“Proxima” – strasznie głośno, niesamowicie blisko [RECENZJA]

Jeszcze kilka lat temu znacząca obecność kobiety na dużym ekranie mogła oznaczać jedynie dwie rzeczy: albo była ona matką głównego bohatera, albo jego ukochaną. W obu przypadkach żeńską rolą było – po prostu – bycie balsamem na rany mężczyzny, którego tak kocha. Nigdy nie postacią z własnymi bolączkami i własną drogą, własną tożsamością. 

Nawet, gdy filmy łapały się przedstawienia ról matek te były pokazywane z perspektywy turysty, który z łzami w oczach wskazuje palcem na dwie największe macierzyńskie ikony. Matkę naturę oraz Maryję, postacie nieskazitelne, opiekuńcze. Dobre w całym tego słowa znaczeniu. Właśnie dlatego przełamywanie bariery kobieta – kino to jedno, ale walka z archetypami niemalże boskich matek – to drugie. W tym roku na amerykańskie ekrany trafi wiele filmów, które wychodzą poza ten szablon. Zaczynając od produkcji ze Scarlett Johanson (Jojo RabbitHistoria małżeńska) po prawdopodobnie Oscarowe Judy i nieco skromną Proximę.

Największe siły „Proximy”? Macierzyństwo, lingwistyka  i podejście do kosmosu. Zaczynając od tego ostatniego i nawiązując do moich poprzednich słów – tak, mimo tak różnorodnej, multijęzycznej obsady; Proxima to produkcja przede wszystkim skromna. Wyraża to najdosadniej poprzez ukazanie przygotowań do podróży w kosmos. Brak tu sterylnych, białych pomieszczeń znanych z tak wielu filmów o tej samej tematyce. Znajdziemy za to  babcine dywany, nieestetyczne szafki i niemodne posadzki. W takim otoczeniu i z rosnącą tęsknotą za córeczką głównej bohaterce łatwo jest zwątpić — czy aby poprzez pobyt tu nie jestem gorszą matką?

Ramię w ramię z pomysłową (ale i dość zwyczajną w swojej prostocie) scenografią idą wszelkie wyzwania przez które przechodzi bohaterka. Sekwencje, która powstały w wodzie pozostawiają nie tylko bohaterów, ale i widza w bezdechu. To również zasługa tego, że wszystko w tym filmie jest robione w najprostszy, ale i najlogiczniejszy sposób.


Zobacz również: Zestawienie 9 gier, które przypominają filmy

Macierzyństwo w Proximie to nie tylko spojrzenie na bolączki postaci Evy Green, ale i obserwacja rozwoju córeczki bohaterki. To postać rozpisana z wielką lekkością pióra. Widz dostrzega jak córeczka coraz bardziej alienuje się od matki i nie ma w tym nic dziwnego. Mimo lat wychowywania zostawiła ją na dość długi okres czasu. Zélie Boulant, to być może nazwisko, które warto obserwować. W „Proximie” może i nie miała szansy na to by przyćmić Evę Green, ale kłamstwem byłoby, gdybym nie napisała, że mogła. Mam nadzieję, że zobaczymy jeszcze jakąś produkcję z nią w jednej z roli głównych –- ma w sobie niesamowitą, nawet jak na tak młody wiek lekkość.

Rzadko kiedy na małym, czy wielkim ekranie mamy szanse na usłyszenie tak wielu języków. W „Proximie” z każdej strony dobiegają coraz to bardziej obce słowa. Do tego produkcja ma niesamowicie międzynarodową obsadę  a i każda z postaci towarzysząca głównej bohaterce jest wyjątkowa. Matt Dillon wciela się w seksistę, którego na pewno zna każdy z nas – sympatycznego, fajnego, o dobrym sercu, ale i rzucającego bez opamiętania tekstami, które są obrzydliwe. Sandra Hüller (znana między innymi z fantastycznego Walca w alejkach, czy nominowanej do Oscara Toni Erdmann) to ciepła kobieta, nieco ponaglana przez wszystkich. Lars Eidinger wciela się w byłego męża bohaterki – takiego na którego my, jako widzowie możemy być niejednokrotnie wściekli, ale często wraz z protagonistką obieramy inną drogę – jego też można zrozumieć. 

Proxima jest bliska człowiekowi, bliska ludzkim rozterkom. To niesamowicie ludzkie kino, ale takie z którego można było wycisnąć jeszcze więcej. Z jednej strony cieszę się wspaniałą scenografią, ale z drugiej strony smucą mnie zaniedbane zdjęcia. Taka otoczka sprawiła, że poczułam głód – zdjęcia mogły być znacznie lepsze. Podoba mi się zastosowanie social media w produkcji, ale skłamałabym, gdybym nie napisała, że mogło być jeszcze lepiej. Media społecznościowe to przecież nie tylko wysyłanie sobie zdjęć a Proxima traktuje je jak wielkiego photobloga. 

Jeśli brakuje wam kina kosmicznego, które byłoby postaciocentryczne postawcie na „Proximę”. Mimo tego, że „realny” kosmos widzimy tam tylko na wizualizacjach – wszelkie bolączki z nim związane są bardzo odczuwalne. Produkcja sprawdzi się też jeśli w życiu stoicie na jakimkolwiek rozdrożu. Może przekona Was o tym, że naprawdę warto – cokolwiek to oznacza. 

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.