“Gra o Tron” – S08E01 [RECENZJA]

Pamiętam jak dziś, gdy HBO ogłosiło, że na kolejny sezon Gry o Tron poczekamy dłużej niż zwykle. Fora internetowe huczały i parowały ze złości swoich użytkowników.

Jak wytrzymamy przez te dwa lata? – zdawali się pytać wszyscy.

Jak się okazało wytrzymaliśmy, a internet nie zdążył ucichnąć przez te dwa lata – polskie serwery HBO GO już w premierę zostały przeciążone. Nie przypominam sobie takiej sytuacji z okazji premiery pierwszego odcinka ostatniego sezonu. Gra o Tron jeszcze nigdy nie była na świeczniku tak bardzo jak dziś. 

Koniec czegoś wielkiego jest tu wręcz namacalny. HBO zawsze delikatnie zmieniało intro swojego najważniejszego serialu (wybacz, Westworld), ale zawsze były to zmiany czysto kosmetyczne. Teraz, choć zachowała swój stary sznyt jest w niej coś, co wyróżnia ją na tle poprzednich czołówek serialu. Czynnik epickości w postaci lodu rozkładającego się po mapie. Teraz już mamy pewność, że choć wiosna już chyba na dobre zapuściła swoje korzenia w sercach popkulturomaniaków, w Westeros panuje sroga zima. W ciągu dwóch lat do grona miłośników GoT dołączyło jeszcze więcej osób niż chyba kiedykolwiek (pozdrawiam tu wszystkie osoby, które nadrobiły serial specjalnie przed premierą ostatniego sezonu), a u starych fanów “hype” i oczekiwania urosły do niesamowitego poziomu, plasując się gdzieś między IX epizodem Gwiezdnych Wojen a ostatnim segmentem filmów o Avengers. Czy pierwszy odcinek finałowego sezonu był łaskawy dla fanów i pokazał, że było na co czekać? 

Gra o Tron, mat. prasowe, HBO

Odpowiedź na to pytanie jest chyba bardziej zawiła, niż byśmy chcieli. Z jednej strony pierwszy odcinek był naprawdę solidny, ale z drugiej zdaje się być lekkim marnotrawstwem czasu. Do końca zostało ich przecież jeszcze tylko pięć, a ten twórcy poświęcili na rzeczy, które… No cóż – wiemy. Dostaliśmy kilka powitań, których wyczekiwaliśmy z wypiekami na twarzy. Te wyszły nader naturalnie. Muszę przyznać, że największą zaletą tego odcinka jest to, że postacie, które tak dobrze znamy, wybrzmiewają naprawdę i autentycznie. Arya ma w sobie pierwotną naiwność, ale przy tym zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej najważniejsze. Jon stara się opanować gniew lordów po tym, jak oddał swoją koronę Daenerys – co dla honorowego i oddanego sprawie Jona z pierwszego sezonu też jest symptomatyczne. Daenerys zaś… Chyba nigdy nie była tam szczęśliwa jak u boku „bękarta”. Przecież nigdy nie miała kogoś tak bliskiego. Gdy pokochała Drogo, ten skonał, a przywiązując się do Joraha, przyjaciela rodziny przywiązała się do zdrajcy. Lata wstecz narzekaliśmy na Sansę, teraz jest jednym z ciekawszych pionków na szachownicy, a my naprawdę nie wiemy, co planuje jako następne. Twórcy w tym odcinku wyraźnie zarysowali kontrast między pierwszymi odcinkami sezonu inaugurującego i ostatniego. Pokazali nam, że pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy.

I te wszystkie rozwinięcia byłyby strzałem prosto w dziesiątkę. No, ale przecież na takim pokazaniu rozwoju postaci skupiał się sezon poprzedni. Czy twórcy nie zmarnowali tego odcinka na pokazanie nam rzeczy, które, no cóż – i tak musielibyśmy zobaczyć? A tu są one skondensowane w jeden szybki epizod serialu. I tak, chcieliśmy tych rzeczy, ale ten dziwny pośpiech raczej nikomu z nas nie sprawia takiej frajdy, jaką by mógł. To trochę smutne, gdy pomyślę sobie o tym jak kilka lat temu byłam gdzieś w środku serialu i zastanawiałam się nad tym, co by było gdyby i zachwycałam myślą, że osoba X może jeszcze spotka osobę Y… 

Teraz nie dało mi to absolutnie żadnej radości. To nie wina złego scenariusza ani wygórowanych oczekiwań. To wina tego, że HBO poszło w dość klasyczną formułę odcinka i zaoferowało nam tylko 54 minuty rozrywki. Przy kilku większych rozmowach i przywitaniach ten nie zdążył się dobrze rozpocząć, a już witały nas napisy końcowe i muzyka spod batuty Djawadiego. Po odcinku czułam się trochę tak jakbym zobaczyła kolejną zapowiedź finałowego sezonu, a nie jego pierwszy odcinek.

Gra o tron

Z dobrze napisanego Winterfell przenosimy się do Królewskiej Przystani, która choć dostała mało błysku fleszy, swój czas wykorzystuje w pełni, zarysowując nam ciężką sytuacje Cersei. Znów możemy zastanawiać się nad tym, jaką grę uprawia jedna z najbardziej nieoczywistych postaci tego serialu. Twórcy nie wstydzą się szeptać nam do ucha enigmatyczne referencje, które poznamy w najbliższych tygodniach.  Jednak o ile na lądzie akcja sprawdza się po prostu poprawnie (bo ani nie zachwyca ani nie dołuje), to dużą zadyszkę łapie w powietrzu i na wodzie. 

Na wodzie spotykamy się z jeszcze większym i bardziej trywialnym błędem logicznym niż szybkie wycieczki z miejsca na miejsca (o tym więcej w naszym podcaście)  znane z poprzedniego sezonu, a w powietrzu… No cóż – zawodzą efekty specjalne. Dzieci Daenerys jeszcze nigdy nie wyglądały tak źle. 

Musimy mieć nadzieję, że twórcy będą działać zdecydowanie i z wielkimi zwrotami akcji nie będą czekali do ostatniego tchu finału. Pokazali już przecież, że potrafią być bardzo odważni i zaskakiwać, uśpiwszy naszą czujność. Mam nadzieję, że owa odwaga nie skończyła się wraz z postaciami do wybijania. Mimo wielu zalet odcinka mam wrażenie, że tu tak było, dlatego gdy wybiła godzina 3:54 telewizor wyłączyłam lekko poirytowana. Niestety sama „nadzieja” ani nie wybieli jego błędów, ani nie wyolbrzymi jego plusów. Dziś w nocy mieliśmy okazję obejrzeć zwykły odcinek Gry o tron. Odcinek, który mimo pięknych nawiązań do odsłony pilotażowej serii mógł okazać się tak wielkim rozczarowaniem, jak i niespodzianką. Możemy patrzeć na ten epizod optymistycznie, jak na przedsmak czegoś większego, bardziej epickiego i pompatycznego, w jakimś sensie dojmującego. Inne spojrzenie zostawia nas jedynie z zapowiedzią kolejnych pięciu odcinków, małą ilością fanservice’u i potężną liczbą zawiedzionych serduszek.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.