“Film Pokémon: Wybieram cię!” – czyli Pikachu na nowo [RECENZJA]

Pisząc, iż Satoshi Tajiri był jednym z nas, naprawdę mam to na myśli. Przyszły twórca Pokémonów zajmował się przed ich powstaniem tworzeniem własnego fanowskiego magazynu o grach o nazwie Game Freak. Jednak im więcej o nich pisał, im bardziej wgłębiał się w temat, tym większą czuł irytacje (I feel you, Satoshi). Miał dość gier arcadowych, które wydawały mu się wtórne i chciał, by współczesne dzieciaki (aka dzieci lat 90’tych) mogły odczuwać wszystkie te odcienie radości co on, gdy jako mały chłopiec przeżywał swoje przygody. Takową było dla niego… Zbieranie owadów. 

Zobacz również: “Sauvage” – Życzenie śmierci [RECENZJA]

Właśnie tak powstał koncept gry Capsule Monsters, która dostała aprobatę od Nintendo mimo tego, że zarząd japońskiej korporacji najpierw pomysłu Tajiiri kompletnie nie rozumiał. Producent pracował nad nią aż sześć lat, w tym czasie zdążył przemianować swój tytuł na Pocket Monsters, które za oceanem przerodziło się zaś w Pokémony. Popularność gry rosła nie tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale i na całym świecie. Powstała manga o Ashu Ketchumie, później anime, które jest jej luźną adaptacją (po latach już całkowicie się rozjechały), a nawet prawdziwe Pokemon Center! To, zarówno w animacji, na papierze czy w grze stanowi jedną z najważniejszych części świata – w Japonii zaś są jednym z najpopularniejszych turystycznych punktów.

zdjecie autorstwa Amelii Krales

Zdaje się, że w Polsce kieszonkowe potworki nie miały takiej szansy na ewolucję (pun intended), jak w Kraju Wschodzącego Słońca. Myślę, że zwieńczenie ich sławy nastąpiło gdzieś między śmiercią Fox Kids, a tym, gdy do czipsów przestali dorzucać sygnowane marką Tajiriego tazosy. Gdybym miała zaś wyznaczyć moment w którym Pokemony wróciły do łask w Nowym Świecie to wskazałabym palcem na postać Yung Leana. Raper, który kilka lat temu pokazywał wszystkim, że fajnie być smutnym w swoich teledyskach i na zdjęciach powoływał się na bardzo specyficzną estetykę. Retro konsole stały się cool, Pokemony przestały być tylko geekowską zajawką, a każdy fan rapu chciał pić tylko wodę Fiji. 

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Mogę teraz tylko snuć swoje domysły, ale myślę, że są dość trafne. Mamy fanów ekstremalnie przywiązanych do marki, z braku innego słowa – geeków. Oprócz tego mamy też grupę ludzi, którzy również kochają Pocket Monsters. Może w trochę inny sposób, może nie – ale teraz mogą się do tego przyznawać. Nie jest im wstyd, bo „Pokemońska” kultura przestała być ku temu powodem i nikt nie kojarzy jej tylko i wyłącznie z dziećmi. Zbieranie kart i przeszukiwanie szuflad rodziców w poszukiwaniu starego Gameboya stało się powodem do dumy. 

kadr z teledysku Yung Leana do piosenki “Hurt”

Amerykański rynek wyczuł, że nadeszła pora na ponowne wprowadzenie Asha Ketchuma do kin. Pierwszy raz od sześciu lat fani mogli obejrzeć jego próby zostania mistrzem Pokemon na wielkim ekranie, a i okazja nie była byle jaka. Film Pokemon: Wybieram cię to uhonorowanie okrągłej liczby pełnometrażówek ze stworkami w rolach głównych. Historia, która nie boi się uderzać w struny nostalgii, ale równoczesnie idzie też w stronę świeżości.

Produkcja jest luźną adaptacją pierwszego odcinka anime o tym samym tytule, ale jej akcja dzieje się w alternatywnym świecie. Tu Ash również zaspał w najważniejszy dzień dla młodego trenera Pokemonów – wybieranie swojego pierwszego pupila. Gdy dotarł na miejsce okazało się, że został już bez żadnej decyzji do wykonania, a w laboratorium profesora Oaka czeka na niego żółty, niesforny i niepasujący do tak młodego trenera Pikachu. Tu kończą się podobieństwa do pierwszego odcinka. Oczywiście pobudki Asha wciąż są takie same jak te sprzed dwudziestu lat, ale na swojej drodze wpada on na zupełnie innych ludzi i zupełnie inne Pokemony – choć te głównie zaczerpnięte są z klasycznej już generacji pierwszej i drugiej (czyli prawdopodobnie najbardziej znane Wam z anime). 

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Tu spotykamy się z pierwszą, wielką kontrowersją. Fani byli niemile zaskoczeni wymianą Brooke’a i Misty na nowych bohaterów, Sorrela i Verity. Muszę przyznać, że ja nie rozumiem skąd tyle ataków w stronę twórców ze względu na ową zmianę. Tak, w tej linii czasowej główny bohater jeszcze nie spotkał swoich klasycznych przyjaciół z pierwszych sezonów serialu, ale to wcale nie znaczy, że jeszcze ich nie spotka. Sorrel i Verity nie tylko pomogli Ashowi wyciągnąć inne lekcje niż te znane nam z historii o Brooke’u i Misty, ale nieco odświeżyli całą atmosferę produkcji zmuszając widza do ich analizy. Wraz z Ashem przyglądamy się niepewnej Verity i zastanawiamy nad jej rodzinnymi koneksjami i kibicujemy Sorrelowi w jego naukowej karierze. Nie są to postaci napisane tak dobrze, że nie mogą przejść w zapomnienie, ale jednocześnie nie są też kalką innych, znanych nam postaci. To wystarczy, by stanowili tło produkcji… 

“Film Pokèmon: Wybieram cię!” mat. prasowe

Tylko tło, bo przecież Pokémony i tak od zawsze stawiały na przyjaźń człowieka z kieszonkowymi stworkami. Muszę Wam przyznać, że ja nigdy aż tak bardzo nie odczuwałam ich cielesności i tego, że są faktycznym bytem jak w tej produkcji. Film korzysta zarówno z tanich sztuczek, znanych dobrze fanom „psiarskiego” kina, jak i z takich… No cóż, wciąż bardzo oczywistych jak na to co serwuje nam kino, ale przy tym dość ostrych jak na to uniwersum. Kieszonkowe stworki są tu bite i poniżane przez swoich panów. Jesli jesteście jednymi z tych ludzi, którzy nie mogą znieść śmierci pupila na ekranie czy ukazywania jego bólu w pełnej skali to zalecam przygotować na ten seans paczkę chusteczek. 

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Sama oś główna produkcji niestety zostawia widza bez posmaku satysfakcji na języku. Odbiorca bardziej angażuje się w historie Asha i Pikachu, zamiast skupić się głównym wątku produkcji, czyli poszukiwaniem jednego z legendarnych Pokemonów… Ale czy nie taki był zamysł twórców? W końcu od pierwszych kadrów animacji zderzamy się z Ashem i Pikachu, to właśnie skromna przyjaźń między bohaterami jest budulcem całego filmu. 

Pora na mały spoiler i omówienie drugiej, wielkiej kontrowersji. Hollywood przyzwyczaja nas do mówiącego Pikachu, ale nie zawsze było to coś tak logicznego jak teraz, gdy w postać elektrycznego Pokémona wciela się w Reynolds. To właśnie w tej animacji Pikachu po raz pierwszy przemówił ludzkim językiem i jest to… No cóż. Typowy segment rodem z japońskiej animacji. Nieco pretensjonalny w swej istocie, nieco zbyt łzawy, nieco zbyt naciągany i sprawiający, że widz przewraca oczami z myślą – przecież i tak wszystko będzie dobrze.  

Film Pokémon: wybieram ciebie to solidna animacja o kieszonkowych stworkach w roli głównej. Ma w sobie to do czego w tej serii miałam największą słabość – postacie. Przyjaźnie między Ashem, jego przyjaciółmi a ich Pokémonami są rozpisane bardzo realistycznie dzięki czemu w to anime można uwierzyć. Jednak to wcale nie oznacza, że zapadnie Wam w pamięci. Jest wręcz przeciwnie. Mimo tego, że to bardzo specjalny film dla historii Pokémonów, jestem przekonana, że finalnie nie będzie niczym więcej jak kolejnym (choć alternatywnym) segmentem tej długo opowiadanej historii. 


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.