Klasyka z Filmawką – “Spacer po linie”

Wzdychanie do muzyków nigdy nie było Hollywood obce. Już w czasach złotej ery producenci zauważyli, że ludzie lubią oglądać muzyczne ekscesy na ekranie. Pierwotnie branża zza oceanu plądrowała historie znanych i lubianych, ale nie okraszała ich nazwą „biografia”. Po prostu zlecała film, który był zlepkiem fikcyjnych i prawdziwych historii na podstawie życia najróżniejszych muzyków. Nigdy to nikomu nie przeszkadzało, a co więcej – do dziś ów proces jest nawet i przez nas, ludzi wydawałoby się oczytanych (lub raczej mających większy dostęp do wiedzy) często niezauważalny, bo problemy wszystkich muzyków w różnych okresach czasu bywają swoim bardzo dokładnym odzwierciedleniem. Świadomość takiej właśnie kariery-klonu mogłaby łatwo towarzyszyć nam podczas seansu filmu Spacer po linie, biorącego na ruszt karierę Johnny’ego Casha.

Zobacz również: “Czarnobyl” – The Crime of Knowing [FELIETON]

Jest to historia dość typowa, istne spełnienie amerykańskiego snu i długotrwała walka z ojcem, który po śmierci swojego starszego syna powiedział – Bóg wziął nie tego syna, którego miał. Zatarg Casha z ojcem, poszukiwanie własnego brzmienia, bieda i problemy alkoholowe to wątki, które mimo dobrego rozpisania mogłyby trącić schematycznością, ale na szczęście wszystkie one wpisują się w inną, ważniejszą historie – żarliwe uczucie między Johnnym a jego drugą żoną; June Carter. 

Spacer po linie
“Spacer po linie”

Spacer po linie to film który nie wywołuje irytacji nawet, gdy każe nam czekać, bo pozwala widzowi na coś innego – obserwacje. Spokojnie, nie jest to Szatańskie tango i nie musicie wyczekiwać każdego działania ze smartphonem w dłoni (napisałabym, że zegarkiem, ale jednak mamy XXI w.). Film jest dynamiczny na swój sposób, ale z niczym się nie spieszy. Niech was tylko nie zniechęcą początkowe sekwencje – tak, film wygląda tu jak typowy amerykański popcorniak, ale uwierzcie, że nie zwiastuje żadnej z kolejnych scen… 

… Mamy szansę zaobserować rozpad małżeństwa Casha z jego pierwszą żoną i poczuć w sercu ukłucie żalu. Mimo tego, że już podczas pierwszego spotkania z June był nią zauroczony, sięgnął po swój portfel by bez wyczucia jakiejkolwiek nonszalanckości (był dość roztrzepany) pokazać jej zdjęcie swojej pięknej żony i dzieci. Czegoś takiego nie robi osoba, która planuje wejść w angażujący romans. 

Zobacz również: May el-Toukhy: “Nie wiem jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

Jednak film jasno pokazuje czemu to małżeństwo nie wyszło, a czemu szansę na bycie związkiem najwyższych lotów miał ten z June. Oni po prostu się rozumieli, wspierali i nikt nie musiał ukrywać kim jest naprawdę. Nie tylko w znakomity sposób portretuje to scenariusz, ale i aktorzy. Joaquin Phoenix oraz Reese Witherspoon przed rozpoczęciem zdjęć powzięli naukę gry na instrumentach oraz lekcje śpiewu, co owocowało wszystkimi wykonaniami na żywo. 

Spacer po linie
“Spacer po linie”

Joaquin i Reese daleko jest do geniuszu muzyków, których grali, ale to uczucie ginie w obserwowaniu ich jako aktorów. Na szczególne kilka zdań zasługuje Whiterspoon, która zresztą za swoją rolę została obsypana masą statuetek, a w tym tą najważniejszą. Mimo tego Oscara na koncie czuję jednak, że mało kto pamięta o tej roli. Czy film nie stał się dość legendarny? Czy finalnie przeszedł obok widzów i krytyków bez echa? Nawet jeśli tak jest to mi nie wydaje się, bym mogła zapomnieć o delikatności tego filmu, a co ważniejsze o samej Whiterspoon, która gra tu tak naprawdę dwie inne postacie. Wrażliwą, ale i stawiającą na swoim June, oraz jej sceniczną wersję – nieco ogłupiałą i żartobliwą. Najpiękniejsze są przejścia między tymi dwiema postaciami, które zachodzą tak gładko i tak naturalnie, że możemy sobie wyobraźić, iż June Carter była taka naprawdę… 

… Zresztą nie bez kozery to Whiterspoon i Phoenix zostali wybrani do swoich ról. Na metaforycznym celowniku miało ich samo małżeństwo Cash i to oni chcieli, by wcielili się w ich młodsze wersje. 

Zobacz również: “Opowieści z San Francisco”, czyli wskrzeszanie starych seriali czasami ma sens [RECENZJA]

Ujmując romans między bohaterami zostaniemy z czymś więcej niż stereotypową historią ubierającego się na czarno muzyka. Zostaniemy też z filmem dopracowanym reżysersko. Jeśli wcześniej znaliście Jamesa Mangolda tylko i wyłącznie z Logana to i ten film was kupi, a po jego obejrzeniu zrozumiecie czemu to właśnie ten niepozorny reżyser dostał za zadanie napisanie i wyreżyserowanie filmu o ostatniej drodze Wolverine’a. 

Spacer po linie to film, który jest przewrotny, ale nie dzięki fabule. Jest przewrotny dlatego, że do historii tak wybitnej jednoski jak Cash podchodzi w nieco inny sposób, a samego muzyka traktuje jak… No cóż, zagubionego i zakochanego człowieka.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.