“Polityka”, czyli Vega nieodważny [RECENZJA]

Środek tygodnia i pierwszy blok filmowy w multipleksie nigdy nie świadczą o wysokiej frekwencji.  Dodać zaś do tego pierwsze dni roku szkolnego i okazuje się, że publiczność na takich pokazach często radykalnie pochyla się w stronę zera. Tym razem jednak spadające liście, dzień tygodnia wykrzykujący „praca” nie przeszkodziły widzom i równo o 10:00 niemalże połowa sali była zapełniona najróżniejszymi ludźmi. Jedni, zdawali się być tam ironicznie, drudzy z ciekawości. Większość, co w kinie rzadko spotykane, postanowiła jednak łamać wszystkie zasady kinowego savoir vivre. Od świecenia telefonami, po szeleszczenie świeżo zakupioną paczką czipsów i co chyba najgorsze – wystawieniem stóp nad głowami innych.

Niektórzy na „Polityce” spali, inni się śmiali. Mi niestety bliżej było do tej pierwszej grupy, bo raptownie w mojej głowie pojawiła się myśl „to tyle?”. Jeśli po zobaczeniu pierwszego zwiastuna byliście w grupie osób, które zarzucały Vedze zbyt szybkie odsłonięcie wszystkich kart, nie myliliście się. To tyle. I tylko tyle. 

Vega podzielił swój film na kilka aktów. W każdym z nich śledzimy inną postać, by po sznurku sprawnie przechodzić do kolejnych. Przynajmniej tak wyglądało to na papierze. Finalnie każde kolejne przejście zgrzyta jeszcze bardziej od poprzedniego. To jak szybko można utracić tu jakąkolwiek immersje mocno rezonuje. Nawet, gdy jeden z wątków ciekawi, drugi potrafi pozbawić widza jakiegokolwiek zainteresowania.


Zobacz również: Recenzję filmu “To: Rozdział 2”

Gdyby można było okrasić Vegę mianem „artysty” powiedziałabym, że z „Polityki” byłby lepszy serial niż film. Vega jednakże jako biznesmen, któremu intelektu nie można odmówić, musiał sobie wszystko wyraźnie obliczyć i stwierdzić, że „Polityka” nadaje się tylko i wyłącznie na duży ekran. Cyferki się sprawdzają, ale jakiejkolwiek kreatywności tu nie widać. Reżyser połączył kilka przestarzałych memów udostępnianych na grupkach pro-polskich z kawałami znanymi z przedostatniej strony magazynów pokroju „Pani domu”. W filmie pada każdy przestarzały mem, który kiedyś wyskoczył Wam na tablicy, bo udostępnił go ktoś z Waszej bliższej lub dalszej rodziny. Mem, który mógł być zabawny kilka lat temu, gdy w siłę rosły takie strony jak kwejk, komixxy, czy demotywatory.

Salwy śmiechu nie przechodziły po sali nie dlatego, że Vedze nie zdarzało się być zabawnym tylko dlatego, że cały miąższ filmu widzieliśmy już na zwiastunach. Tym razem reżyser postawił jednak na coś ponad humor – oprawę dramatyczną. Chciał, by czyny postaci były psychologicznie uzasadnione. Niestety ten zabieg nie zaczął nawet godnie pączkować na ekranie, będąc zagłuszonym nieumiejętnością poprowadzenia widza za rękę by zadał sobie jakiekolwiek pytania… 

… A jeśli już cokolwiek pojawi się w głowie odbiorcy po seansie to prawdopodobnie myśl, która nie zaprowadzi go na wybory. Każdy polityk, bez wyjątku, jest tu pokazany jako obrzydliwy kłamca, myślący wyłącznie o pieniądzach. Vega zatracił się w monotematyczności i populizmie. Tu, jedynym dobrym politykiem, jest postać prostego człowieka ze wsi… Bo tylko jemu zależy na tym państwie i jego obywatelach. Nikt kto chodzi pod krawatem nie powinien rządzić tym państwem, bo nikomu nie zależy na jego dobrze. Prawica jest sterowana przez jedną osobę, lewica zaś przez swoją własną zachłanność. Brakuje tu punktu odniesienia. Postaci, którą da się polubić, która będzie dobrze wytłumaczona i może wykroczy poza pokazany przez Vegę schemat.


Zobacz również: Felieton o “Polityce”

Oglądając „Politykę” z tyłu głowy miałam myśl, że Pan Patryk kina po prostu nie szanuje. Nie jest ani artystą ani rzemieślnikiem. Jest chłodnym analitykiem i choć to wychodzi mu na dobrze to jego twory ciężko oceniać jako faktyczne, pełnoprawne produkcje. Najlepiej o tym świadczy reklama karty kredytowej, która pojawia się w sekwencjach z postacią grana przez Antka Królikowskiego. „Nachalne” to zbyt lekkie określenie na to jak te sceny zostały wyreżyserowane. „Żałosne” już bardziej pasuje. Tym bardziej, że jeszcze przed rozpoczęciem filmu wita nas plansza „Tu miała być reklama, ale wszyscy się bali”. Czy tak bawi się szanujący sztukę kinematografii reżyser?

Na szczęście taki biznesmen jak Vega potrafi wyczuć silne aktorskie nazwiska. Większość z aktorów daje duży popis swoich umiejętności. Grabowski potrafi imitować Kaczyńskiego, Królikowski w roli Misiewicza (albo i nie Misiewicza – na końcu filmu znajdziemy planszę w której Vega podkreśla, że ta postać nie miała być pupilem Macierewicza), czy wreszcie Kasprzyk w roli Szydło oraz Chabior jako Macierewicz sprawiają, że nie mogłabym z czystym sercem postawić jedynki obok „Polityki”. Niestety jest to jednak film nie tylko nieudany, ale i nieodważny. Vega chcąc trafić do serc wszystkich i obawiając się obławy z jakiejkolwiek strony, obrał pozycję politycznego populisty. To sprawia, że „Polityka” jest szaro-burą breją z neonowymi przebłyskami, które już wcześniej zostały wyeksploatowane przez zwiastun.


1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.