Zgniłe uszy

“Zgniłe uszy”, a pomiędzy nimi pomysł na bezpieczny start [RECENZJA]

Wiejska droga jak każda inna. Mijane domy takie, jak każde inne. Małżeństwo z dwuletnim stażem przyjeżdża do Henryka – specyficznego terapeuty, którego unikatowe metody mają pomóc im w ułożeniu związku na nowo. I chociaż wiedzą, co ich może czekać, i tak nie są gotowi by stawić czoła angażującym metodom samotnego pana w średnim wieku. Z pomocą przybędzie także druga para, doświadczona w tego rodzaju terapii: Filip i Salome. Tak, dostaliśmy w twarz imieniem-symbolem.

Już od początku atmosfera sugeruje wzajemne niezrozumienie. Godzinne spóźnienie przerzucane sobie z ręki do ręki przez małżonków, wprowadza nas w świat wzajemnych oskarżeń, niewypowiedzianych emocji i pretensji. Później także nie dostaniemy nawet chwili wytchnienia. Niekonwencjonalne, frustrujące pytania i angażujące zadania proponowane przez Henryka zdzierają z małżonków ich tarcze, osłony i blokady. Obserwujemy więc wiwisekcję związku, którego ogień się wypalił, w którym chęć bycia obecnym zamieniła się w rutynę i przyzwyczajenie.

Zgniłe uszy
“Zgniłe uszy” reż. Piotr Dylewski

Co rusz na wierzch wypływają dawno zapomniane wyrzuty czy głęboko ukryte urazy. Nie są one jednak całkowicie oderwane od naszej rzeczywistości czy charakterystyczne tylko i wyłącznie dla Marzeny i Janka. Każdy może obejrzeć się w nich jak w lustrze i dostrzec to, co sobie nawzajem wskazują. Reżyser (Piotr Dylewski) nie boi się wziąć swoich bohaterów na kozetkę oraz wprost wskazać ich błędy.

Zobacz także: Camping z gościnnym udziałem Godzilli

Henryk, będący niejako reżyserem terapii, daje im okazję do walki pomiędzy sobą, podpuszcza ich, by zadawali ważkie pytania i wzajemnie się porozumiewali. Formuje on otoczenie jemu poddane, pracujące pod jego opinie, jego punkt widzenia i udowadniające jego teorie.

Zgniłe uszy mocno są zakorzenione w otaczającej nas rzeczywistości. W świecie, w którym łatwiej wyleczyć ciało niż umysł. I paradoksalnie w świecie przepełnionym szarlatanami, wyznawcami „naturalnych” metod leczenia czy innych antyszczepionkowców. Twórcy igrają z tym wizerunkiem, wiedząc że to fabularny ślepy zaułek. Starają się pójść odmienną drogą, która coraz bardziej przypomina ścieżki wydeptane przez innych.

Oczywiście, ośrodek terapeutyczny dla par na wsi prowadzony przez spokojnego mężczyznę po pięćdziesiątce to nie jest najoryginalniejszy pomysł na film. Mimo wszystko, przy odpowiednim rozłożeniu akcentów oraz przychylnym nastawieniu, można się było pokusić o określenie Zgniłych uszu projektem świeżym i mającym coś własnego do zaoferowania.

Zobacz także: Recenzję „Cataliny”

Czymś innym jest jednak intrygująco rozpocząć a dobrze skończyć. Zupełnie niepotrzebne motywy zapożyczone z innych i lepszych produkcji ciągną w dół ten interesujący debiut. To nie zmienia jednak tego, że Dylewski przez całą godzinę trzyma w ryzach aktorów, jak i bohaterów przez nich odgrywanych. Tak samo dobrze, a może nawet lepiej kreuje przestrzeń i wykorzystuje ją, przyciągając widzów nie tylko treścią, ale także formą.

Zgniłe uszy
“Zgniłe uszy” reż. Piotr Dylewski

Przy coraz dłuższych filmach w kinach, Zgniłe uszy zaskakują swoim 60-minutowym formatem. Wiąże się to z oczekiwaniem widza, by każda z tych minut została odpowiednio wykorzystana. Czy tym razem właśnie tak się stało? Niestety tylko częściowo. Obiecujący początek, intensywny drugi akt oraz wtórny i rozczarowujący finał dają obraz debiutu udanego, lecz nie bezbłędnego. Nie mogę tego tekstu skończyć inaczej – będę śledził przyszłość Dylewskiego.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.