„Warany z Komodo” ukryte w Małopolsce [RECENZJA]

Podkrakowska Farma Życia. Miejsce, w którym osoby dotknięte autyzmem mogą liczyć na terapię i rehabilitację. Jest tam też Michał Borczuch ze swoim operatorem. Prezentuje on kilka chwil z życia kilku osób, dokumentując osoby chore i ich opiekunów. Świat zewnętrzny nie istnieje. Istnieje jedynie świat fantazji, przeplatający się z pustą rzeczywistością.

Właściwie tu mógłbym zakończyć jakiekolwiek próby opisywania tego, co widziałem. Bo tak naprawdę, to nie widziałem niczego ponad naprawdę nieinteresująco sklejonych wydarzeń. Ten film nie broni się na żadnej płaszczyźnie. A szkoda, bo mógłby być doskonałą okazją do eksploracji sposobu życia osób chorych na autyzm czy też trudu wkładanego w pomaganie osobom, które pomocy potrzebują.

Niestety, to co otrzymujemy, to zlepki scen, ułożone zazwyczaj bez jakiegokolwiek wzorca fabularnego czy strukturalnego. Nakładające się na siebie światy rzeczywistości i fantazji jedynie potęgują poczucie nudy, przytłoczenia i zmęczenia obrazem niemającym większego sensu. Bezpardonowe, niespodziewane i niesygnalizowane przejścia pomiędzy dwiema płaszczyznami filmu utrudniają nam rozgraniczenie ich, co pewnie w domyśle miało służyć jako wskazówkę interpretacyjną czy też most pomiędzy nimi.

“Warany z Komodo”

Stylowy i narracyjny miszmasz jedynie wzmagają odczucia senności i braku zainteresowania. Bo chociaż Borczuch udowadnia, że wie jak robić kino, to pożytku z tego nie ma żadnego. Ani dla niego, ani dla widzów ta filmowa walka utrzymanie nie ma żadnego sensu.

Zobacz także: Recenzję „Eastern”

Miks dokumentu i fabularnej opowieści łączy rodzina, która opiekuje się osobami ze spektrum autystycznym. W części dokumentalnej poznajemy ich zmagania z chorymi. Podglądamy życie w ośrodku, codzienną rutynę i okazyjne wyjście na spacer. Czasami zostajemy uraczeni próbą definicji pojęcia prawiczka przez pacjentów ośrodka. Czasami nie dostajemy zupełnie nic. Wielkie nic, wypełniające życie na farmie i bijące z każdego uśmiechu. Bo każdy ten uśmiech oznacza opuszczenie: przez rodzinę, przyjaciół, którzy woleli odstawić chorego i o nim zapomnieć.

Jeśli więc jest jakakolwiek część, która u Borczucha trafia tam gdzie powinna, to właśnie na nią natrafiliśmy. Obrazując przed nami życie chorych, nie zapomina on o tym, że są oni ludźmi. Choroba nie pozbawiła ich człowieczeństwa, a jednak każdy z nich przebywa na farmie, coraz bardziej oddalając się od rodziny. Dlatego Borczuch niemal automatycznie daje nam okazję zobaczyć jak po zerwaniu więzi rodzinnych rodzą się nowe – niewymuszone, nieoczywiste, lecz całkowicie naturalne.

“Warany z Komodo”

Trudno określić, kto pełni wiodącą rolę w tym nieco ponad godzinnym przekładańcu. Z jednej strony mamy małżeństwo pojawiające się na obu stronach narracyjnej monety. Fabularna fantazja o szukaniu zgodnego z prawem sposobu na złożenie dziecka w ofierze nie jest jednak na tyle zajmująca by działać na widzów na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Oczywiście, inscenizacyjnie wszystko się broni, jednak nieciekawość, mozół z jakim są owe fragmenty wplatane są przydługie, przegadane, mdłe i drętwe.

Zobacz także: Felieton o kinie Ariego Astera

Na drugim brzegu tej filmowej mielizny jest dokument, w którym wspomniane małżeństwo opiekuje się swoimi specyficznymi pacjentami. I tym razem, są oni zrzuceni z piedestału, bo kamera Roberta Mleczki podąża za pacjentami, a Borczuch niemal z uporem maniaka gloryfikuje bliżej niesprecyzowaną grupę chorych. Nie ma w tym nic złego, wprawdzie każdy z nich ma swoją historię i stara się ją przedstawić swoim językiem. To pacjenci mają piłkę w swoim rogu, to oni są eksplorowani przez nas, niczym podglądaczy. Widzimy ich przyjaźnie i konflikty, chwile radości i niezrozumienia. Nawet jeśli nikt o to nie prosił ani nikt nie był gotowy na doświadczenie, w którym kuracjusze rozprawiają nad swoimi rolami w ich miejscu pobytu.

“Warany z Komodo”

Czy wtedy Borczuch zbliża się do dobrego filmu? I tak i nie. Ten kwadrans przybliżający nas do czegoś, co nie dość że da się, ale także chce się oglądać to jedynie kropla w morzu nudy, monotonii, katatonicznej ciszy wypełniającej każdy kadr, każdą scenę i każdą rozmowę. I chociaż mój głos może wydawać się przesadnie surowy – Warany z Komodo nie traktuję jednoznacznie źle. Tak, jako film ten twór zupełnie się nie odnajduje. Jednak w kategoriach pewnego artystycznego doświadczenia; iście teatralnej empirii jest to dzieło niemal spełnione.

1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.