„Between Two Ferns: Film” [RECENZJA]

Niezręczność i skrępowanie to najlepsze słowa, którymi potrafię opisać większość z nieco ponad dwudziestu odcinków legendarnego już show t e g o  g o ś c i a z The Hangover. Ktoś ważny postanowił dać nam jeszcze więcej zażenowania, a przez więcej mam na myśli osiemdziesięciodwuminutowy film zawieszony pomiędzy paprotkami.

Zmuszony przez Willa Ferrela do wyjścia ze studia w Północnej Karolinie i nagrania dziesięciu odcinków Between Two Ferns. Przyparty do muru komik zabiera swój skarb – paprotki i rusza w trasę. Do pomocy ma oczywiście zespół wiernych kompanów, którzy zrobią wszystko, by wraz z nim wyjść z internetu i trafić do telewizji – synonimu splendoru i ukoronowania kariery.

Zach Gafilinkakis stanął przed wyzwaniem wyciągnięcia maksimum z trwających nie dłużej niż sześć minut filmów pełnych ciszy i konsternacji. Wraz ze Scottem Aukermanem ubrał otoczkę niskobudżetowego talk showu w pierwszą lepszą historię o szansie jednej na milion. Idą za tym zmiany czysto strukturalne – nie obserwujemy już jedynie zlepków kolejnych odcinków show z paprotkami w tle.

Nie ma w tym nic dziwnego. Nawet najwspanialsze show w historii internetu byłoby niestrawne podczas osiemdziesięciodwuminutowej sesji binge-watchingu. Świadomość tę ma Aukerman, traktujący flagowy produkt swojego filmu jako swego rodzaju dodatek; istny creme de la creme całej zabawy. Chociaż stanowi on istotę i koło zamachowe historii, twórcy dawkują nam to, co najlepsze. W świetny sposób całą tę grę spaja road movie, którego schemat droga-przystanek-droga-przystanek idealnie komponuje się ze schematami wtłoczonymi przez Galifianakisa.

Zach Galifianakis sprawdzający, czy rzeczywiście od dekady siedzi przy tych samych paprotkach w filmie „Between Two Ferns: Film”
Zobacz także: Recenzję „Ikar. Legenda Mietka Kosza”

Niestety, tam, gdzie pojawiają się schematy, tam także pojawiają się problemy. Z czasem nawet najbardziej udane żarty i żarciki miękną i odsłaniają przed widzem fakt, że to wszystko jest odrobinę zbyt ubogie. I w chwili, gdy wytwórniana nazwa Funny or Die coraz niebezpieczniej dla całej produkcji zbliża się w kierunku śmierci z nudów, następuje przełom.

To niezwykłe, jak wiele dać może jedna scena. Ta jedna scena, która ubogaca film na tyle, że przestaje być pretekstowym tworem a opowieścią goniącego za marzeniami wyrzutka, który chce osiągnąć czegoś więcej. Fasada, za którą skrywa się prawdziwy Zach ustępuje i możemy spojrzeć w sedno jego komedii. Przez tak wiele lat uprawiał komedię opartą byciu pośmiewiskiem, lecz teraz pragnie czegoś, dzięki czemu spełni się nie tyle zawodowo, co po prostu poczuje, że widzowie wreszcie śmieją się z nim, a nie z niego.

Wydaje mi się, że nie każdy zgodzi się tutaj ze mną. Zrozumiem, jeśli dla kogoś to zbyt mało, by z miejsca nazwać Between Two Ferns dobrym filmem. To jasne, że jego wady potrafią być przytłaczające. Fabularna oszczędność, przezroczystość postaci innych niż Zach czy po prostu specyfika humoru Galiamatiasa stanowią wręcz niezbijalne wady całego przedsięwzięcia z paprotkami. Nie można mu odmówić komediowego polotu i inscenizacyjnej werwy, a jednak wiele wstawek nie klei się ze sobą.

Zach Galifianakis o tym, co najbardziej kocha we Włoszech.
Zobacz także: Klasykę z Filmawką

Jedną z takowych wstawek jest jedyny i niepowtarzalny Will Ferrel. Na szczęście niepowtarzalny, bo naprawdę przykro patrzeć na to, co od jakiegoś czasu wyprawia, przyprawiając widzów o ból zębów. Niestety, i tym razem daje popis beznadziejnego humoru rodem z ulubionej komedii twojego wujka, który na urodzinach zawsze żenuje wszystkich opowiadając najgorsze żarciki, na jakie stać jego wyobraźnię. Szkoda także mockumentaryzmu filmu, chwilę po przedstawieniu zostaje odstawiony na boczny tor. Pozostawia po sobie jedną z najlepszych scen, która, chociaż krótka, świadczy o niezwykłej przebiegłości i wyczucia farsy, tak bardzo uwielbianej przez Galafinaskisa.

To właśnie te detale sprawiają, że Between Two Ferns to film ledwie aspirujący do komediowej wybitności. Dla miłośnika oryginalnego show pojawiającego się na YouTube seans to przygoda pełna komicznych ekscesów oraz trudnych pytań. Niestety, nie jest to zabawa dla każdego. Obawiam się także, że nie przekona postronnych widzów. Zbyt wiele tutaj wad, zbyt wiele scenariuszowego niechlujstwa. Dla mnie nie ma to znaczenia. Liczy się to, że tego jednego wieczora, pośród paproci usiadła gwiazda i (nie)śmieszny brodacz.

4/5
]


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.