„Potrójna granica” – podróże z Benem i przyjaciółmi [RECENZJA]

Od premiery Ligi Sprawiedliwości minęło już siedemnaście miesięcy. W tym czasie w życiu Bena Afflecka wydarzyło się naprawdę wiele. Wydaje mi się więc naturalnym, że premiery Potrójnej granicy wypatrywałem prawie każdego dnia. Nie w każdym filmie udaje się zebrać taką obsadę, a obecność producenta dającego taką swobodę twórczą jaką gwarantuje Netflix jawiła się jako dodatkowy atut.

Gdy scenę otwierającą ubogacała kompozycja From Whom The Bell Tolls, byłem przerażony (dźwięk diegetyczny!). Miałem przed oczami wizję filmu epatującego testosteronem lat 90., nieprzystającego do dzisiejszej kondycji kina. Szybko jednak zostałem wprowadzony w wir walki służb porządkowych z lokalnymi gangsterami umoczonymi w narkotykowy biznes. Już na starcie reżyser J.C. Chandor wyeksponował fakt, że streamingowy gigant nie szczędził grosza na swoją superprodukcję.

I gdyby się nad tym pochylić, szybko można zobaczyć plusy takich działań. Linijka nazwisk: Affleck, Hedlund, Hunnam, Isaac, Pascal na pewno nie została sklejona za przysługę. Jednakże, jak długo jeszcze odwzorowywanie na małym ekranie rozmachu, do którego przyzwyczaili nas najwięksi gracze przemysłu filmowego będzie musiało zostawać odnotowywane? Czy sam Netflix chciałby, ażeby jego śmiałość dalej była czymś wyjątkowym i niespotykanym, czy raczej  zależy mu na tym, by stała się ona codziennością pochłaniaczy dostępnych na dowolnym urządzeniu treści? Aczkolwiek tym pytaniem wchodzimy na grunt skrajnie subiektywny, więc chyba lepiej będzie, żeby każdy odpowiedział sobie sam, czego oczekuje od takiego dostarczyciela treści filmowych.

Kadr z filmu „Potrójna granica”
Zobacz także: Historię Bena Afflecka

Santiago Gomez (Oscar Isaac) ma za sobą więcej lat służby niż pozwalałaby na to jego rubryka. Taka jest rzeczywistość – dwadzieścia lat to maksimum, do jakiego zdolne jest ludzkie ciało. To nie film, w którym posiadający trzydzieści kilogramów nadwagi, sześćdziesięciosześcioletni Steven Seagal wymachuje rękami przy czekającym na cios przeciwniku. Masz za słabe kolana – nie uciekniesz przez góry. Kolejna operacja po postrzale ogranicza ruchy? Nie dogonisz uciekającej pracownicy kartelu. Dlatego na ogół szanujący prawo Gomez postanawia zebrać starą ekipę i ruszyć na bossa narkotykowego ukrywającego się w dżungli, w domu-sejfie.

Każdy z grupy poszedł w swoim kierunku. Ironhead (Hunnam) daje wykłady dla świeżych rekrutów. Jego brat, Ben (Hedlund) walczy w klatce za drobne. Catfish (Pascal) wdał się w drobne przestępstwa. Redfly (Affleck) stara się pozbierać po rozstaniu z żoną i walczy o każdego dodatkowego dolara do swojej mizernej emerytury. Być może Potrójna granica jest promowana jako akcyjniak, ale nie da się temu obrazowi odmówić próby podjęcia tematu trudności powrotu na łono społeczeństwa. Wielokrotnie padają tutaj słowa o tym, jak bardzo wiele ci ludzie przeżyli i jak wiele poświęcili. W ich mniemaniu zostali oni niesprawiedliwie potraktowani przez kraj, za który gotowi byli oddać życie.

Gdy więc zjawia się u ich drzwi stary kompan, każdy z nich widzi, że korzenie, jakie zapuścili w ziemi, są krótkie i słabe. A gdy pojawia się możliwość zrobienia czegoś dobrego i jednocześnie zadbania o własną kieszeń, możemy jedynie pytać samych siebie o to, co zrobilibyśmy na ich miejscu.

Kadr z filmu „Potrójna granica”
Zobacz także: Recenzję Kapitan Marvel

Podobnie jak w Chciwości z 2011 roku, Potrójna granica w kilku scenach stara się ukazać ludzką chciwość. Jednak wniosek wysnuwany przez Chandora jest podobny do tego z Good Time braci Safdie. Widzi on tę cechę ludzkiej osobowości jako napędową błędnych decyzji, które zamiast prowadzić do rozwiązania, coraz bardziej oddalają od celu. Szkoda jednak tego, że wątek ten nie miał szansy wybrzmieć wyraźniej przez co najwyżej poprawnego Bena Afflecka. Gdyby jednak spojrzeć na czas, w którym miały miejsce zdjęcia do filmu, to koreluje on z najgorszym okresem w życiu aktora.

Zaokrąglona figura, zmęczona twarz, zagubiony wzrok – nie dalej jak miesiąc po zakończeniu zdjęć aktor został zarejestrowany w klinice odwykowej. W związku z tym cały film przejął dla siebie rewelacyjny Oscar Isaac. Oddaje on sobą wszystkie dylematy służb południowoamerykańskich. Potrzebę wyrobienia dystansu do nagminnie łamanego prawa, ciągłego odrzucania myśli o wielomilionowych łapówkach. Odporności na świat, który nie pozwala sobie pomóc. Trudno jednak jest zapomnieć o całej reszcie. Czuć tutaj niesamowitą chemię pomiędzy całym zespołem, a wprawne napisanie postaci pozwala skraść kilka scen dla siebie przez każdą z nich.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, że dużo więcej spodziewałem po nowym flagowym produkcie Netflixa. Historia może i jest przyozdobiona kilkoma ciekawymi zagraniami, ale i tak jest dość prosta i przewidywalna. Wydaje mi się, że Chandor nie sprawdził się jako reżyser scen akcji. Pomimo wsparcia scenarzysty The Hurt Locker. W pułapce wojny, akcja jest raczej ślamazarna i mało dynamiczna, miejscami wręcz nudna. Zabrakło mi też nieco więcej pomysłowości dotyczącej wykorzystania miejsca akcji. Deszczowe lasy Amazonki i Andy proszą o większe wykorzystanie przewagi jaką jest posiadanie utalentowanych twórców pośrodku dżungli.

Kadr z filmu „Potrójna granica”
Zobacz także: Inne spojrzenie na Kapitan Marvel

Nawet jeśli Potrójna granica nie spełnia się w roli akcyjniaka na piątkowy wieczór, to nie oznacza, że nie warto sięgnąć po ten tytuł. Obraz ten igra nieco z utartym schematem kina wojskowego. Śledzimy losy emerytów, którzy swój prime mają już za sobą. Bohaterowie stoją w obliczu ponownego użycia swoich umiejętności, tym razem jednak dla siebie. Taka narracja ma swój wydźwięk i chyba jest jedną z najlepiej napisanych części filmu. A to już coś oznacza, prawda?

Kolejnym dobrym wyborem duetu scenarzystów było zrezygnowanie z rozwijania wątku narkotykowego. Dlaczego o tym piszę? Bo najlepszym co może zrobić twórca to oszczędzić widzom oglądania tego samego po raz setny. Zamiast tego skupiono się na tym, co już wcześniej starałem się zasygnalizować, tj. na dość rozbudowanych portretach psychologicznych bohaterów i ich zmaganiach z samymi sobą oraz  sytuacją, na którą nie są gotowi. Ich ponowne połączenie pod wspólnym celem pozwolił także spojrzeć od środka na męską przyjaźń, co moim zdaniem udało się co najmniej dobrze.

Trudno mi ocenić ten film. Serce bardzo chce więcej, lecz rozum bardzo się zawiódł. Bo czymże jest akcyjniak, w którym kuleje akcja? I czy to nie jest najważniejszym kryterium oceny? Piękne widoki i przyjemna interakcja grupowa nie odda nam krzywd jakie wyrządza kiepskie prowadzenie historii oraz wszechobecna nuda. Wciąż jednak jest to czołówka oryginalnych produkcji Netflixa.

3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.