Kim Possible Kolwiek

“Kim Possible”, czyli aktorska wersja Kim Kolwiek [RECENZJA]

Zawsze staram się podchodzić z pozytywnym nastawieniem do produkcji, które mogą sprawić przyjemność fanom. Wiem, z boku to może wyglądać tak jakbym chodziła po grząskim gruncie, bo przecież twórcy tych produkcji nie mają na celu uszczęśliwienia fanów. Najczęściej przyświeca im myśl stworzenia filmu, który sprawi, że ich portfele będą pęcznieć. No ale to nie producenci stoją za scenariuszem i reżyserią filmu – musimy wierzyć w to, że za tym stoją artyści, którzy są pasjonatami pierwowzoru i… wiedzą co robią. 

Zobacz również: Łukasz Grzegorzek: „Jestem ekspertem od własnego życia” [WYWIAD]

Przyszły czasy, w których studia przestają bać się wpuszczać na duże ekrany silne, pierwszoplanowe bohaterki. Zawsze to mężczyźni ratowali świat, rzadziej kobiety podawały im pomocną rękę, a dziś – mogą wziąć wszystko na swoje barki. Pamiętacie scenę z filmowej Ligii Sprawiedliwości, w której Wonder Woman uratowała Batmana? Jeszcze kilka lat temu pokazanie takiej walki ze stereotypem było możliwe tylko w kreskówkach… 

Kim Possible Kolwiek

Było wiele serii, których bohaterkami były odważne dziewczyny, ale Kim Kolwiek jest tylko jedna. Gdy perypetie rudowłosej nastolatki pierwszy raz zagościły w ramówce Disney Channel, stacja bała się porażki. Ich strach opierał się głównie na tym, że kreskówka nie była do końca skierowana ani do dziewczyn ani do chłopców. Nie do dziewczyn – bo serial skupiał się na akcji. Nie dla chłopców – bo jego główną bohaterką była dziewczyna. Trochę przykre, prawda? Na szczęście czasy się zmieniły, a jedyna obawa, którą mogli w tym wypadku mieć producenci filmu o Kim Kolwiek to odwieczne pytanie każdego artysty – Czy to wyjdzie? I prawda jest taka, że nie mogło… wyjść. 

Zobacz również: „Witajcie w Marwen” – Witajcie w rozczarowaniu [RECENZJA]

No bo jak zrobić film o nastolatce, która podczas dnia przeżywa rozterki młodości, nie umie odnaleźć się w chaosie związanym z nową szkołą, a popołudniami ratuje świat, stając twarzą w twarz z ludźmi-małpami i wrednymi naukowcami o niebieskiej skórze? Jak zrobić film o dziewczynie, która korzysta z laserowych szminek? Jak zrobić… okej, myślę, że już rozumiecie mój tok myślenia – nie można. Taki film byłby przecież irracjonalny w każdym ujęciu, niemożliwy i przerysowany. Twórcy postanowili przekuć to wszystko w zaletę i zamienili filmową Kim Kolwiek w kreskówkę… aktorską kreskówkę.

Pierwsze sceny produkcji. Kim leci na skrzydłach napędzanych rakietami prosto do bazy jednego ze swoich arcywrogów – Profesora Dementora. Tym razem jej oponent porwał naukowca specjalizującego się we wszelkiego rodzaju maziach. Stworzył substancje, której niszczycielska siła mogłaby zmienić cały świat. Jest tylko jeden szkopuł – po całym procesie destrukcji zamienia się w różową, brokatową wersję, co ostatecznie byłoby bardzo kompromitujące. Choć to Kim Kolwiek jest mózgiem całej operacji, nigdzie nie wybiera się sama. Zawsze towarzyszy jej najlepszy przyjaciel (i jak to mówi – pomagier) Ross Rabiaka. Bohater jasno kontrastuje z rudowłosą nastolatką. Ona – robi spektakularne salta, gdy tylko ma okazje. On – ciągle się przewraca. Jej – raczej nie zdarzają się porażki, bo myśli analitycznie. Jemu – ciągle zdarzają się upadki i wciskanie (dosłownie) wielkich czerwonych przycisków okraszonych tabliczką „Autodestrukcja”.

Kim Possible Kolwiek

Niektórzy z Was pewnie pomyślą, że sytuacja opisana przeze mnie powyżej to humor niskich lotów. Ja myślę, że był to efekt zamierzony przez tworców. Kim Kolwiek to film tak losowy, że może stać się tam dosłownie wszystko. Nie byłabym zdziwiona, gdyby jeden z wrogów duo Kim-Ross zrzucił na nich fortepian. Bez żadnego kontekstu i wytłumaczenia, bo właśnie tak działają kreskówki.

Zobacz również: „Śmierć nadejdzie dziś 2”, czyli powrót morderczego Dnia Świstaka [RECENZJA]

Produkcja Disneya jest formalnie bardzo niekonwencjonalna na wielu płaszczyznach. By niemożliwa do bytu w prawdziwym świecie architektura mogła zaistnieć, twórcy użyli do jej stworzenia CGI. Nie, nie wygląda najlepiej (jak miałoby z budżetem Disney Channel?) – ale doceniam coś takiego o wiele bardziej niż ulokowanie bohaterów w szarych lokacjach pozbawionych wyobraźni. Twórcy nowej Kim przede wszystkim szanują oryginał i starają się to podkreślać na każdym kroku. Pamiętacie, gdy udostępnili pierwsze zdjęcie promocyjne? Komentarze dotyczyły głównie ubioru, który nieco odrywa się od tego do którego przyzwyczaił nas pierwowzór. Jedna ze scen tłumaczy ten stan rzeczy w imponujący sposób.

Jestem pozytywnie zaskoczona tym jak bardzo immersyjna jest historia przedstawiona w Kim Kolwiek. Nasza idealna, nobliwa bohaterka wkracza w progi swojej nowej szkoły i nic nie przebiega zgodnie z jej planem. Każda z sytuacji z którą się zderza oczywiście została przerysowana do granic możliwości, ale w tych metaforach jest coś, co powinien wynieść każdy kto za cud uważa swoje ukończenie swojej szkoły średniej. Kim chce być perfekcyjna, ale nowe, pełne niespodzianek, nawet dla tak zorganizowanej osoby (już w wakacje zaczęła uczyć się do egzaminów), otoczenie nie wyciąga jej pomocnej dłoni. W szkolnych rozterkach Kim jest coś zaskakująco autentycznego… 

…Jednak te nie obywają się bez małych wad. Największą z nich jest zarysowanie konfliktu z Bonnie, wielkim nemezis rudowłosej heroiny. Czemu nie mogą zakopać toporu wojennego? Czemu któraś z nich go uniosła? Nie wiemy. To niedopowiedzenie irytuje widza, bo reżyserzy mogli z łatwością stworzyć z niego swoją kolejną przewagę i opowiedzieć nam coś o hejcie i bullyingu. Żałuję też, że relacja głównej bohaterki z Rossem sprowadza się do wykrzykiwania „to mój najlepszy przyjaciel”. Twórcy nie pokazali nam wielkiej potęgi ich przyjaźni, raczej o niej mówili – przez to postać Rossa wydaje się bardzo płytka.

Zobacz również: „O ojcach i synach” – Koszmar, który żyje [RECENZJA]

Tego samego nie można powiedzieć o samej Kim, której charakter jest złożony z kilku delikatnie dobranych warstw. Łatwo nam ją zarówno podziwiać jak i się z nią utożsamiać. Bohaterka dorasta z czasem trwania produkcji, a na morał, który wyniesie ze swoich tarapatów połaszą się i widzowie. Jest nie tylko ciekawy, ale i bardzo ciepły w swojej nieoczywistości. 

Kim Possible Kolwiek

Zarówno budżet jak i rozmach tej produkcji możemy porównać do innych oryginalnych filmów stacji Disney Channel: High School Musical, Camp Rock, Lemionada Gada czy Mój brat zastępowy. Nie spodziewajcie się tu niesamowitych efektów specjalnych. Co więcej – powinniście się nastawić na to co najgorsze (choć produkcja miewa i całkiem przyzwoite efekty). Jednak nie efektami specjalnymi kino żyje, a pasją, którą się w nie wkłada. Tu jej nie brakuje. Wygenerowane komputerowe miejsca i gadżety przypominają te, które oglądaliśmy w pierwowzorze. Na plus działają również kostiumy, które są idealną konwersją z narysowanej kreski w materiał. 

Gdy pierwszy raz usłyszałam o aktorskim remake’u Kim Kolwiek miałam małe obawy względem aktorów. To, że twórcy do ról nastolatków częściej zatrudniają trzydziestolatków nie jest już dla mnie żadnym zaskoczeniem. Na szczęście Disney wiedział co robi i nie pozwolił na seksualizacje żadnej z postaci. Kim nosi ubranie, które fakt – ma wyglądać efektownie i nastoletnio, ale nie odkrywa nadmiernie jej ciała. Podobnie z jej przyjaciółkami ze szkoły i damską nemezis. Młodzi aktorzy nie tylko bardzo dobrze sprawdzili się w swoich rolach, ale i pozwolili mi zapomnieć o oryginalnych głosach Kim i Rossa. Są po prostu idealni. 

Zobacz również: „Obywatel Jones” – Wolność prasy według Agnieszki Holland [RECENZJA]

Widz staje w oko w oko z produkcją, która jest przede wszystkim samoświadoma. Widz wysłuchuje monologów wielkich złoli, Kim zmienia swój strój na bojowy w ułamku sekundy, twarze bohaterów wyrażają nienaturalną ekspresywność, a Ross Rabiaka przewraca się o własne sznurówki (podczas dialogu o przewracaniu oczywiście) – wszystko to tworzy naprawdę solidną aktorską kreskówkę. Coś, co widz może przyjąć bardzo dobrze – jeśli tylko zda sobie sprawę z intencji reżyserów i przyjrzy się narzędziom z których korzystają. Nie ma nic lepszego od kina, które zdaje sobie sprawę z tego czym jest i się tego nie wstydzi – a wręcz się tym chełpi. Kim Kolwiek robi to z gracją – ten film ma nawet swoją muzyczną czołówkę. Jeśli to nie obrazuje Wam tego, jak twórcy bawią się tu konwencją to prawdopodobnie już nic was nie przekona. 


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.