“Rocketman” – Kolejny nieudany film biograficzny [RECENZJA]

Ah, tłuste, filmowe biografie. Co jest bardziej motywujące od oglądania perypetii naszych ulubionych, wybitnych jednostek? Ich walki z systemem, nieudanych romansów, wielkich miłości i wielkich porażek czy wielkich wzniesień w metaforyczne przestworza, wyjścia z marazmu lub startu kariery. Taka biografia może albo wrzucić nas w dynamiczną karierę, a w nasze dłonie włożyć tikający zegarek, który odmierza czas do upadku bohatera – albo pokazać karierę od zera do bohatera. Rocketman, podobnie jak ubiegłoroczne Bohemian Rhapsody wybiera pierwszą drogę i choć pokazuje nam pokraczne początki Eltona, to przez większość seansu już raczej obserwujemy jego spadek z samego szczytu na twardy, londyński bruk. Szkoda tylko, że widzowi nie daje to żadnej satysfakcji, bo przez większość czasu trwania filmu ten czuje się odłączony od głównego bohatera.

Zobacz również: “Wielkie kłamstewka” – Sezon 2 [PIERWSZE WRAŻENIA]

Oto Elton. Uzdolniony, zaradny i grzeczny chłopiec. Co prawda wiecznie zbiera cięgi od swojej matki i czeka na jakąkolwiek oznakę bliskości od ojca, ale jego dzieciństwo można nazwać szczęśliwym. Dostał się do znakomitej szkoły muzycznej, a los obdarzył go niesamowitym słuchem – potrafi wszystko zagrać od tak! Tu kończy się nasza znajomość życia młodego Eltona, co rusz przeplatana słowami „czy ojciec kiedyś mnie przytuli” i wzrokiem w stronę modelu matki, istnej mieszanki Beatrice Horseman z Bojacka Horsemana oraz Jeanette Brinson z Krainy Wielkiego Nieba. No i to tyle, nagle wchodzi piosenka The Bitch is Back, a przed nami staje Taron Egerton – jako w tamtym momencie dwudziestoletni już Elton. 

No i to tyle. Absolutnie ominęła nas dekada życia Eltona, jego znajomości i pracy, ale hej – to okej! A wiecie czemu? 

Rocketman
“Rocketman”

Bo Rocketman to musical, a to już zdecydowanie wyjaśnia wszystko. Przynajmniej to zdaje się być z tyłu głowy twórców, że skoro stworzyli film o muzyku, czysto muzyczny, oznacza to, że nie musi być również ambitny, a nas musi obchodzić tylko główny wątek, czyli jego kariera… 

… A tu twórcy też obracają się w jedną i drugą stronę, niezdolni do powiedzenia czegokolwiek więcej. W pewnym momencie Elton wpada w ciąg alkoholowy i narkotykowy, a nas omija większość jego życia. No, bo wiecie… Taki zabieg artystyczny. 

Zobacz również: “Czarnobyl” – The Crime of Knowing [FELIETON]

Tyle, że jeśli mam być z Wami szczera to ja już takimi leniwymi zabiegami jestem znudzona. Rocketman ma scenariusz, który bardziej nadaje się na deski teatru niż na srebrny ekran, a gdyby nie tragiczne Bohemian Rhapsody to pewnie i ten film zebrałby spore cięgi. Tak, można się na nim bawić, ale zastanówmy się czy przypadkiem winna temu nie jest sama, zmuszająca do tańca muzyka Eltona? 

Rozumiem, że film biograficzny nie ma być idealnym dokumentem (tym bardziej, gdy jest również musicalem), ale to nie usprawiedliwia tego, że twórcy bali się zachować realizmu chociażby w takim elemencie filmu jak scenografia czy kostiumy. Podczas napisów końcowych twórcy chwalą się PODOBIEŃSTWAMI między oryginalną garderobą Eltona a tym co w filmie nosił aktor go grający. Najcześciej jednak są to podobieństwa tak małe (jak identyczny kolor czy po prostu krój), że wydaje się, iż chwalenie się taką fuszerką po prostu nie przystaje, a twórcy nagminnie łamią mityczne przykazania dobrych filmowców. 

Rocketman
“Rocketman”

Rocketman to film przeidealizowany, a na każdą bolączkę bohatera ma lekarstwo – gotową piosenkę. Te na szczęście idealnie pasują do filmu i choć ich nowe, musicalowe wykonania mogły okazać się katastroficzne – jest wręcz przeciwnie. Ich nowe, nieco bardziej symfoniczne brzmienie nadaje im nowego smaku, a my z lekką irytacją czekamy aż przemienią się w swoje pełnoprawne wersje. Czasami tak jest, a czasami nie – równocześnie zmienia się nastawienie słuchaczy do muzyka, bo niestety nie zawsze jest to proces absolutnie bezbolesny. 

Zobacz również: May el-Toukhy: “Nie wiem jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

Skoro muzyka niejako mówi nam o humorze czy sytuacji aktora to jednocześnie oznacza to, że w filmie używana jest bezwzględnie i nieco bezmyślnie. Jeśli po tej produkcji (i bez jakiejkolwiek innej wiedzy o Eltonie) miałabym wykrzesać z siebie kilka słów na temat jego historii to niestety nie miałabym zbyt wiele do powiedzenia. Twórcy rzucają wątki na oślep i rzadko kiedy rozbudowują, a zamiast tego czekają na to aż rozbudują się same – poza okiem kamery. Używanie muzyki losowo zaś zaburza nam poukładanie informacji na temat procesu twórczego muzyka. Nawet finałowe I am still standing (zresztą, chyba jedyne dobre odwzorowanie czegokolwiek w tym filmie) zostało użyte źle, bo oryginalnie piosenka wyszła kilka dobrych lat przed odwykiem muzyka!

Na język samo niesie mi się pytanie – po co twórcy usilnie chcieli zrobić z tego filmu biografie? Czemu nie mogli stworzyć filmu w konwencji Mamma Mia? My bylibyśmy równie roztańczeni, a sama, unikalna historia Eltona Johna czekałaby na kogoś kto NAPRAWDĘ chcę ją opowiedzieć, a nie tylko podźgać z każdej strony wykrzykując – no bo wiecie, Elton miał nieobecnego w jego życiu ojca. 

Finalnie stajemy w szaranki z filmem, który nieco oszukuje i omamia widza udając coś czym nie jest. Albo wyjdziecie z niego uśmiechnięci i dobrze nastawieni do życia (muzyka Eltona!) albo tak jak ja zmęczeni oglądaniem czegoś, co już przemieliliście setki razy. Nieważne czy w kinie czy w teatrze, to najbardziej typowa forma muzyki połączonej z zarysem fabularnym. 

Rocketman
“Rocketman”
Zobacz również: “Black Mirror” – Piąty sezon bez ryzyka, ale i bez nudy [RECENZJA]

Bolączki podczas seansu nieco umilali mi aktorzy. Tagron Egerton jest idealnym, roztańczonym Eltonem (nawet jeśli nie pomagają mu kostiumy czy makijaż), Jaime Bell daje zapomnieć o fakcie, iż jest Jaime’m Bellem, a Bryce Dallas Howard zrzuca swój słynny ton, by przemówić zupełnie innym, nieco spokojniejszym głosem. Ze swoją rolą poradził sobie tez Richard Madden, ale nie była to taka szarża aktorska jak chociażby w zeszłorocznym Bodyguardzie – nie miał zresztą też na nią szans przez stosunkowo małą ilość czasu ekranowego. 

Rocketmanie zawodzi niemalże wszystko to, co powinien mieć dobry film biograficzny. Wycina najciekawsze wątki z życia muzyka (na przykład przyjaźń z rodziną królewską), by iść po prostej linii od sukcesu po porażkę i powrót do snopu światła, a i nie trzyma się tych, które powziął sobie za najważniejsze. Pomija, przekształca i za bardzo psuje wszystko to, co świadczyło o monumentalności kariery Eltona. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem czemu twórcy popsuli tak dużo prostych elementów, jak chociażby kostiumy… 

… Nie wiem też czemu brnęli w biografie zamiast wcisnąć gaz i wjechać prosto w napis „musical”. Może wtedy mogliby pozwolić sobie na jakąkolwiek kreatywność (bo nawet, gdy w filmie jest dobrze to na pewno nie oryginalnie), a my  dostalibyśmy dzieło z lepszym scenariuszem, bardziej ambitne, a i skore do powiedzenia czegokolwiek. Rocketman rzekomo mówi coś o Eltonie, ale zapytajmy się siebie szczerze – niby co? 


2.5/5


One thought on ““Rocketman” – Kolejny nieudany film biograficzny [RECENZJA]

  1. za kostiumy był odpowiedzalny Alessandro Michele, dyrektor kreatywny Gucci. Który jakiś czas temu wypuścił kolekcję inspirowaną stylem Eltona i który ma chyba dość podobne podejście do mody. Bardzo mi się podobało, że to nie były kopie kostiumów Eltona, ale rzeczy bardzo wyraźnie nimi inspirowane. Bo i historia nie odtwarza życia Eltona wiernie, i Taron nie próbuje udawać Eltona, mimo charakteryzacji. On interpretuje tę postać po swojemu. Właśnie dlatego klasyczne kawałki zaaranżowano na nowo, zamiast – jak w Bohemian – puścić je z taśmy.
    Elton nie miał szczęśliwego dzieciństwa, bo może i zrządzeniem losu dostał głos, zdolności muzyczne i stypendium, ale wychował się w rodzinie, w której nikt nie umiał okazywać sobie uczuć, bardzo długo miał kompleks chłopaka z klasy robotniczej (Honky Cat i scena w restauracji), który nie mógl się pogodzić z własną seksualnością. To opowieść o osobie przeraźliwie samotnej, niekochanej, wykorzystywanej. Nie umiejącej sobie radzić z problemami i zwyczajnie nieszczęśliwej. Kimś, kto woli zamknąć się w swoim nieszczęściu jak w oblężonej twierdzy i odpychać od siebie nawet osoby, które chcą dla niego dobrze, bo to lepsze, niż kolejne zranienie. Oczywiście, Elton wygrał los na loterii, ciężko pracował i miał ogromne szczęście, dzięki czemu zrobił oszałamiającą karierę, ale to przecież nie zmienia faktu, że przez długi czas nie wiódł specjalnie szczęśliwego życia.
    Film tym się różni od dokumentu, że nie musi sie przejmować kolejnością zdarzeń, jeśli zyska na tym dramaturgia. Twórcy chcieli opowiedzieć historię życia Eltona jego piosenkami, co jest świetnym pomysłem, a niektóre teksty nabrały głębi. Dlatego nie przeszkadza mi zaburzona chronologia. Bo nie chodzi o zgodność dat, tylko o ważne etapy w życiu Eltona.
    Oczywiście, nie jest to specjalnie odkrywczy film. Wpadał w schematyczne klisze, żerował na łatwych emocjach. Ale to wciąż kawał solidnego kina. Na plus należy zaliczyć też wybór piosenek, które nie zawsze są takie oczywiste. Nie wiem, jak film odbierze osoba, która nie zna na pamięć prawie wszystkich kawałków Eltona. Ja znam i bawiłam się świetnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.