“Ładunek” [Cargo] – Recenzja

Ładunek przedstawia historię ojca, który w czasie apokalipsy zombie-podobnych kreatur musi dostarczyć swoją młodą córkę w bezpieczne miejsce zanim on sam nie stanie się dla niej zagrożeniem. I chociaż zaczyna się sekwencją na łodzi (co jest dość ciekawym pomysłem w obrębie tego gatunku), szybko widz zda sobie sprawę, że to na lądzie główny bohater ma szanse na zwiększenie szans dla jego córki, nawet za cenę własnego życia. Reżyserski duet Yolandy Ramke Bena Howlinga rozwija zatem opowieść, którą zaprezentował już w swoim dobrze przyjętym krótkim metrażu. Ta nasycona rodzicielską troską produkcja może podobać z wielu powodów. Problemem jest jednak to, że za każdą zaletą stoi tu jakaś wada.

Cargo Ładunek
Kadr z filmu “Ładunek”

Po pierwsze, nie ujrzymy tutaj przerysowania, czy zbędnych i nietrafionych pomysłów. Co jednak z tego, skoro spora ilość fabularnych klocków to klisze znane z mnóstwa innych, bardziej lub mniej udanych, apokaliptycznych produkcji. Aktorstwo, szczególnie młodej debiutantki Simone Landers, stoi na dość przyzwoitym poziomie. Nie od dziś też wiadomo, że Martin Freeman w opowieściach o podróżach czuje się świetnie. Jednak bardzo szybko da się odczuć pustkę stojącą za ich rolami, i głównie przez fakt niewielkiego znaczenia napotykanych przez głównego bohatera postaci, tylko młoda autochtonka wydaje się być na tyle rozbudowaną, żeby było warto się nią jakkolwiek zainteresować.

Aktorsko więc obraz się broni i dobrze prezentuje, ale lekka zadyszka twórców na przełomie drugiego i trzeciego aktu, pozwala twierdzić, że reżyserska para ze swojej siedmiominutowej opowieści, która była podstawą fabuły pełnego metrażu, chciała sięgnąć nieco dalej wyobraźnią. Niestety, ale chyba brakło pomysłu jak urozmaicić swoje dzieło tak, aby stało się czymś więcej aniżeli sprawnie zrealizowanym kinem drogi. Zdecydowanie powolnym kinem drogi, co warto zaznaczyć – akcja filmu to zaledwie około 50 godzin z życia bohaterów. Mamy więc czas by spędzić noc z ich strachem, bólem czy oczekiwaniami wynikającymi z obowiązku wobec siebie czy wobec rodziny. Buduje to interakcję widza z bohaterami, którym szczerze życzymy jak najlepiej, nawet pomimo dość liniowej fabuły, w której nietrudno ułożyć wszystkie klocki w całość jeszcze przed końcem seansu.

Braki w ekspozycji można zaliczyć na plus filmu – ile razy można słuchać tych samych kliszowych opowieści o tajemniczej epidemii, która zgarnęła śmiertelne żniwo od postaci, które nie mają nawet radia by się o tym dowiedzieć, czy też oglądać nudne wspomnienia głównych bohaterów dotyczącego życia przed apokalipsą. Uczciwym wobec widza jest uznanie, że powinien wiedzieć nie więcej niż główny bohater. Nie ma więc nadętej diagnozy społecznej, obwiniania chciwych wiedzy naukowców czy gwałtownych wojskowych igrających z ogniem. Jest za to mała historia człowieka starającego się dać swojemu potomstwu szansę na przeżycie. Porównania na tej płaszczyźnie z Cichym Miejscem są więc jak najbardziej na miejscu, nawet pomimo zupełnie innego wymiaru tragedii filmowych ojców.

Nie można więc zarzucić tej produkcji niechlujstwa, marnej reżyserii czy wybitnie dziurawego scenariusza. Mamy przed sobą surowy świat przedstawiony, jednak nie na tyle pusty, by przeszkadzało to w odbiorze. Jedną z najmocniejszych stron oczywiście są wspaniałe zdjęcia, których kolorystyka, ujęcia, estetyczne piękno czy skromność, podkreślająca pustkowia Australii, wręcz ośmieszają beznadziejnie doklejone afrykańskie tła znane z Czarnej Pantery.

Ladunek Cargo
Kadr z filmu “Ładunek”

Mad Maksowe niebo nad Australią idealnie pasuje do postapokaliptycznych filmów. Tym bardziej jednak warto zwrócić uwagę na rolę tubylczej ludności tego kontynentu, którą w swoim filmie duet reżyserski niejako wynosi na piedestał, ukazując ich minimalistyczne lecz surowe zasady przeżycia – oczyszczanie swojego kawałka domu ze stworów, które zniszczyły ludzkość. Nieśpieszny ruch kamery podczas ujęć, w których ukazywani są członkowie grupy Aborygenów utrzymane są w stylu Justina Kurzela i jego wersji Makbeta. Wzmacnia to poczucie niezwykłości i można by rzecz ekologicznego manifestu piękna naturalnego wyglądu człowieka, będącego niczym więcej aniżeli stadnym zwierzęciem próbującym sobie znaleźć miejsce w świecie pełnym zagrożeń.

Zobacz też: “Zimna wojna” – Recenzja

Z szeregu filmów, na które Netflix wydał ostatnio niemałą fortunę, to właśnie Ładunek wydaje się być tym, którego najbardziej byłoby żal gdyby nigdy nie powstał. Konkurencja nie jest w tym kontekście zbyt duża, ale warto odnotować, że to może być szczególny seans.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.