NetflixRecenzjeSeriale

„Przeklęta” – i do tego niezbyt ciekawa [RECENZJA]

Martin Reszkie
Fot.: materiały prasowe

Zmagania z tak wyświechtaną przez popkulturę tematyką, jak legendy arturiańskie, wymagają nie lada kreatywności. Przedarcie się chociażby przez część produkcji o arturiańskiej tematyce, także może okazać się problemem nie do przeskoczenia. Nawet gdyby odhaczać jedynie pozycje powstałe w XXI wieku. Tym większe więc wyzwanie stało przed Frankiem Millerem i Tomem Wheelerem, którzy podjęli się stworzenia dla Netflixa serialu Przeklęta. Opartego na ich książce, mającej premierę w październiku 2019 roku.

Tworzenie zarówno serialu, jak i książki, prawie zbiegło się w czasie. Oznacza to, że Przeklęta była prawie na ukończeniu, gdy wersja literacka pojawiała się w księgarniach. Czy to dobrze, czy źle – nie mnie osądzać. Jednakowoż, widza interesuje tylko produkt finalny. Ten niestety nie jest wart poświęcenia mu swojego czasu. Zacznijmy jednak od początku.

Nimue stara się wieść spokojne życie pośród swoich pobratymców. Nie rzucać się w oczy, nie nosić na sobie żadnego brzemienia nadanego jej przez nikogo, poprzez własne decyzje kontrolować drogę swojego żywota. Cała jej wizja spokojnej przyszłości, co jakiś czas jest podkopywana przez uprzedzonych do jej mocy rówieśników. Podczas jej próby ucieczki, Czerwoni Paladyni, krwawa ręka boskiego Kościoła, mieczem i ogniem plądrują jej osadę. Nimue otrzymuje wówczas od swojej matki, najwyższej kapłanki Feyów, tajemniczy miecz i instrukcję, by oddać go Merlinowi.

Fot.: materiały prasowe

Ten nazbyt skomplikowany wstęp oddaje większość problemów, jakie miałem z Przeklętą. Po pierwsze – pomimo interesującego rysu świata przedstawionego, nieustanna plątanina imion, plemion, ras, rodów, frakcji i wyznań, miesza się wraz z ciągłą obietnicą jakiejś rozwałki mieczem czy buzdyganem. Netflix ponownie starał się stworzyć dla siebie, kolejną już, wersję sukcesu na miarę Gry o Tron. Zapominając o tym, jak serial HBO zaczynał. Oczywiście Pieśń Lodu i Ognia bohaterów także ma bez liku, jednak ich miejsce na ekranie było zdecydowanie lepiej zorganizowane. Pewne jest przecież, że najważniejsze postacie otrzymują najwięcej czasu z widzem.

Przeczytaj również:  Prezentujemy fragment "Misji Greyhound"

Miller i Wheeler zagubili się w swojej próbie ukazania różnorodności punktów widzenia. Przeskakują z jednego obozu do drugiego, a następnie wprost do trzeciego i czwartego. Szczególnie cierpi na tym druga część sezonu, całkowicie przeładowana wydarzeniami i spodziewanymi niespodziankami.

Drugi raz Przeklęta wpadła w tarapaty, w które wplątali się także twórcy Wiedźmina. Nieporządek panoszący się w fabule oznaczał dla Geralta potężny kryzys tożsamościowy. Nie tyle dla bohatera, co dla całego serialu, którego scenarzyści nie potrafili zdecydować się na to, co chcą w ogóle stworzyć. Nie inaczej było i tym razem. Dobrze widać wszystkie funty wydane na produkcję – rekwizyty, postprodukcja i sztuczna krew. Nie da się zauważyć jednak spójnego pomysłu. Czegoś, co można by określić jako moment definiujący cały serial, czy też będący w stanie zredefiniować arturiańskie baśnie.

Fot.: materiały prasowe

Pomimo dość interesujących wyborów narracyjno-castingowych, takich jak ukazanie legendarnego Artura jako czarnoskórego wyrzutka lub głośno reklamowane stwierdzenie, jakoby to wyjątkowy miecz miał wybrać kobietę, większość pary poszła w gwizdek. Przyznać muszę na samym początku rację. Artur grany przez niemrawego i pozbawionego charyzmy Devona Terrella, broni się na wielu płaszczyznach. Jest jednym z niewielu bohaterów siłującym się ze swoim losem. Jedynym walczącym o coś więcej niż kolejne puste, patetyczne frazesy w ustach postaci o motywacjach większych niż najwyższe mury.

Więcej takich postaci niestety nie spotkamy podczas dziesięciogodzinnej przygody z Przeklętą. Pojawiające się indywidua to zwykle zlepek kilku cech, napisane ręką raczej średniej jakości scenarzystów. Postawione niczym woskowe figury, bezosobowe, zimne i nudne po krótkiej chwili obcowania. Merlin, magiczny pijak, to w interpretacji Gustafa Skarsgårda ledwie marna imitacja Flokiego z Wikingów. Mająca stanowić trzon całej opowieści Nimue, zbyt często zostaje odstawiana na bok. Jej relacja z magicznym artefaktem w postaci miecza (w domyśle Excalibura, jednak takie określenie nie pada), zostaje raptem naszkicowana i także odrzucona na boczny tor.

Przeczytaj również:  "Góry szaleństwa", czyli kolorowy Lovecraft [RECENZJA]

To mój największy zawód. Serial promowany określeniem „A gdyby miecz wybrał królową?”, jednocześnie odrzucający jakikolwiek wybór ze strony sił nadnaturalnych. Można określić to tylko i wyłącznie zakpieniem z odbiorcy. Chociaż samo hasło jest, jak najbardziej, niezwykle chwytliwym sloganem. Wprawdzie jedna z pierwszych sekwencji premierowego odcinka, w naciągany, ale jednak jakiś tam sposób, próbuje się wybronić. Jednak nie wydaje mi się, by tak powinna wyglądać promocja produkcji poważnego gracza na rynku streamingowym.

Fot.: materiały prasowe

Mnogość wad domyka niezwykle mierna reżyseria. Niedoceniana kwestia w serialach w ogóle, ale wciąż niezwykle ważna. Kwartet reżyserów i reżyserek to osoby doświadczone, jednak co najwyżej solidne, nie mające styczności z produkcjami za duże pieniądze i z wielkimi oczekiwaniami.

Na szczęście nie jest tak, że Przeklęta to całkowita klęska. Żaden z dziesięciu odcinków się nie dłuży, a wszystkie zachowują w miarę podobny poziom pod względem jakości.  Sporą frajdę daje wyszukiwanie oryginalnych bohaterów arturiańskich opowieści, pośród zmienionych imion czy innych pomysłów na nie. Cierpliwi znajdą Lancelota, Morganę, Parsifala i kilka innych imion oraz będą mogli je zestawić z tworami o podobnej tematyce z ostatnich lat: Przygodami Merlina czy Królem Arturem autorstwa Guya Ritchiego.

Nieco nieoczekiwanie, Katherine Langford stanęła na wysokości zadania, mimo niewielu możliwości do wykazania się. Problem w tym, że wszystko wygląda na to, iż sezon drugi, w którym Australijka potencjalnie mogłaby rozwinąć skrzydła, nawet jeśli powstanie, to nie zapowiada się na porywające widowisko. Dlatego jeśli ktokolwiek z was zastanawia się, czy po klęsce Wiedźmina warto kolejny raz zaufać Netfixowi, to muszę przyznać: trudno powiedzieć. Jeżeli szukacie dla siebie kolejnej opowieści z gatunku miecza i magii, możecie zaryzykować. Jeśli jest inaczej – Przeklęta to strata czasu.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Przygody Merlina, Król Artur: Legenda miecza

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.