PublicystykaTEMAT MIESIĄCA 05/20Zestawienia

Czas na zmianę – aktorskie redefinicje w filmach A24

Martin Reszkie

Przychodzi czas w karierze każdej aktorki czy aktora, gdy wszystkie propozycje zlewają się ze sobą. Postaci mające zbyt wiele punktów stycznych, by można było uznać je za ciekawe czy wnoszące coś nowego do portfolio, czy kinematografii w ogóle. Wszystko wskazuje na to, że czas na zmianę.

Czy receptą na wszelkie zło jest wejście w świat, może i mniej opłacalnego, ale zawodowo rozwijającego kina artystycznego? Czy próba walki z artystycznym marazmem, latami zaszufladkowania ma w ogóle sens? Filmy ze stajni A24 udowadniają, że ta walka nigdy nie zostanie przegrana.


Toni Collette jako Annie w Dziedzictwo. Hereditary, reż. Ari Aster


„Dziedzictwo. Hereditary”, mat. prasowe

To nie jest tak, że Toni Collette jest słabą aktorką i nigdy tak nie było. Wręcz przeciwnie – Australijka już teraz ma prawo określić się jako osobę zawodowo spełnioną, której wiele ról w mniejszych, jak i większych obrazach można uznać za metal szlachetny najwyższej próby. Takie produkcje jak Mała miss oraz Wszystkie wcielenia Tary (Złoty Glob za rolę w serialu komediowym) udowadniają, że Collette nie boi się emocji, nie boi się aktorskiego klinczu i komediowo-dramatycznego świata.

Jednak to właśnie rola w Hereditary pozwoliła przypomnieć światu o jej talencie oraz skrywanej nucie szaleństwa w jej płaczu. To właśnie zostanie niekoronowaną królową tzw. nowej fali horrorów (kwestia sporna) na nowo napędziło jej karierę.

I w żadnym wypadku nie powinno to nikogo dziwić. Obłęd, przerażenie, rozpacz, tęsknota i nadzieja pojawiały się na jej twarzy symultanicznie, a gdy z czasem film przyśpieszał jeszcze bardziej, tym Collette mocniej dociskała pedał gazu. Nigdy wcześniej nie widziałem większej kradzieży podczas Oscarów niż brak statuetki – lub chociaż nominacji – dla niej za rolę w debiucie Ariego Astera.

 


Colin Farrell jako David w Lobster, reż. Jorgos Lantimos


„Lobster”, mat. prasowe

Buntownik, charyzmatyczna wolna dusza, irlandzkie złote dziecko w Hollywood. Właśnie taką osobą przez lata był Colin Farrell. Nie zmienił tego Złoty Glob w 2008, nie zmieniła tego dywersyfikacja ról przez niego wybieranych. Z czasem jednak w tej maszynie zabrakło pary. Wyniki finansowe jego produkcji bezlitośnie zaczęły pokazywać, że irlandzki zawadiaka stracił siłę przebicia i potrzebną dla blockbusterowego aktora popularność. Colinowi nie pozostało nic innego niż kolejny eksperyment, by na nowo udowodnić światu, że aktorem jest nie tylko z zawodu.

To właśnie dzięki temu wyzwaniu, które Farrell przed sobą postawił, dostaliśmy Davida. Lekko otyły, ze staroświeckim i odrobinę zabawnym wąsem i wzrokiem pełnym smutku i nieznośnej samotności, pomimo życia w świecie, w którym samotność jest zakazana. Wewnętrznie nieokreślony, mający sprzeczne odczucia względem otaczającej go rzeczywistości nie potrafi dopasować się mimo pewności swojego losu w wypadku porażki.

Przeczytaj również:  Absurd, absurd i jeszcze raz nauka. Duet seriali o (słabych) UCZELNIACH

Colin Farrell w tej niezwykle wyciszonej roli wyciągnął wszystkie pokłady talentu, by małe gesty, delikatne spojrzenia i ruch ciała mówiły wszystko. Czas pokazał, że ta wiktoria okazała się jednym z powodów, dzięki którym jego nazwisko wróciło do mainstreamowej rzeczywistości, a lukratywne oferty na nowo wpływają na biurko jego agenta.

 


Selena Gomez i Vanessa Hudgens jako Faith i Candy w Spring Breakers, reż. Harmony Korine


Selena Gomez i Vanessa Hudgens, mat. prasowe

Teraz chyba najbardziej oczywista zmiana spośród te listy. I nie ma co się temu dziwić. Gwiazdeczki Disneya. Nawet dzisiaj, dekadę po High School Musical czy Czarodziejach z Waverly Place, wszyscy pamiętamy ich młodziutkie, roześmiane twarze w cukierkowej rzeczywistości stworzonej przez Myszkę Miki.

Chociaż sam film Harmony’ego Korine’a jest raczej czynnikiem polaryzującym wśród dyskutujących o filmach kinofilach i kinofilkach, to nie można ówczesnej ukochanej Justina Biebera oraz buntowniczej Vanessie odmówić kreatywności. Satyryczna impreza, pośrodku której tańczą biusty oblane każdym rodzajem alkoholu, na bokach stają palący każdy rodzaj szajsu, jaki da się kupić, a gdzieś w tle dochodzi do kradzieży, rabunków i wymuszeń. Przegięte do granic możliwości, kompletnie nieodpowiedzialne i nad wyraz przepełnione popkulturowymi sloganami, głupotami młodości czy też czystą młodzieńczą odwagą.

Z perspektywy czasu można zatem ocenić tę wiosenną eskapadę dwójki pań. Selena była jeszcze w trakcie disneyowskiego etapu swojej kariery, lecz na samym jej końcu. Czy miało to związek z niezwykle odważnym obrazem Korine’a? Tego raczej nigdy się nie dowiemy, ale pewnym jest jedno — czarodziejska Alex przynajmniej na chwilę pokazała się z innej strony. A Vanessa? Gabrielą Montez już dawno nie jest, co stara się udowodniać od lat.

 


Scarlett Johansson jako Laura w Pod skórą, reż. Jonathan Glazer


„Pod skórą”, mat. prasowe

Po ponad dekadzie bycia jedną z twarzy marvelowego parku rozrywki, zapominamy o tym, że Scarlett Johansson nigdy nie była typową aktorką, którą znamy jedynie z komedii romantycznych. Daleko jej jednak było do bezimiennej postaci, bezlitosnej femme fatale i mrocznej morderczyni w jednym, której ciało ciosał sam Stwórca.

Nawet pomijając surową nagość, którą Johansson wita widzów, postać wykreowana przez nią kusi niewymownym półsłowem, nieumiejącym wydostać się z gardeł mężczyzn witających się z unicestwieniem. Magnetyzuje ciepłem wzroku i chłodem duszy pozbawionej sumienia. A sam film nudzi i rozkochuje w sobie naraz, niczym najlepsza pizza z ananasem.

Przeczytaj również:  Muzyczne rekomendacje: Kwiecień 2020

Scarlett przewodzi tej idyllicznej eskapadzie po zapomnianych zakątkach Szkocji. Co ważne – nie zatraca się, ani nie odpływa w autoparodystyczne rejony. Buduje napięcie, a przed wodzem piętrzy się wyśniona groza, najpiękniejszy filmowy koszmar.

 


Robert Pattinson w filmach: The Rover, reż. David Michôd, Good Time, reż. bracia Safdie oraz Lighthouse, reż. Robert Eggers


Robert Pattinson przez lata

Edward Cullen ze Zmierzchu? Nigdy więcej!

Niezależnie od wydania, w jakim się prezentuje, Pattinson buduje interesujące postacie, angażując się w nie całkowicie. Czy to w niezwykle intensywnej relacji z Guyem Pearcem w The Rover, czy w psychotycznym szaleństwie na szczycie latarni. Robert wyciągnął z siebie pokłady niespotykanej ekspresji, nieustannego pędu.

Będący w nieustannej walce o pozbycie się łatki wampira z młodzieżowej serii Pattinson, oddaje się w ręce twórców o wielu twarzach i różnych wrażliwościach. Każdy z nich wyciąga z niego coś innego, rozwijając go i udowadniając nam, że Zmierzch był tylko wypadkiem przy pracy, jedynie szansą na dorobienie.

Nie ma znaczenia, czy spotkacie go na pograniczu szaleństwa, pogrążonego w panicznym biegu przed już dawno znanym wyrokiem czy finalnie podczas pijackiego obłędu – zobaczycie popis umiejętnej szarży i hamulce, pozwalające wybrzmieć grozie spojrzenia, fali emocji.

 


Adam Sandler jako Howard Ratner w Nieoszlifowanych diamentach, reż. bracia Safdie


– This is how I win. – „Nieoszlifowane diamenty”, mat. prasowe

Pozbawiony życia, flegmatyczny, zbyt rzadko zabawny. To archetyp komediowej strony Adama Sandlera od wielu lat. Nawet jeśli przytrafi mu się rola w projekcie o nie komediowym rodowodzie, Sandman wciąż gra na nucie frustrata, będącego w trakcie rozczarowania swoją kolejną już młodością.

Tym większe zatem zaskoczenie dla każdego fana aktora, gdy ogląda się jego popis w Uncut Gems. Wiecznie nienasycony, spragniony adrenaliny, pogrążony w maniakalnym pędzie, którego serce pompuje krew do umysłu dwa razy szybciej niż zwyczajnym śmiertelnikom.

Sandler prezentuje swoją dotychczas najlepszą rolę – przesiąkniętą złem i całkowitą negacją moralności. Ukazującą spustoszenie, jakie w życiu wywołuje hazardowy nałóg, lecz pomimo tego, nieustannie starającą się wyrwać dla siebie jak najwięcej. Howard Ratner jak szczur stara się z cudzego odłożyć coś dla siebie, jak rottweiler walczy o utrzymanie się na powierzchni.

Czy ta rola pozwoli Adamowi na stałe wejść do grona szanownych artystów? Obawiam się, że nie. Na szczęście Adam Sandler to wciąż ten sam Sandler. Pomimo bólu, z jakim oglądamy kolejne taśmowo wypuszczane przez niego komedie, za jakiś czas znowu odpali petardę w naszych dłoniach.

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.