“Słońce też jest gwiazdą” – i niczego więcej się nie dowiecie [RECENZJA]

Od mniej więcej siedmiu lat w modzie są filmy na podstawie książek z gatunku coming-of-age. John Green, David Leithman, Rainbow Rowell to nazwiska, które po dystopijnych powieściach w stylu trylogii “Igrzyska śmierci” czy “Niezgodna” wykreowały kolejną odnogę tego gatunku. Odnogę, której nie sposób nazwać, ale sposób krótko opisać – powieści o absolutnie przeintelektualizowanych nastolatkach… 

… Czyli młodych dorosłych wątpiących, młodych dorosłych ironicznych i młodych dorosłych wiecznie cytujących czy przedstawiających jakąś naukową teorię lub jednostkę wybitną. Dokładnie w takie ramy wbijają się postaci z filmu na podstawie książki Nicolii Yoon, więc jeśli przeszliście przez lekturę jakiejkolwiek powieści spod pióra wymienionych przeze mnie autorów (lub widzieliście film na podstawie ich bazgorołów) to znacie już mechanizm działania tej produkcji.

Zobacz również: Recenzję “Rocketmana”  

Koncept na Słońce też jest gwiazdą w rękach odpowiedniego reżysera mógł zamienić się w ciekawy manifest. Ona pochodzi z Jamajki , choć ostatnie siedem lat życia spędziła w Stanach Zjednoczonych. Wszystko ma już zaprogramowane w swojej głowie, od dalszej edukacji po negowanie pojęcia miłości. W tym miejscu wchodzi On, również emigrant, ale z zupełnie innego krańca świata, bo z Korei Południowej. Swoje całe życie spędził w USA w otoczeniu dobrze przędącej rodziny. Już jako dziecko został mianowany przez swoich rodziców na „doktora” i właśnie w tym kierunku musi iść, choć nie ukrywa, że jest marzycielem a za pazuchą zawsze trzyma gruby notes wypełniony poezją. Zderzają się więc dwa światy, które mimo wzajemnego przeplatania się finalnie są zupełnie inne. Chłopak mówi – rozkocham cię w jeden dzień, dziewczyna zaś trzepocze rzęsami i odrzeka – nie ma takiej opcji.

Jego zapędy jednak szybko znajdują ujście, bo oczarowanie jej nie jest sztuką, a reżyser wpuszcza nas w jego własną wersję „Przed wschodem słońca” Linklatera. Miasto, jeden dzień, kocyk w parku i wyczekiwane pocałunki. Szkoda jedynie, że z tego klasycznego dzieła został jedynie główny motyw, a reżyser „Słońce też jest gwiazdą” nie zainspirował się Linklaterowską inteligencją życia. 

Zamiast tego zaserwował nam zaś absolutne przeintelektulizowanie i to takie, które sprawia, że finalnie z produkcji pamięta się mniej niż więcej. Żaden dialog nie uderza, żaden też nie zmusza do przemyśleń – a przecież mamy tu dwóch emigrantów z dwóch zupełnie innych zakątków świata! Moglibyśmy zostać porażeni ich kulturowymi różnicami i podobieństwami a z seansu wynieść jakąkolwiek wiedzę. Taką, która przyda nam się w zrozumieniu znajomych emigrantów zza wielkiej wody czy innych tytułów filmowych oraz powieści głęboko zakorzenionych w ich kulturze. 

Zobacz również: Pierwsze wrażenia z drugiego sezonu “Big Little Lies”

No, ale nie martwcie się – jakąś wiedzę dostajemy! Ja na przykład zapamiętałam, że słońce też jest gwiazdą (tak, to ważny fakt w tym filmie, a nie mój słaby żart z tytułu) i że Koreańczycy posiadają od 60 do 80% rynku włosiennego. Tak, to najważniejszy fakt o Koreańczykach jaki wyniosłam z tej produkcji – równie dobrze mogłam go znaleźć na Wikipedii.

Zabrakło tu localsowej pasji i czegoś co sprawi, że widz pomyślałby – znam te postaci. Widz do wielkiego naczynia złapał Nowy Jork, Azjatę i Jamajkę, a mimo tego naczynie wydaje się puste, tak jakby te trzy wielkie postaci były metalem lżejszym od powietrza znanym z „Lalki” Prusa.

Mogę oddać produkcji jeden wielki plus. Aktorzy, którzy grają głównych bohaterów może i nie są dobrze dobrani do swoich ról (nie, nie mogłam uwierzyć w umięśnionego aż do odpadających guzików Azjatę-nerda), ale wszystko nadrabiają niesamowitą chemią. Przede wszystkim u Charlesa Meltona (znanego mi również z „Riverdale) widać na twarzy wymalowane staranie. Szkoda, że zdaje się ono być niczym wychodząc na przeciwko tak beznadziejnego materiału źródłowego czy scenariusza… 

… Gdyby dialogi były odrobinę lepsze mielibyśmy szansę na kolejny po „Niedobranych” naprawdę dobry romans, bo chemia między bohaterami aż iskrzy. Sam kręgosłup tej historii i oraz koncept dwóch emigrantów i jednego dnia mógł zawojować serca krytyków, widzów i box-office. Nie dziwie się, że ani jedna z tych rzeczy się mu nie udała.

Słońce też jest gwiazdą to przede wszystkim niesamowite rozczarowanie, bo dosłownie wszystko mogło się tu udać, ale chyba nikt nie mierzył na to zamiarów i nie udało się nic. Wielka strata czasu i ekranowa fuszerka. Jak mamy traktować poważnie dzieło w którym nawet muzyka zdaje się być wmontowana za pomocą programu Windows Movie Maker?


1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.