FilmyKinoRecenzje

“Proxima” – strasznie głośno, niesamowicie blisko [RECENZJA]

Maja Głogowska
fot. Materiały prasowe / Best Film

Jeszcze kilka lat temu znacząca obecność kobiety na dużym ekranie mogła oznaczać jedynie dwie rzeczy: albo była ona matką głównego bohatera, albo jego ukochaną. W obu przypadkach żeńską rolą było – po prostu – bycie balsamem na rany mężczyzny, którego tak kocha. Nigdy nie postacią z własnymi bolączkami i własną drogą, własną tożsamością.

Nawet, gdy filmy łapały się przedstawienia ról matek, te były pokazywane z perspektywy turysty, który ze łzami w oczach wskazuje palcem na dwie największe macierzyńskie ikony. Matkę naturę oraz Maryję, postacie nieskazitelne, opiekuńcze. Dobre w całym tego słowa znaczeniu. Właśnie dlatego przełamywanie bariery kobieta – kino to jedno, ale walka z archetypami niemalże boskich matek – to drugie. W tym roku na amerykańskie ekrany trafi wiele filmów, które wychodzą poza ten szablon. Zaczynając od produkcji ze Scarlett Johanson (Jojo Rabbit i Historia małżeńska) po prawdopodobnie Oscarowe Judy i nieco skromną Proximę.

Największe siły Proximy? Macierzyństwo, lingwistyka  i podejście do kosmosu. Zaczynając od tego ostatniego i nawiązując do moich poprzednich słów – tak, mimo tak różnorodnej, wielojęzycznej obsady, Proxima to produkcja przede wszystkim skromna. Wyraża to najdosadniej poprzez ukazanie przygotowań do podróży w kosmos. Brak tu sterylnych, białych pomieszczeń znanych z tak wielu filmów o tej samej tematyce. Znajdziemy za to babcine dywany, nieestetyczne szafki i niemodne posadzki. W takim otoczeniu i z rosnącą tęsknotą za córką, głównej bohaterce łatwo jest zwątpić — czy aby poprzez pobyt tu, nie jestem gorszą matką?

Proxima Film
fot. Materiały prasowe / Best Film

Ramię w ramię z pomysłową (ale i dość zwyczajną w swojej prostocie) scenografią idą wszelkie wyzwania przez które przechodzi bohaterka. Niektóre sekwencje, szczególnie te, które powstały w wodzie, pozostawiają nie tylko bohaterów, ale i widza w bezdechu. To również zasługa tego, że wszystko w tym filmie jest robione w najprostszy, ale i najlogiczniejszy sposób.

Przeczytaj również:  "Małe kobietki" – Gerwig poza strefą komfortu [RECENZJA]

Macierzyństwo w Proximie to nie tylko spojrzenie na bolączki postaci Evy Green, ale i obserwacja rozwoju córki bohaterki. To postać rozpisana z wielką lekkością pióra. Widz dostrzega jak dziecko coraz bardziej alienuje się od matki i nie ma w tym nic dziwnego. Mimo lat wychowywania, zostawiła ją na dość długi okres. Zélie Boulant to być może nazwisko, które warto obserwować. W Proximie może i nie miała szansy na to, by przyćmić Evę Green, ale kłamstwem byłoby, gdybym nie napisała, że mogła. Mam nadzieję, że zobaczymy jeszcze jakąś produkcję z nią w jednej z roli głównych – ma w sobie niesamowitą, nawet jak na tak młody wiek lekkość.

Rzadko kiedy na małym, czy wielkim ekranie mamy szanse usłyszeć tak wiele języków. W Proximie z każdej strony dobiegają coraz to bardziej obce słowa. Do tego produkcja ma niesamowicie międzynarodową obsadę  a i każda z postaci towarzysząca głównej bohaterce jest wyjątkowa. Matt Dillon wciela się w mężczyznę, którego na pewno zna każdy z nas – sympatyczny, fajny, o dobrym sercu, ale i rzucający bez opamiętania seksistowskimi żartami. Sandra Hüller (znana między innymi z fantastycznego Walca w alejkach, czy nominowanego do Oscara Toniego Erdmanna) to ciepła kobieta, nieco ponaglana przez wszystkich. Lars Eidinger wciela się w byłego męża bohaterki – takiego na którego my, jako widzowie, możemy być niejednokrotnie wściekli, ale często wraz z protagonistką czujemy, że jego też można zrozumieć. 

Proxima film
fot. Materiały prasowe / Best Film

Proxima jest bliska człowiekowi, bliska ludzkim rozterkom. To niesamowicie ludzkie kino, ale takie z którego można było wycisnąć jeszcze więcej. Z jednej strony cieszę się wspaniałą scenografią, ale z drugiej strony smucą mnie zaniedbane zdjęcia. Taka otoczka sprawiła, że poczułam głód – zdjęcia mogły być znacznie lepsze. Podoba mi się zastosowanie w produkcji mediów społecznościowych, ale mogło być jeszcze lepiej. To przecież nie tylko wysyłanie sobie zdjęć, a Proxima traktuje je czasem jak wielkiego fotobloga. 

Jeśli brakuje wam kina kosmicznego, które byłoby postaciocentryczne, postawcie na Proximę. Mimo tego, że “realny” kosmos widzimy tam tylko na wizualizacjach – wszelkie bolączki z nim związane są bardzo odczuwalne. Produkcja sprawdzi się też, jeśli w życiu stoicie na jakimkolwiek rozdrożu. Może przekona Was o tym, że naprawdę warto – cokolwiek to oznacza.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Ad Astrę", "Interstellar", "Grawitację"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.