“Na noże” – Czyli najmądrzejszy popcorniak tego roku [RECENZJA]

O podłożenie nogi Rianowi Johnsonowi jest względnie łatwo. Uwielbiam jego wariację na temat gwiezdnej sagi, czyli Ostatniego Jedi, ale nie mogę zaprzeczyć – ten film ma swoje luki i wady.  Miejsce na stołku reżysera Gwiezdnych wojen niejako zapewnił mu Looper – Pętla czasu, gdzie Rian przewracał się na każdym kroku. Mimo wszystko, produkcja stawiała na inteligencję wynikającą z samego scenariusza. W swoim najnowszym filmie amerykański reżyser pierwszy raz mógł sprawdzić się w zupełnie nowym środowisku. Odszedł od science-fiction i pierwsze kroki postawił w niemalże cluedowskim, zamkniętym świecie zagadek. Jeśli myślicie, że świat nie dostanie już drugiego Herkulesa Poirota, szyku i kreatywności wynikającego z wszelkich opowieści o nim – Rian Johnson udowodni wam, że i klasyczne kryminały można odświeżyć.


Przeczytaj również inne teksty z American Film Festival

Jeden stary, skrzypiący dom i jedna wielka rodzina absolutnie zdruzgotana śmiercią Harlana Thrombreya – dziadka, ojca, ale przede wszystkim opiekuna swojej całej familii. Zegar tyka na nadgarstku każdego z nich, a sytuacja robi się coraz poważniejsza – kto z nich zabił Harlana? A może zrobiła to gosposia lub jego pielęgniarka? Ta druga jest niejako stałym punktem zaczepiania i to dzięki niej będziemy mogli lepiej eksplorować tę historie. Bohaterka grana przez Ane De Armas jest bardzo szczera, nie tylko sama ze sobą, ale i z widzem. To sprawia, że pojedynek odbiorcy z zagadką Na noże od samego początku prowadzony jest fair dla każdej ze stron. Film ani przez jeden krótki moment nie frustruje wprowadzanymi przez siebie zagadkami, których zaskakujące rozwiązania często wynikają z tego, że… ciężko zdawać sobie sprawę z tego, że one w ogóle łamigłówkami są.

Na noże

Produkcja od samego początku przewiduje swoją przyszłość i zapowiada wielkie wątki towarzyszące okoliczności śmierci bohatera i wydarzeniom, które miały miejsce tuż po nich. Dogrywa temu scenariusz, który nie tylko jest dziesięć kroków przed nami, ale i zdaje sobie sprawę z tego czym jest. Rian Johnson raz po raz naśmiewa się z wielkich dedukcji, przy czym ani przez chwile nie podkopuje autorytetu klasycznych finałów. Reżyser po prostu wskazuje na ich wady i luki, które w jego kinofilskiej przeszłości mogły być dużym czynnikiem frustracji.


Przeczytaj również: PIĘĆ POWODÓW, by obejrzeć 3. sezon “The Crown”

Na noże zasługuje na miano kryminału godnego roku 2019 nie tylko przez zręczność w zawiłym prowadzeniu do rozwiązania zagadki, ale i w przemycaniu poważnych wydźwięków, ukrytych pod bardzo grubą warstwą inteligentnego żartu. W istocie swojego wyśmiewania białego, hermetycznego społeczeństwa Johnson bardzo przypomina Jordana Peele’a. Podobnie jak (wciąż) świeżo upieczony mistrz horrorów, reżyser zdawał się obserwować społeczeństwo z dystansu. To poskutkowało dobrze wymierzonym humorem i bardzo trafnymi mem-uwagami na temat różnic klasowych. Ku mojemu zaskoczeniu, obraz idzie ramię w ramię z To myParasite w pokazaniu społecznych niuansów. 

Na noże

Produkcja od samego początku była reklamowana aktorskim arsenałem, ale nie spodziewam się tego, że każdy z aktorów będzie na tak odległym biegunie wobec swoich pozostałych ról. Toni Collette udowadnia, że za rolę Annie w Hereditary. Dziedzictwo powinna dostać nominacje do Oscara. Chris Evans pokazuje, jak łatwo może porzucić tarczę Kapitana Ameryki, a Ana De Armas nie daje się poznać. Jedyną aktorką, która zachowała swoje stałe oblicze jest Jaime Lee Curtis, ale nie mogę nazwać tego wadą – szczególnie podczas finałowych scen pokazała cały wachlarz emocji.

Potęga inteligentnego scenariusza, soczysta intryga, świadomość siebie oraz absolutnie fantastyczne aktorstwo — Na noże szybko zagrzał sobie miejsce na mojej liście najlepszych filmów tego roku. Kocham filmy trudne i te, które żartobliwie okraszam słowem „pretensjonalne”, ale uwielbiam też takie jak te. Zagmatwane, zaskakująco ważne, ale i proste. Na noże to obraz, który możecie pokazać każdemu i liczyć na to, że obudzi w nich to coś. Tym czymś może być miłość do kina, miłość do literatury, którą produkcja ocieka. Aczkolwiek, tym czymś może okazać się również zwiększenie świadomości, dystansu do siebie i pewnej percepcji na otaczający nas świat. To kino zarówno proste, jak i ważne – bo pouczające.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.