„Kto tam?” (2015) czyli Keanu z widelcem w barku [CAMPING #39]

Evan Weber to niezwykły człowiek. Oddany mąż, przykładny ojciec, utalentowany projektant, były muzyk. Wciąż dba o formę, nie zapominając o rodzinnych obowiązkach. Jest wspaniałą osobą, a twarz Keanu Reevesa jedynie dodaje mu rozwagi, uczciwego spojrzenia oraz zniewalającego uśmiechu. Gdy jednak małżonka z dziećmi spędza czas na plaży, a on w domowym zaciszu stara się popalać trawkę, dwie piękności wywrócą jego życie do góry nogami.

Eli Roth dobrze wiedział czyją twarz nadać facetowi zupełnie niepotrafiącemu poradzić sobie z dwójką napastujących go dziewcząt. Aktorska nieporadność oraz kompletnie chybione szarże dodają tej kiczowatej eksplozji dodatkowych smaczków. Mogę porównać to jedynie do uczucia, w którym oglądanie jakiegokolwiek filmu z Keanu powoduje zatrzymanie się świata. Sekundy i minuty mijają wolniej, ludzie krążą po świecie w zwolnionym tempie, a glob jakby nieco wolniej obraca się wokół Słońca.

Już Death Game, pierwowzór filmu Rotha balansował na krawędzi kina eksploatacji. Tytuł ten powinien pojawić się w większości rankingów miłośników krwawej i bezwstydnej zabawy kinem i grozą. Autor osławionej Dumy Narodu zupełnie puszcza wodze fantazji i w akompaniamencie krzyków, jęków, błagań i wrzasków naszej kanadyjskiej gwiazdy nie pozwala nikomu odpocząć.

Keanu Reeves uczesany na Marka Mostowiaka w filmie „Kto tam?”
Zobacz także: Recenzję „Grety”

Atakowany przez dwie, ociekające seksapilem dziewczyny, biedny Keanu nie potrafi się oprzeć. Operujący na wielu płaszczyznach film, igrający z motywem mężczyzny, który nie może być ofiarą, a jedynie obiektem seksu-niespodzianki bawi niezależnie od tego, czy reżyser próbuje nam wcisnąć jakąś z konwencji, które wpisał do scenariusza.

A jak na TAKIE przeżycia, mamy okazję zobaczyć całkiem sporo. Kino familijne ewoluujące w horrorowo-erotyczną pulpę o thrillerowym posmaku w ciągu kwadransa, to kwintesencja tej próby upchnięcia wszystkiego w stu minutach rozwleczonej agonii Keanu. W rękach niepewnego własnych umiejętności rzemieślnika, cały obraz zapadłby się. Nikt jednak nie zostaje twórcą filmu w filmie Quentina Tarantino za piękne oczy – Eli Roth całkowicie nie panuje nad tym chaosem, jednak utrzymuje on odpowiednie tempo, napięcie i humor wynikający z absurdalności poszczególnych sytuacji.

Trudno jednak określić to, czy sam film można uznać za udany. Jeśli wziąć go śmiertelnie poważnie, jest to kawałek czerstwego i pozbawionego większego sensu kina. Gdyby jednak pójść w stronę campu, kiczu i zabawy, nasuwa się pytanie o to, do kogo sam twór został skierowany. Nie wystarczy włożyć w usta Reevesa ponad setki fucków by spełnić oczekiwania widzów oczekujących czegoś mocniejszego aniżeli to, co można zobaczyć po godzinie 22 na pierwszym lepszym kanale telewizyjnym.

Kadr z filmu „Kto tam?”
Zobacz także: Recenzję dokumentu „Pavarotti”

Niezależnie od wszystkiego, od tego, czy uzna się Kto tam? za arcydzieło kiczu i czarnego humoru, czy za niezwykle beznadziejny szajs, trzeba oddać twórcom fakt, że potrafili sprawnie wpleść wątek dzisiaj będący co najmniej gorącym kartoflem. Straszenie głównego bohatera oskarżeniem go o pedofilię, molestowanie czy gwałt przez nadzwyczaj skąpo ubraną nastolatkę może i nie miało takiego impaktu w dniu premiery co dzisiaj, w erze MeToo, ujawniania kolejnych molestujących i siatek chroniących ich interesy.

Coś tak ważkiego w tak niejednoznaczym pod względem jakości obrazie jest wręcz ewenementem. Nie dajmy się jednak zwieść. Tu nie chodzi o badanie zjawiska politycznej poprawności, nie chodzi nam o przenikanie kolejnych warstw społecznych przekazów. Tutaj chodzi o frajdę wynikającą z tego, jak cudowna, naturalna i niezwykle błyskotliwie przedstawiona Bel (Ana de Armas), wraz z przyjaciółką Genesis (Lorenza Izzo) znęcają się nad najmilszym gościem w branży, swoistym naszym człowiekiem w Hollywood. Wielopłaszczyznowe żarty i żarciki pojawiające się przed, w trakcie jak i po losie jaki przyniosła darmowa pizza do domu Weberów, wyłącznie nadaje całości wymiaru przemyślanego, w niektórych miejscach spalonego lecz wciąż zabawnego żartu, który opowiada nam Eli Roth za pomocą krzyków, jęków, błagań i wrzasków Keanu Reevesa.


4/5

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżamy czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.