczką szkół filmowych, ale pytanie czy warto do takowej iść, pojawia się rzeczywiście coraz częściej i pytam właśnie w imieniu tych osób.

No bo to jest ważny temat i nie uważam, że trzeba koniecznie iść do szkoły filmowej. Mając szeroki dostęp do źródeł wiedzy, czy nawet ułatwioną wymianę doświadczeń, można się jako aspirujący filmowiec skupić na tym przysłowiowym YouTubie – i może to się udać, ale nie musi. Zawsze powtarzam, że jedną z głównych cech filmowca – szczególnie, jeśli chce się pracować przy nieco bardziej skomplikowanych produkcjach – jest tak zwany double-check. Kiedy ktoś się uczy sam, trudniej jest weryfikować to, co się przeczytało. Często tak jest, że przyjście do szkoły filmowej jest swego rodzaju zderzeniem się z mitami, które wyniosło się na przykład z Internetu. Czasem to są błahostki, ale kiedy takich małych rzeczy nagromadzi się więcej, to ma to znaczący wpływ na całą naukę zawodu. Jest też takie znane powiedzenie wśród filmowców, że szkoła filmowa jest po to, żeby usłyszeć w niej jedno lub dwa zdania, które będą twoją główną wskazówką na całą twoją karierę. I tak w istocie jest. Nie da się przecież „nauczyć” reżyserii, tak jak operatorki czy montażu. Będąc w szkole filmowej można od siebie nawzajem wiele czerpać, wymieniać myśli, nawet przy okazji przerwy na papierosa, na której u nas można spotkać chociażby Xawerego Żuławskiego. Ktoś by pomyślał, że ci ludzie przepalają czas i nic z tego nie będzie, ale to również tam padają te znaczące sentencje. I to jest coś, czego nie zastąpi żadna książka czy YouTube, bo każdy z filmowców ma inny pomysł na ten proces twórczy, zderzają się na co dzień z innymi trudnościami na swoich planach filmowych. I właśnie dlatego szkoła filmowa ma sens – bo pozwala na konfrontację z ludźmi, którzy robią filmy i mają coś do przekazania.

A co z nowopowstałym kierunkiem scenariopisarstwa online? Tam tej przysłowiowej fajki nie będzie. Czy przyszli studenci mają jakiś powód do zmartwień? Czy wszystko będzie dobrze przygotowane? To przecież zupełnie nowy i unikatowy jak na Polskę kierunek.

Nasza szkoła jest trochę jak kameleon. Zmieniamy się w zależności od potrzeb ludzi, którzy do nas przychodzą i od tego, co się dzieje na rynku. Mamy określony plan i szkic harmonogramu, ale nie trzymamy się sztywno tych ram. Przychodzi do nas grupa konkretnych ludzi, więc nie zaproponujemy im tego, co sobie wymyśliliśmy na przykład siedem lat temu, tylko patrzymy czego ci ludzie potrzebują najbardziej i oceniamy ich potencjał – jeśli widzimy, że komuś lepiej się będzie pisało seriale, to nie męczymy go fabułą, tylko ukierunkowujemy w pisanie innych historii. Kierunek online to odpowiedź na nową sytuację w świecie, w którym jeszcze przez dłuższy czas ograniczone będą kontakty osobiste, a scenariopisarstwo naszym zdaniem to jedyny taki kierunek, który można prowadzić zdalnie. Ze wszystkimi pozostałymi tak się nie da. Zwłaszcza, że w planach pierwszego roku jest napisanie własnego scenariusza. Konsultacje na jego temat mogą się odbywać online i tak to zapewne w tym zawodzie będzie wyglądało coraz częściej – nie tylko z powodu pandemii. Pamiętamy jednak też, jak ważne w pracy nad filmem jest się spotkać, wejść w praktyczną realizację filmu. I my na tym kierunku online chcemy to zagwarantować. Zorganizujemy ten semestr tak, żeby studenci mieli okazję raz lub dwa zobaczyć ten proces powstawania filmu od kuchni. 

Ama Film Academy
54. Krakowski Festiwal Filmowy – Piotr Lenar, juror konkursu polskiego (fot. Gabriela Mruszczak)

Czyli zgodzi się Pan z tym, że AMA tym się różni od innych polskich szkół filmowych, że cały czas idzie do przodu, nie trzymając się starych zasad i reguł?

Tak jak już wspomniałem, założyłem te szkołę na wzór tych, które są w zachodniej Europie. Tam ten system dopuszcza odrobinę więcej wolności w tym sensie, że brak tam stałych zajęć, tylko są takie jakby grupy tematyczne, które są rozrzucone po całym roku i w każdym roku prowadzone są odrobinę inaczej – opierając się na tym, kto je w tym akurat roku poprowadzi. Więc jak szkoła filmowa ściągnęła załóżmy Smarzowskiego, bo akurat ma lukę pomiędzy kolejnymi filmami, to zajęcia np. z inscenizacji filmowej poprowadzi Smarzowski i są to kompletnie inne zajęcia niż te, które za rok będzie prowadził na przykład Zanussi. Podoba nam się ten akademicki ferment, dlatego też od początku nazwaliśmy się akademią. Jednocześnie skupiamy się też na tym, żeby każdego roku zachować równowagę pomiędzy temperamentami i metodami pracy. Żeby nie było tak, że uczą u nas sami awangardowi czy nowocześni reżyserzy, a nie ma nikogo z miłością do klasyki. Chcemy się rozwijać, planujemy ekspansję na inne miasta Polski, w tym Warszawę, ale też chcemy mieć filię w Niemczech. I chcemy nieść za sobą powiew świeżości, nowatorskie podejście do kierunków nauczania, których w tej branży powstaje ostatnio coraz więcej i coraz częściej trzeba się specjalizować w bardzo wąskim zakresie, żeby się w tym odnaleźć. Te zmiany nastąpiły nie tylko w obrębie efektów specjalnych, ale też przy pracy z kamerą, czy – co chyba najważniejsze – również od reżysera czy producenta wymaga się dziś więcej. Niestety tak jest, że polscy reżyserzy nie mają pojęcia o efektach specjalnych, konstrukcji obrazu czy dźwięku, więc będzie im coraz ciężej robić filmy, realizować ich pomysły. Wynika to z braku elementarnej wiedzy o właśnie tych wyspecjalizowanych zawodach filmowych i bezsilności w poszukiwaniu odpowiednich osób. Dlatego taki kierunek jak postprodukcja dzieli się w naszej szkole na cztery zawody, a chcemy kształcić jeszcze w piątym – „montaż color grading”, czego jeszcze nikt w Polsce nie uczy. I to, pomimo że zapotrzebowanie na rynku na takich ludzi jest bardzo duże, to jednak świadomość ludzi, że to jest w ogóle odrębny zawód jest znikoma. A w Polsce wciąż pokutuje takie przeświadczenie, że szkoła filmowa to jest reżyser, kierownik produkcji, operator i montażysta, a reszta to się bierze z podwórka. My chcemy pokazać, że tak nie jest.

A czy Pana zdaniem, wykładowca akademicki specjalizujący się w przedmiotach związanych z tworzeniem kina musi mieć solidne doświadczenie na tym polu? Czy może być tylko teoretykiem?

Zdecydowanie potrzebni są również sami teoretycy. Są zasady, które się nie zmieniają – szczególnie w pisaniu historii – i potrzebny jest ktoś, kto te zagadnienia przedstawi, objaśni, zainteresuje nimi w odpowiedni sposób. Zresztą to samo jest z dźwiękiem – rzeczywiście musisz nauczyć się akustyki, żeby wiedzieć jak się dźwięk rozchodzi, musisz poznać tę fizykę dźwięku, zanim zaczniesz sensownie nad nim pracować. Tutaj nie wystarczy tutorial, tutaj potrzebne jest całe to teoretyczne zaplecze i mistrz, który to wytłumaczy. Natomiast kto ci ma powiedzieć, jak napisać dobry scenariusz, jak nie ten, kto sam pisze dobre scenariusze. Ten kontakt z ludźmi, tak jak już powiedziałem wcześniej, jest niezbędny. Dostałem kiedyś w Niemczech scenariusz na dwieście stron od młodego debiutanta, który powiedział mi, że zainspirował go Kieślowski, więc przyszedł do mnie, bo jestem polskim operatorem. I proszę sobie wyobrazić, że pierwsze trzy strony scenariusza to był opis jak kobieta czesze sobie włosy przed lustrem. Na tych trzech stronach zakończyłem czytanie. Być może nie popełnił tego błędu, gdyby ktoś wcześniej powiedział mu, że nie tak się pisze historie. 

To jeszcze takie pytanie na koniec. Kandydaci do szkół filmowych często martwią się, że ich prace są nieidealne. Zdjęcia i krótkie metraże wykonane za pomocą telefonu i tym podobne. Co w takim przypadku ma dla komisji największe znaczenie?

Największe znaczenie ma rozmowa. Przyjęliśmy sobie takie motto, że sprawdzamy przede wszystkim predyspozycje kandydata, jego wrażliwość. Chcemy sprawdzić, w jaki sposób odbiera on świat zewnętrzny, emocje i czy wyróżnia się czymś od zwykłego zjadacza chleba w tej wrażliwości, bo naszym zdaniem jest to rzecz absolutnie elementarna u kogoś, kto chce zostać filmowcem. W pracach sprawdzamy, co i w jaki sposób dana osoba ma do przekazania światu. Czy czymś się interesuje, czy po prostu chce iść do szkoły filmowej z kaprysu. I to w tych pracach widać od razu – i jeśli coś się tam tli, to próbujemy to wyciągnąć w trakcie rozmowy. Jest to oczywiście bardzo formalna rozmowa, pewnego rodzaju egzamin, w której ci ludzie pokazują nam czy potrafią widzieć szerzej, odróżniać barwy, czy są wrażliwi na to czy na tamto, czy mają odpowiednią wyobraźnie. Patrzymy, czy ktoś potrafi zrobić coś z niczego – dostaje na przykład do ułożenia obrazy i patrzymy w jakiej kolejnośći je ułoży, czy widzi więcej. Tych zadań jest oczywiście parę, żebyśmy mogli jak najdokładniej ocenić wspomniane predyspozycje i potencjał. Bo jeśli ktoś to w sobie ma, to nieważne, jakiej jakości będzie nadesłana przez niego praca. Tak to właśnie u nas wygląda.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Również dziękuję!


–> Więcej o Ama Film Academy przeczytacie tutaj. 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.