„Świat w ogniu” – niestety, płonie tylko Amazonia [RECENZJA]

Gerard Butler to aktor, którego z łatwością można przypisać do umierającego od dawna “męskiego” kina klasy B. Niespecjalnie dziwi więc to, że jego charakterystyczny szkocki akcent słyszymy niezwykle rzadko w kinach. Nie tyle dlatego, że gra w jednym filmie co kilka lat, a przez mizerię w jakiej taplają się produkcje sygnowane jego nazwiskiem.

Z ogromnym wręcz zdziwieniem, po zeszłorocznej klęsce finansowej Oceanu ognia (Hunter Killer), przecierałem oczy ze zdziwienia na sali kinowej, zmierzając po schodach by zająć swoje ulubione miejsce. Z niedowierzaniem byłem świadkiem kredytu zaufania, który otrzymała twarz co najwyżej miernej serii tytułowanej kolejnymi rzeczownikami stojącymi w ogniu.

Mogę z całą pewnością stwierdzić, że odebrałem cenną naukę dotyczącą nieskreślania nazwisk uważanych za względnie słabe. Ale nie tylko ja się czegoś nauczyłem. Mam wielką nadzieję, że reżyser Ric Roman Waugh podczas tworzenia Świata w ogniu poznał wiele interesujących technik filmowego rzemiosła. Piszę to z czystego serca i bez złośliwości, bo okazało się, że może i nie najlepszy na świecie, ale wprawny rzemieślnik nagle stał się idącym na ślepo wariatem, który wraz z operatorem nie potrafi dobrze sfokusować połowy kadrów w filmie.

Zacznijmy jednak od początku. Mike Banning, po 6 latach od pierwszego filmu bardzo się zmienił. Odrobinę przybrał na wadze, jego wzrok bardziej się przytępił, a migreny spowodowane urazem kręgosłupa odbierają mu smak życia rodzinnego jak i zawodowego. Niestety, chroniąc Prezydenta USA nie można przyznawać się do słabości. Pech chciał, że to właśnie ten moment chwilowej dezorganizacji nieokreślony antagonista wybrał na atak.

Kadr z filmu „Świat w ogniu”

Zobacz także: Nasz wywiad z Rafałem Zawieruchą

Gwałtowny zamach rozbił Secret Service. Prezydenta wysłał na łóżko szpitalne w stanie śpiączki, a Banning jest jedynym podejrzanym. Dzielny i honorowy pracownik służb postanawia uciec, by znaleźć prawdziwych sprawców oraz oczyścić swoje imię. Brzmi znajomo? Być może. Czy gdzieś to już widzieliśmy? Niezliczoną ilość razy. Czy tym razem ktoś nas zaskoczy czymś wychodzącym poza schemat? Oczywiście, że nie.

I właśnie dlatego nowy film Gerarda Butlera ma szansę stać się ulubionym filmem każdego, tęskniącego za czasami, w których mordobicie i pościgi zawsze były wyżej na liście priorytetów aniżeli narracja czy opowiadana historia. W skrócie mamy tutaj podróż do lat 80., oczywiście w złego tego słowa znaczeniu. Bo to nie przez międzynarodowy antymaskulinistyczny spisek filmy akcji zaczęły się rozwijać. Zmęczenie widza obracaniem się wokół tych samych motywów, chwytów i tematów wymusił na twórcach ewolucję gatunku w stronę, którą znamy z takich filmów jak John Wick czy Atomic Blonde.

Bo czym jest Świat w ogniu, jeśli nie beznadziejnie oświetlonym, naiwnym, pozbawionym napięcia, przeciętnie zmontowanym i niechlujnie wyreżyserowanym tworem, który może i podbiłby kina świata i okolic, oczywiście gdybyśmy nadal mieli 1991 rok. A pewnie i wtedy każdy otwarcie mówiłby o tym, jak bardzo nijakim tworem jest ten płonący świat w porównaniu do mającego właśnie premierę Terminatora 2: Dnia sądu. Tutaj wszystko jest proste, wszystko jest oczywiste. Po godzinie scenarzyści odsłaniają wszystkie swoje karty i nawet nie udają, że mają jakiś pomysł co zrobić dalej.

Kadr z filmu „Świat w ogniu”

Zobacz także: Klasykę z Filmawką – „Amadeusz”

Gerard Butler ma problem. Ewidentnie nie potrafi się odnaleźć w nowych realiach kinematografii, zaliczając wtopę za wtopą od kilku lat. Braki w umiejętnościach coraz trudniej mu zakrywać. Mimo to, trzyma się swojego emploi, starając utrzymać na powierzchni. Niestety, brak mu ekranowej charyzmy, a przez przebytą kilka lat temu poważną kontuzję nabytą podczas surfowania, zapewne nie może sobie pozwolić na wiele jeśli chodzi o sceny akcji. Widać to i tutaj, bo większość sekwencji to zbiór pociętych i połączonych w losowej kolejności ujęć, które nie dość, że nie dają nikomu obrazu tego, co się dzieje, to jeszcze są jeszcze gorzej oświetlone niż nieszczęsna Bitwa o Winterfell.

I wygląda na to, że sam aktor nie ma na siebie większego pomysłu. Odrywa kolejne kupony po kultowej roli Leonidasa w 300 oraz czeka na przełom. Szkoda, że Świat w ogniu to przełamie, ale tamę chroniącą nas przed wtórnością, nudą i bylejakością. Ale nie tylko widzowie grymaszą podczas oglądania – Butler też grymasi, pokazując tę samą twarz w siódmym filmie z rzędu.


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.