Zestawienie 20 najlepszych filmów [Podsumowanie roku 2018 #4]

Nareszcie nadszedł czas na nasze zestawieniowe Magnum opus. Po zaprezentowaniu wam najlepszych pereł, zanurzeniu się w polskim kinie i zaprezentowaniu najgorszych filmów ubiegłego roku przyszedł czas na wielki finał. Przed wami lista najlepszych filmów 2018. Uwierzcie, ich selekcja wywołała na forum naszej redakcji dużo sporów i wielogodzinnych dyskusji. Nie mogę powiedzieć, że udało nam się dojść do stuprocentowej zgodności, ale zestawienie, które znajdziecie poniżej zostało wybrane metodą głosowania. Mamy nadzieję, że nasze ostatnie podsumowanie roku przypadnie wam do gustu.


20. “Tamte dni, tamte noce”


Tamte dni, tamte noce - mat. prasowe

Luca Guadagnino absolutnie zachwycił w minionym roku. I mimo że jego głównym projektem była ukochana (choć chyba głównie przeze mnie) Suspiria, to stworzone gdzieś na uboczu Tamte dni, tamte noce na podstawie prozy André Acimana zaskarbiły sobie nie tyle prostą sympatię, co wręcz uwielbienie naprawdę szerokiej rzeszy widzów. Jest w tym coś autentycznie pięknego, tak szczerego i bezpretensjonalnego, wiecznego i niestarzającego się. Romans nastoletniego Elia (Timotheé Chalamet) ze starszym Oliverem (Armie Hammer) w idyllicznej, italskiej willi to eternalna i ludzka reminiscencja namiętnego doznania. W oparach kultury wysokiej, antycznej aury erosa, intelektualnego, snobistycznego flirtu, przy ambiencie klasyki Liszta i Bacha rozgrywa się czyste uczucie, do którego chcielibyśmy wracać, które chcielibyśmy przeżyć. Są to emocje, która tlą się w nas, choć większość z nas nie spędziła marastycznych wakacji wśród amerykańsko-włosko-żydowskiej rodziny Perlmanów. To esencja kina jako wartości wymarzonej, projekcji czegoś idealnego, ale nie pozbawionego humanistycznej skazy człowieka. Elio jest multiwymiarowym bohaterem, na zewnątrz skąpanym w blichtrze swojej inteligencji, erudycji i wielu talentów. Półboskie uczucie, ten nieskazitelny impuls, który łączy go z Oliverem, a Olivera z nim, odkrywa przed nim pierzchłość najtrudniejszej do osiągnięcia wiedzy – tajemnicy miłości, którą namaszcza w swoim utworze cudowny Sufjan Stevens. Inicjacja Eliego do tego świata staje się przestrzenią do błądzenia między erotyzmem, neofictwem, namiętnością i intymnością.

Najlepszą całościową impresją Call Me by Your Name pozostaje monolog ojca Elia, pana Perlmana (Michael Stuhlbarg). Bez wchodzenia w niuanse, to prawdopodobnie najpiękniejsze słowa wypowiedziane na kinowych ekranach w 2018 roku. Nasycony ciepłem z pogranicza sennego marzenia i bliskiej zmysłowo rzeczywistości tworzy apoteozę młodości, błogostanu naszego życia, która dana nam zostaje li tylko raz. Wzywa by korzystać z naszej witalności, nie bać się otworzyć serc i zapomnieć się w przedwiecznym pięknie natury. Efemeryczna przyjaźń bohaterów to meritum tej, wydaje się prostej, trochę carpediemowskiej doktryny. Ale ich przyjaźń, cudowny związek między dwojgiem ludzi, stanowi właśnie o cudzie naszego jestestwa, o cudzie tego, kim jesteśmy. (Kamil Walczak)

Zobacz również: „Tamte dni, tamte noce” – Recenzja

19. “Roma”


Roma, mat. prasowe

Alfonso Cuarón zachwycił świat krytyków i akademików filmowych swoim najnowszym dziełem, a na kolejne rozdania nagród przyjeżdża jak po swoje. Pośród “szarych” widzów ta aklamacja wydaje się być jednak mniej jednoznaczna, a z tego co dotarło do mojej osobistej bańki da się wręcz zauważyć pewną polaryzację opinii. Dowodem tego jest też dopiero dziewiętnaste miejsce w naszym rankingu. Dlaczego? Gdybym miał zaryzykować próbę odpowiedzi na to pytanie, to typowałbym, że meksykańskiego reżysera zgubiła nadmierna perfekcja wykonania, która w połączeniu ze słaba dynamiką sprawia, iż przez seans “Romy” łatwo się po prostu prześlizgnąć bez zbytniego zaangażowania emocjonalnego. Mamy tutaj do czynienia z kolejnym wizualnym kolosem na glinianych fabularnych nogach – bo przedstawiana historia o niechcianej ciąży służącej to jednak trochę zbyt generyczna opowieść jak na film aspirujący do miana arcydzieła. I na tym wyliczeniu moich zarzutów wobec tego dzieła poprzestanę, o jego niewątpliwych zaletach możecie przeczytać w zdecydowanej większości innych poświęconych mu tekstów, także w naszej portalowej recenzji. (Maksymilian Majchrzak) 

Zobacz również: „Roma” – Wybitna pocztówka z Meksyku – Recenzja

18. “Zama”


Po raz pierwszy w swojej karierze Lucrecia Martel pochyla się nad męskim bohaterem, lecz wyciągane z tej historii wnioski nie lądują daleko od tych zaprezentowanych w Kobiecie bez głowy, czy Bagnie. Jej najnowszy Zama to historia podrzędnego urzędnika, który w imieniu wielkiego mocarstwa, lewiatana owładniętego manią zysku, sprawuje pieczę nad kolonią znajdującą się w Ameryce Południowej. Jego podejście do autochtonów, pełne buty, pogardy i odrazy, jest nie tylko kolejnym śladem “europocentryzmu” prowadzącego do wygumkowania pewnej części społeczeństwa z tego świata. Obok historii o męskim, konkwistadorskim resentymencie snuje się inna opowieść, z czasem coraz bardziej zyskująca na znaczeniu. Opowieść o poczuciu kosmicznej pustki, ciele lewitującym w bezkresnej przestrzeni, które już nawet przyjemności nie jest w stanie dostarczyć. W końcu Zama to historia wszechogarniającej nudy, usuwającej z istoty człowieczeństwa wszelką wolę, czy nadzieję. Można odnaleźć w tej produkcji dużo kafkowskiego klimatu, z tym że austriacka posępność zostaje zastąpiona oślepiającym słońcem i poczuciem znajdowania się na końcu świata, gdzie nic nie ma znaczenia, gdzie śmierć jest co najwyżej wybawieniem od udręczonego skwarem ciała. (Marcin Kempisty)

Zobacz również „Zama” – Bzik tropikalny – Recenzja

17. “Pierwszy człowiek”


kadr z filmu "Pierwszy człowiek"

Film Damiena Chazelle’a to w moich oczach odpowiedź na pytanie co by było, gdyby Interstellar był naprawdę dobry filmem. A obrazem jest naprawdę wybitnym. Obrazem, który eksploruje ojcowską miłość, zamiast grzebać ją w zakrawających o autoparodię nadekspresywnych wybuchów. Obrazem surowego piękna kosmosu, w którym nawet minimalne odstępstwo od normy to niemal pewna śmierć. Którego dźwiękiem jest ryk silnika, brzęk zimnego metalu i oddech odbijający się od hełmu. A jednocześnie wypełnionego ciszą, która potrafi przemówić mocniej niż dźwięk. W przeciwieństwie jednak do monumentu Nolana, Chazelle daje swoim bohaterom czas na rozmowy, ale daje także daje czas na działania. A te działania niezależnie od waszej wiedzy na temat lądowania na księżycu wcisną was w fotel przyśpieszając bicie waszych serc i rozciągając sekundy w nieskończoność. Będziecie oglądać twarz Goslinga zmagającego się ze swoim problemami, problemami swojej blaszanej trumny oraz plątaniną przewodów, kabli i rur. I będziecie prosić o więcej. (Martin Reszkie)

Zobacz również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja

16. “Mandy”


Pomysł na realizację konceptu, na jakim bazuje Mandy, mógł wyjść tylko spod rąk oddanego fana pięknego Nicolasa. Rozpoczynając gdzieś w okolicach konwencji kina zemsty i stonerskiego neonoir, a kończąc na gore’owej eksploatacji Cage’owskiej ekspresji scenicznej, Panos Kosmatos wystawił najsłynniejszemu potomkowi rodu Coppola najprawdziwszy autoreferencyjny pomnik. Na modłę Keanu Reevesa z serii Johna Wicka, Nic gra w Mandy samego siebie, interpretując sedno fabularnej intrygi oraz tempo narracji zgodnie z kluczem własnej “metody” aktorskiej. Wszystkie krzyki, szaleńcze spojrzenia, dramatyczne załamania czy absurdalne interakcje służą tu więc wyłącznie samym sobie, odwołują się do ironicznej świadomości widza i dają upust czystej fantazji twórców. Trudno bowiem zakładać, aby Kosmatos miał na Mandy jakiś przepis – w kategoriach filmowych trapi ją tyle samo bolączek, co Suspirię (patrz również: Suspirii, Suspiriów) Dario Argento. Szkopuł jednak w tym, że podobnie jak w przypadku legendy nurtu Giallo, jej stricte filmowe wady afirmują jej konwencję. A ta, w momencie gdy Nic staje do pojedynku z piłą łańcuchową w rękach, nie pozostawia już żadnych złudzeń. With all my love for Nic, Panos. (Tomasz Małecki) 

Zobacz również: „Mandy” – Nicolas Cage na kwasie – Recenzja

15. “Nigdy cię tu nie było”


Nigdy Cię tu nie było, mat. prasowe

Ubiegły rok obfitował w kino nostalgiczne, niejako żerując na wspomnieniach zapalonych kinomanów i choć z uwagi na doskonale oddany “Carpenteryzm” na wspomnienie zasługuje Operacja Overlord, to najdoskonalszym hołdem kina minionego było bez wątpienia Nigdy Cię Tu Nie Było. Brutalna podróż Phoenixa wybija się ponad pozostałe tegoroczne hity idealnie oddanym uczuciem potęgującego się napięcia, momentami niemalże przytłaczającego swym ciężarem.
Ramsay osiągnęła taki efekt dzięki perfekcyjnie skomponowanej akcji, czerpiąc inspiracje z filmów Alfreda Hitchcocka, stosując interesujące ujęcia kamery i kreatywnie posługując się światłem oraz oprawą muzyczną. Pomimo braku rozbudowanego dialogu, czy nawet stosunkowo szczątkowej charakteryzacji głównego bohatera widz nie ma problemu ze zrozumieniem motywacji i emocji targających naszego brutalnego zabójcę. Duża w tym rola wybitnie minimalistycznej, lecz ekspresywnej gry Joaquina Phoenixa, który całym swym ciałem przedstawia agresję, wściekłość i zwierzęcy szał, czyniąc sceny akcji prawdziwie satysfakcjonującym doświadczeniem.  Film ów z pewnością posiada swe wady, dla jednych może nie być zbyt zajmujący przez brak dialogu i krótkie momenty przemocy, dla innych elementy artystyczne raczej zniechęcą niż zachwycą. Dla mnie jednak ta cicha, doskonale skręcona i zagrana opowieść o kontraście pomiędzy brutalnością dorosłości, a niewinnością dzieciństwa otwiera wiele dróg interpretacji i na stałe zapisuje się w pamięci. (Konrad Bielejewski) 

Zobacz również: „Nigdy cię tu nie było” – Recenzja

14. “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”


Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - mat. prasowe

O „Billboardach” słyszał już chyba każdy. Nagrodzona dwoma statuetkami Akademii Filmowej produkcja odbiła się niesamowitym echem po tym, jak pod koniec 2017 roku weszła do amerykańskich kin (w Polsce zadebiutowała nieco później, bo w lutym 2018 roku). To historia traktująca w głównej mierze o determinacji w dążeniu do prawdy i o zaprzeczaniu samemu sobie w tak dotkliwej sprawie, jak utrata ukochanego dziecka.
Dużą zaletą filmu Martina McDonaugha jest obsada aktorska, która została nagrodzona wspomnianymi statuetkami. Oprócz świetnej Frances McDormand w roli głównej, na ekranie zobaczymy również Woody’ego Harrelsona, Petera Dinklage czy odgrywającego prawdopodobnie rolę życia Sama Rockwella. Wszyscy z nich wcielają się w złożone, wielowarstwowe, jak najbardziej ludzkie postacie, które kryją w sobie więcej, niż jest to na pozór widoczne. Całości produkcji towarzyszy poczucie niepewności i bezradności, reprezentowane w dużej mierze przez główną bohaterkę, która próbuje na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość i dociec do prawdy, której nikt w przedstawionej historii nie jest pewien. Zdecydowanie tytuł ten można zaliczyć do ścisłej czołówki ubiegłego roku. (Bartek Rusek)

Zobacz również: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – Recenzja

13. “Żywiciel”


Żywiciel, mat. prasowe

Kiedy rozdawano ubiegłoroczne Oscary stałem murem za kandydatem Pixara. Coco jawiło mi się wówczas jako jedna z najbardziej emocjonalnych animacji tej dekady i zupełnie pominąłem pozostałych nominowanych. Myślę, że gdyby to rozdanie powtórzono dziś, to, z całym szacunkiem dla maestrii Disneyowych czarodziejów, trzymałbym kciuki za Żywiciela. Przede wszystkim jest to produkcja o wiele skromniejsza, również w użytych środkach wyrazu. Wszelkie fantazyjne kalejdoskopy występują tu w wyobraźni głównej bohaterki. Rzeczywistość jest dla niej tak przerażająca i wroga, że nie ma w niej miejsca na wizualny baśniowy eskapizm. Żywiciel nie jest jednak jego zupełnie pozbawiony – dzięki pięknym, alegorycznym opowieściom nie tylko widać maestrię animatorów, lecz również bogactwo kulturowe krajów Arabskich. Nora Twomey podejmuje bardzo aktualny temat opresyjnego, patriarchalnego społeczeństwa Afgańskiego (głównie Talibów) i, co zaskakujące w filmie otagowanym, jako “familijny” unika wybielania lub “zmiękczania” przedstawionej w filmie sytuacji. Jednocześnie nie zapomina, że kluczowe w animacji jest wizualne angażowanie widza, co dla wielbicieli Sekretów Morza może okazać się najważniejszą informacją zawartą w tej krótkiej notce. Żywiciel to nie tylko doskonała animacja do obejrzenia z nieco starszymi dziećmi, ale też dobry powód do dyskusji na temat roli kobiet w społeczeństwie i uświadamiania na temat wciąż panujących w nim nierówności. Dzięki Pan Netflix za dystrybucję tej perełki! (Wiktor Małolepszy)


12. “Jeszcze dzień życia”


Film Damiana Nenowa i Raúla da la Fuente stał się trwałym bywalcem naszych zestawień, a i tak odnoszę wrażenie, że nie powiedziano o nim wystarczająco, i to chyba najlepiej świadczy o jego wyjątkowości. Animowana biografia Ryszarda Kapuścińskiego, luźno bazowana na jego książce, jest ukrytą perełką roku 2018. Zaszczepia w widzu nowy pogląd na wojnę i osoby, których ona dotyka, a także na pracę reportera, szczególnie w ciężkich czasach zimnej wojny. Zasiewa ziarno ciekawości wśród tych, którym historia Angoli i Afryki tamtych czasów, a także samego Kapuścińskiego, nie była znana. Przepiękny styl animacji, koncept i forma przełożenia na ekrany fragmentu życia polskiego dziennikarza sprawiają, iż film zostaje w głowie jeszcze długo po seansie i osobiście nie jestem w stanie wymienić drugiego tytułu, który pamiętałbym tak dokładnie, scena po scenie, jak Jeszcze dzień życia. (Mikołaj Krebs)

Zobacz również: „Jeszcze Dzień Życia” – Recenzja

11. “Wieża. Jasny dzień”


Czym tak naprawdę jest Wieża. Jasny dzień? Czy to thriller? Horror? Film psychologiczny? Kino autorskie? Sam fakt, że kilka miesięcy po seansie, po wnikliwej analizie scen i motywów zawartych w filmie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie świadczy o niezwykłości produkcji Szelc. Odważne kino, które jest z jednej strony bardzo mocno osadzone w polskiej kulturze, stanowiąc celne źródło obserwacji współczesnej polskiej klasy średniej, a jednocześnie sięgające głębiej i wciągające widza w szaloną, ale uporządkowaną dyskusję o pierwotnych wartościach takich jak dom i rodzina.
Jagoda Szelc oferuje nam nie tylko piękne zdjęcia Kotliny Kłodzkiej, ale podróż wgłąb pierwotnego ludzkiego lęku; przed dzikością natury, czymś nieznanym – jednocześnie fascynującym i groźnym. Film stoi niesamowitymi kreacjami aktorskimi, opartymi na rewelacyjnym scenariuszu. Szczególnie dwie główne bohaterki stanowiące swoje przeciwieństwa i uzupełnienia to kreacje, które pozostaną w pamięci na stałe.
Takiego polskiego kina życzę sobie i Wam także w tym roku. Silnego, feministycznego, dopracowanego i nowatorskiego! (Andrzej Badek) 

Zobacz również: „Wieża. Jasny dzień” – Recenzja

10. “Życie prywatne”


Tamara Jenkins powraca po typowej dla siebie długiej przerwie i snuje opowieść o ukrytym pragnieniu macierzyństwa i ojcostwa, marzeniu posiadania rodziny i takiej wszechobecnej bliskości. Trudno wskazać w tym roku produkcje, które w równie dostojny sposób starała się ogrywać małe dramaty ludzi, komunikując się z widzem nie rozbuchanymi scenami, opierającymi się na emocjonalnej egzaltacji, ale bardzo prywatnym i subtelnym językiem uczuć.  Przez opowieść prowadzi nas niesamowite trio aktorów, z których najbardziej wybija się nie epatujący swoim minimalizmem Paul Giamatti, a zaskakująco wybitna Kathryn Hahn. W roku, w którym mumblecore zaliczył pierwszy od dawna postój, to “Życie prywatne” najbardziej wypełniło pozostawioną po nim pustkę, dając nam szansę znów kontemplować sztukę dialogu, rozmów, uczuć i miłości. (Maciej Kędziora)

Zobacz również: „Życie prywatne” – Recenzja ukrytego arcydzieła Tamary Jenkins

9. “Spider-Man Uniwersum”


Spider-Man Uniwersum, mat. prasowe

Moja droga przez popkulturę nigdy nie była zawiła. Wynikową moich wszystkich działań i pasji, było przeskakiwanie ze źródeł do źródeł. Szeroko poznany kontekst pozwolił mi kochać dzieła w bardzo specyficzny sposób – nie tylko oceniać je za techniczne i specyficzne dla danej dziedziny sposób, ale i z wspomnianym przeze mnie kontekstem. Dlatego też, nie żałuję wszystkich lat, które spędziłam peleryną na plecach i opaską na oczach – komiksy sporo wniosły do mojego życia i pozwoliły mi na postrzeganie kina suprerbohaterskiego „po mojemu”. Oczywiście jestem świadoma ich specyficznych, niestety bardzo generycznych przywar, ale lubię patrzeć na nie również patrzeć okiem komiksomaniaka. Powieść graficzna to dzieło, które bardzo ciężko przenieść na srebrne ekrany tak, by pokochał je zarówno fan sztampowego „mordobicia”, jak i miłośnik kina. Nie ma żadnego sprawdzonego przepisu na taką produkcje – to bardzo grząski grunt. 

Myślę, że to właśnie dlatego tak pokochałam Spider-Man Uniwersum. Film, który podaje rękę każdemu, kto jest chętny ją przyjąć – i krytykom i niedzielnym widzom i komiksomaniakom. Reżyserzy w naprawdę majestatyczny sposób połączyli wszystko to co w najlepsze w pompatycznych blockbusterach, dynamicznych komiksach i angażujących scenariuszach. Twórcy produkcji wykazali się niemałą odwagą wprowadzając nas w pajęcze uniwersum. Dla Sony to był tylko mały krok z pochodnią w dłoni, która okazała się tlić prometejskim ogniem – wierzę w to, że inne studia wreszcie zauważą, że odwaga może przemienić się powszechne uwielbienie i co za tym idzie fenomenalne zarobki. (Maja Głogowska)

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

8. “Dziedzictwo. Hereditary”


Dziedzictwo. Hereditary, mat. prasowe

Nawet jeżeli Ari Aster, reżyser i scenarzysta całego tego projektu, słyszał kiedyś sentencję głoszącą, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, trudno byłoby dojść do wniosku, że odczytywał ją on w konwencjonalny sposób i faktycznie wierzył w istnienie chwil beztroskiej równowagi zdolnych do zjednoczenia wszystkich przedstawicieli danej familii. W jego, skupiającym się na dramatycznych (a, ściślej mówiąc, nawet tragicznych) perypetiach rodu Grahamów, pełnometrażowym debiucie momenty spokoju i wytchnienia są na tyle efemeryczne, że fiaskiem okazałaby się wszystkie próby zatrzymania ich za pomocą długowiecznej fotografii. Rozstrojona po śmierci swojej matki Annie nie wie jeszcze, że to traumatyczne wydarzenie stanowić będzie najlżejszy przejaw powolnego – ale nieubłaganego – rozpadu jej ukochanej rodziny. Ukochanej rodziny, która oddala się od siebie wprost proporcjonalnie do rosnącego w wykładniczym tempie napięcia. Zagubiony i nieradzący sobie z pozycją głowy rodziny mąż, Steve, oraz dwoje dzieci: przeznaczony do wyższych, przerastających go celów Peter i emocjonalnie zdewastowana po śmierci babci, otoczona ezoteryczną aurą Charlie są tutaj tylko marionetkami w rękach pokrętnie konsekwentnego losu.

Początkowo niewielkie rysy w monolicie rodzinnej formacji przeobrażają się w niemożliwe do zasklepienia szczeliny i nawet najszczersze chęci nie są w stanie doprowadzić do pojednania. No bo co komu po najszczerszych chęciach, gdy w grę wchodzą okultystyczne seanse i grupy wsparcia? U Ariego Astera koszmarem stają się nawet najbardziej niewinne czynności, a uwięzieni w zdecydowanie zbyt dużym budynku domownicy boleśnie się o tym przekonują. Opiniotwórcza kolacja w rodzinnym gronie, palenie starych śmieci w kominku i próba zobrazowania starej maksymy „każdy głupek trafia w słupek” podczas jazdy samochodem – to wszystko i jeszcze więcej czeka na oglądającego i przybiera formę paranormalnego rollercoastera, który bynajmniej nie ma zamiaru się zatrzymywać.

Dziedzictwo. Hereditary to – skrajnie wybuchowa – mieszanka najczystszej krwi kina grozy, dramatu rodzinnego i absurdalnej komedii. Mieszanka, która jakimś cudem działa na wszystkich tych płaszczyznach i pozostawia widza z najszerszym możliwym spektrum pozornie sprzecznych emocji. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tej transcendencji… (Michał Piechowski)

Zobacz również: „Dziedzictwo. Hereditary” – Najstraszniejszy film roku? – Recenzja , „Dziedzictwo. Hereditary” jako film czysty… ale czy idealny? Rozważania po seansie

7. “Nić widmo”


Nić Widmo, mat. prasowe

Dla niektórych może tak niskie miejsce Nici Widmo może być sporym zaskoczeniem, wszakże był to zwycięzca naszego półrocznego podsumowania. Nie odejmuje to wcale dziełu Paula Thomasa Andersona jakości. Film, o którym bardzo głośno było jeszcze przed premierą, a wydawać by się mogło, że jeszcze głośniej po, to technicznie doskonałe opowieść o londyńskim krawcu i jego muzie. W bajecznym świecie pięknych kostiumów przemyca się historię więzi ponad zwykłą miłością, chaotycznej, inspirującej, przeszytej konfliktami. Więzi nierozerwalnej. Anderson przekazuje to z odpowiednią subtelnością i niekiedy wręcz brutalnością, doskonałą harmonią, nie zapominając o świecie mody, który jest nieodłącznym elementem kształtowania dziejów dwójki głównych bohaterów, splatając całość tytułową widmową nicią. Wszystko okraszone, w mojej opinii, najlepszą ścieżką dźwiękową ubiegłego już roku autorstwa Jonny’ego Greenwooda, fantastycznymi kostiumami (za które Mark Bridges otrzymał Oscara), a także fenomenalnymi zdjęciami w ciasnych przestrzeniach. Na wzmiankę zasługuje również fakt, że jest to ostatni film w którym zobaczymy na ekranie wybitnego Daniela Day-Lewisa.
Nić Widmo była ulubieńcem Filmawki w zeszłym sezonie nagród, w którym, oprócz nagród za kostiumy, została okrutnie pominięta. Jak widać po „tylko” siódmym miejscu w naszym zestawieniu, wypadła trochę z naszych łask, jednakże wszyscy w redakcji możemy się zgodzić, iż jest to film ponadczasowy, który zasługuje na wyróżnienie nie tylko jako jedna z najważniejszych produkcji roku 2018, ale przede wszystkim jako dzieło sztuki, o którym będzie można mówić nawet i dekady po jego premierze. (Mikołaj Krebs)

Zobacz również: „Nić Widmo” – RecenzjaWhat precisely is the nature of my game? – drugie spojrzenie na „Nić widmo”

6. “Bliskość”


Bliskość, mat. prasowe

Kantemir Bałagow, uczeń Aleksandra Sokurowa, wchodzi do świata filmowego z impetem godnym pozazdroszczenia. Jego debiutancka Bliskość, umieszczona w autonomicznym regionie Kabardo-Bałkarii, to jednocześnie dresiarską historia spod znaku szeksipirowskich Romea i Julii, jak również bolesna do przetrawienia opowieść o etnicznych waśniach prowadzących do krwawych rzezi. Pochodząca z żydowskiej rodziny dziewczyna walczy o równouprawnienie, miłość oraz akceptację ze strony najbliższych. Kamera Bałagowa skutecznie podgląda ciasnotę rosyjskiej prowincji, międzyludzkie animozje oraz uprzedzenia, a przede wszystkim udanie oddaje poczucie zakleszczenia bohaterów, lgnących do siebie jak ćmy do światła, mimo że ich uczucie rozkwita w czasach zarazy. Bliskość to kino bliskie niejednoznacznie zarysowanych postaci, jednocześnie ukazujące panoramę polityczną regionu, o którym nie pamięta już nawet sam Bóg. Niewątpliwie warto śledzić karierę Bałagowa, bo jego wrażliwość i odwaga mogą go doprowadzić do stworzenia, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze wybitniejszych produkcji. (Marcin Kempisty)

5. “Słodki kraj”


Słodki kraj, mat. prasowe

Film jednego z najbardziej cenionych australijskich reżyserów, Warwicka Thorntona, to oryginalny western, rozgrywający się w 1929 roku w małym mieście położonym na australijskim Terytorium Północnym. Opowiada on o starym Aborygenie, Samie Kellym, który musi wraz z żoną uciekać przed wściekłymi – i, co równie ważne, białymi – przedstawicielami prawa. Produkcja oferuje bardzo powolne tempo akcji, zbliżenie z naturą i zapierające dech w piersiach widoki gorącego, suchego i rozległego kraju. Kraju, który można opisać na każdy sposób, ale na pewno nie w ten tytułowy – bowiem europejscy kolonizatorzy już dawno uczynili tę ziemię przede wszystkim gorzką. Film, rezygnując całkowicie z muzyki, pozwala wybrzmieć aktorskiemu spektaklowi, który urzeka małomówną i autentyczną tragedią miejscowych, którym narzucono czyjąś wolę. Thornton, mimo iż posługuje się przemocą, nie stara się brutalizować prezentowanej rzeczywistości. Oddaje on hołd ludności i daje głos wykluczonym, siląc się na jak najbardziej obiektywne pokazanie wydarzeń – po obu stronach ukazując ludzi niejednoznacznie złych lub dobrych. Udaje mu się nawet uchwycić, mimo tragedii rozgrywanej na ekranie, również beztroskie, zabawne momenty, takie jak wyjątkowe wykonanie piosenki Jesus Loves Me. Bo Reżysera nie interesuje tania eksploatacja tematu kolonialnego, a rzeczywiste opowiedzenie historii ludzi wyrzuconych poza margines społeczeństwa i przyjrzenie się tym, którzy ich poza ten margines wyrzucili. (Szymon Pietrzak)

Zobacz również: „Sweet Country” – Recenzja

4. “Płomienie”


O najnowszym filmie Lee Chang-donga zrobiło się dosyć głośno, kiedy podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes otrzymał od krytyków średnio najlepsze oceny w historii festiwalu. Istotnie, to dzieło wyrafinowane, dopracowane, subtelne na podobnym poziomie jak minimalistyczna proza Murakamiego, którego jest adaptacją. Płomienie wymykają się konwencjom gatunkowym jako takim, tworzą miraż społeczny przy akompaniamencie narastającego thrillera. Film opowiada historię aspirującego pisarza, który jeszcze nic nie napisał – Jong-so. Targany zauroczeniem wobec dawnej znajomej ze szkoły Haemi, zazdrością wobec jej chłopaka i problemami w domu rodzinnym na wsi stara się odnaleźć w życiu, gdzie na każdym kroku natrafia na niepewny grunt. Dla bohatera coraz bardziej imposybilisityczne wydaje się normalne egzystowanie, pogrąża się w zagadkowej personie niedawno poznanego Bena, chłopaka Haemi.

Historia przypieka się i stopniowo nabiera rumieńców, 2,5-godzinne budowanie napięcia przy pomocy drobnych i coraz bardziej niepokojących szczegółów uwzniaśla wielokontekstowość Płomieni. Dla niektórych to emocjonujący dreszczowiec ze zniewalającym zakończeniem, dla innych społeczny traktat o odwiecznej walce klas niższej i wyższej. Z kolei sam autor dostrzega tu raczej obraz współczesnych młodych ludzi, których przeszywa gniew, niezdecydowanie, pustka, frustracja. W XXI wieku, wieku multiplikowanych możliwości i wolności nowe pokolenia stają się niekompatybilne ze światem zewnętrznym. Lee udało się poprowadzić bodaj najsubtelniejszą kinogeniczną intrygę tego milenium. Koreańskie rzemiosło kryminalne i wyważenie międzygatunkowe bezsprzecznie włączają do dzieło do panteonu nowoczesnej kinematografii. (Kamil Walczak)

Zobacz również: „Płomienie” [Wielki głód pokolenia] – Recenzja

3. “Climax”


Climax, mat. prasowe

Od czasów Godarda i Fassbindera nie wiele było tak dobrych filmów nakręconych w niecałe dwa tygodnie. Co więcej, nie wiele było tak dobrych filmów nakręconych w niecałe dwa tygodnie dla indywidualnej, perwersyjnej zabawy. Gaspar Noé nie czuł bowiem presji “opowieści”, jaką roztoczyli nad nim starsi koledzy po fachu, i zamiast podejmować się modernistycznego solilokwium, puścił wodzy ekstatycznej widzialności oraz słyszalności. Climax to neurotyczne doświadczenie, test nie tylko dla naszych zmysłów, ale również naszej wrażliwości. W kontekście rzeczywistego znaczenia zniszczenia, jakie dokonuje się na naszych oczach, Gaspar tworzył już bardziej przejmujące i dosadne sztuki, lecz tak skonstruowana nie była jeszcze żadna z nich. I to właśnie ta konstrukcja, wzniesiona na fundamencie intensywnych doznań audio-wizualnych, operatorskiej ekwilibrystyki oraz narracyjnej improwizacji, świadczy o wyjątkowości najnowszego filmu krnąbrnego Francuzo-Argentyńczyka. Czy był to jedynie jednorazowy wyskok, czy zalążek dłuższego trendu w twórczości Noé – tego nie wiemy. Ale za nonszalancję i brutalizm (nawet pomimo braku intensywnych scen przemocy czy seksu), które jak klin wbijają się w co raz mocniej standaryzujące się gusta przeciętnego widza, nie docenić tego przypadku zupełnie nie sposób. (Tomasz Małecki) 

Zobacz również: „Climax”, czyli najbardziej przerażająca impreza w dziejach – Recenzja

2. “Tajemnice Silver Lake”


Tajemnice Silver Lake

Każdemu, kto jednak w jakimś stopniu ceni popkulturę jako zjawisko, David Robert Mitchell będzie się wydawał odpierać wszystkie wymierzone w niego po premierze Tajemnic Silver Lake w Cannes krytyczne ciosy. W tym bardzo samoświadomych filmie neo-noirowe hołdy dla Hitchcocka wylewają się początkowo z ekranu oraz głośników strumieniami, aby stopniowo przejść w spiskowego, onirycznego tripa w poszukiwaniu… prawdy? Jakie ma to znaczenie, kiedy wędrówka jest tak satysfakcjonująca? Ciężar całej produkcji dźwiga na barkach Andrew Garfield – idealny w roli współczesnego slackera, bohatera z przypadku, nonszalancko idącego za nitką do kłębka, okazyjnie, doprowadzony do ostateczności, wybuchając groteskową przemocą. A filmowy świat, w którym wije się nić filmowej intrygi jest miejscem tętniącym swoim życiem, wypełnionym indywiduami, lokacjami i muzyką, do których wraca się myślami jeszcze długo po seansie. Pozostaje mieć nadzieję, że polski dystrybutor zdecyduje się wydać Tajemnice Silver Lake na DVD i film nie straci swojego vibe’u oraz kultowości scen. Nie pozostaje mi nic innego, jak odsłuchiwanie soundtracku wspak w poszukiwaniu ukrytych przekazów. Do zobaczenia, Mitchell! (Michał Palowski) 

Zobacz również: „Tajemnice Silver Lake” – Najnowszy film twórcy „Coś za mną chodzi” – Recenzja

1. “Niemiłość”


Niemiłość, mat. prasowe

Nowe Horyzonty 2017. Kończy się najnowsza produkcja Zwiagincewa, po sali nie odbija się żaden dźwięk, a ja czuję się tak jakbym wpadła do kosmicznej próżni. Nie słychać ani westchnień, ani oklasków, ani łez kapiących ciurkiem na kinową wykładzinę. Zupełna cisza. Po minucie, dwóch, może trzech (w takich chwilach łatwo stracić rachubę czasu) ludzie niepospiesznie podnoszą się ze swoich miejsc i zbliżają do wyjścia. Ja, przemieszczam się z tą falą i po wyjściu z sali, gdy przez wielkie okna kina padają na mnie ostre promienie słońca czekam. Czekam, na jakikolwiek głos, jakąkolwiek opinie, osąd, krytykę, pochwałę. Nie słyszę żadnego głosu, ale nie widzę też niczego specyficznego. Na twarzach ludzi nie ma wymalowanej żadnej z szeroko pojętych emocji. Wydaje się wręcz, że wszyscy są otępieni.  Ciężko im się dziwić. Choć festiwalowa publika jest przyzwyczajona do emocjonalnego katharsis, które na Nowych Horyzontach objawia się pod wieloma postaciami rzadko kiedy jest ono na tyle uniwersalne, by spłynąć na widzów wszelakiej maści. 

W Niemiłości wszystko wydaje się chłodne, od barw aż po bohaterów. Ci, są odbiciem naszych najbardziej pesymistycznych, skrytych i wstydliwych refleksjach na temat nas samych. Zwiagincew to artysta świadomy, a to w kinie europejskim połączone z bardzo charakterystyczną wrażliwością może dać tylko wynik pozytywny. 

Powiedzenie, że Niemiłość chwyta za gardło jest tylko pustosłowiem. Scenariusz i chłodna kalkulacja reżyseria sprawia, że widz czuje się emocjonalnie sparaliżowany – na długie dni po seansie produkcji. Ciężko opisać to niezwykle specyficzne uczucie słowami – Niemiłość trzeba przeżyć.

 (Maja Głogowska)


… I to by było na tyle! Drodzy czytelnicy, w nowym roku życzymy wam choć połowy tyle dobrego kina co w ubiegłym. W komentarzach koniecznie zdradźcie nam swoje własne, osobiste filmowe zestawienia. Który film najbardziej podbił wasze serce?

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.