“Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Historia zna wielu artystów, którzy po próbach podbicia swojej niszy, skierowali wzrok w stronę dużego ekranu. Jednym z nich jest David Lynch, który mimo bycia filmowcem spełnionym w wydawałoby się każdym calu, wciąż nazywa swoje produkcje obrazami. Za Make Me Up również stoi artystka, ale z zupełnie innego pokolenia niż Lynch. Z pokolenia, które od początku mogło bawić się formą multimedialną, co przejawia się w umiejętności przekazania przez jego autorkę pewnych wartości. 

Make Me Up to film, którego fabuła jest rozpisana w sposób mądry i przemyślany. Główną bohaterką jest Siri, która pewnego dnia budzi się w nieznanym jej miejscu – wypełnionym pastelowymi wnętrzami i wszechogarniającą słodkością, co nie pasuje jednak do ogólnie panującej tam atmosfery. Szybko okazuje się, że Siri jest tylko jedną z kilku dziewczyn, które będa musiały spędzać tam swoje dni i noce pod batem i czujnym okiem nadzorczyni. Wszystko po to, by zrobić z nich „dobre dziewczynki” (eng. good girls).

Każda ze scen filmu ma feministyczny wydźwięk i choć tematy omawiane przez reżyserkę są bardzo ważne, ta podchodzi do nich nie tyle z dystansem, co z dużym uśmiechem. Satyra sprawia, że podczas seansu nasze kąciki ust zawieszone są na polikach, ale oprócz tego popycha nas do myślenia. Symbolika z której korzysta Maclean nie wymaga niesamowitej gimnastyki intelektualnej, ale pozwala nam na kreatywność i przypisywanie wybranych przez nas znaczeń do poszczególnych scen… 

… A najlepsze w tym jest to, że to naprawdę działa. Make Me Up ma oczywiście pewne nienanaruszalne fundamenty i własne założenia, ale póki kręcimy się w obrębie kobiecości oraz feminizmu, wyjdziemy z seansu nie tylko z pełnym uczuciem satysfakcji, ale też z nowymi spostrzeżeniami lub niemalże superbohaterskim zaostrzeniem zmysłów na pewne zjawiska społeczne.

Tak, jak i Lynch nie szczędzi swoich zasobów kreatywności podczas stania za kamerą nowych produkcji, tak też nie robi tego Maclean, która w Make Me Up zastosowała wiele ciekawych zabiegów, które łatwo mogą umknąć naszym uszom i oczom. Ja radzę szczególnie wyostrzyć ten pierwszy narząd. Mimo tego, że miałam okazje zobaczyć film w domowych warunkach wiele głosowych cameos mi umknęło. Na pewno znajdą je wszyscy Ci, którzy interesują się historią feminizmu, ale i… sztuką, bo to właśnie nią żyje Make Me Up. Główna antagonistka przemawia do nas kwestiami Kennetha Clarka (co warto podkreślić – DOKŁADNYMI kwestiami oraz głosem narratora z serialu Civilisation). Kobiety zaś zachęcane są do walki o wygląd zgodny z klasycznym kanonem piękna, a my obserwując je z dystansu możemy myśleć tylko o tym jak bezcelowy jest to precedens. 

Stając oko w oko z Make Me Up, mierzymy się z produkcją, która lubi bawić się widzem, ale często robi to w sposób zbyt wymuszony. Oglądając tę (naprawdę udaną) produkcję miałam wrażenie, że mimo wspaniałego rozplanowania filmu (zarówno zdjęcia, jak i kostiumy czy scenografią są świetne) na swoich kolanach miała jedynie hasło – koncept całej produkcji oraz jej szczątkowy scenariusz. Zakończenie nie rozbrzmiewa tak jak powinno i na naszych ustach zostawia posmak goryczy. Szczególnie dlatego, że przez długi czas naprawdę czaruje widza i wciąga go do swojej diegezy. To smutne, gdy finalnie nic się nie rozwiązuje, a klamra filmu jest tak bardzo szczegółowa (czyli tak mało szczegółowa), że nawet i widz mógłby ją sobie sam zatrzasnąć.

Make Me Up mierzy wysoko i mimo licznych przeciągniąć doskakuje do postawionej przez siebie poprzeczki. Mimo wszelkich niesmaków, film finalnie pozostawił we mnie głównie odczucia pozytywne i sprawił, że nawet po kilku dniach od seansu wciąż zastanawiam się nad swoja interpretacją kilku z wątków.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.