“Godzilla II: Król Potworów” – All Hail the King [RECENZJA]

Część mnie nie ma pojęcia dlaczego Godzilla II: Król Potworów został przyjęty z co najwyżej mieszanymi uczuciami. Jakby nie patrzeć, film o potworze powstałym w wyniku atomowych eksplozji i mającym za sobą udany epizod z 2014 roku, dostarcza naprawdę niesamowitą, piękną, miejscami wręcz bosko estetyczną orgię zniszczenia, kontrolowanego chaosu i walki pomiędzy poszczególnymi kaiju. Z drugiej jednak strony, przypominam sobie co najmniej trzy ziewnięcia, jedno przewrócenie oczyma oraz dwukrotne wyśmianie głupoty bohaterów.

No właśnie – bohaterowie. Nudni, przeszkadzający, naprawdę głupi i całkowicie ślepi. Jednym słowem zbędni. Takie właśnie są postaci w filmie Dougherty’ego. Wszyscy wiemy, że to Gojira jest tutaj protagonistą. Wyszedł z cienia, w którym trzymał go Gareth Edwards. Teraz stoi przed nami dumny, w pełnej krasie, jeszcze bardziej podkreślając to, jak niewielcy przy nim są nasi kochani bohaterowie.

Oni jednak, pomimo eksploracji przez nich wszystkiego co tylko można, wciąż nie wiedzą z czym mają do czynienia. Cały ten festiwal paranaukowego bełkotu mającego uargumentować istnienie kaiju takich jak Gojira zupełnie traci na swoim impakcie. Zresztą to niejedyny wątek, który umiera pod kołami pędzącej akcji. Mam wrażenie, że niepotrzebne wątki zostały zagęszczone i namnożone tylko po to, by tą piękną katastrofę okrasić czymś więcej niż jednym, mizernym wątkiem. Postanowiono więc dać nam cztery. Bo im więcej tym lepiej, prawda?

"Godzilla II: Król Potworów"
Kadr z filmu “Godzilla II: Król potworów”
Zobacz także: Pierwsze wrażenie z najnowszego sezonu „Opowieści podręcznej”

Jeśli chodzi o tytułowe potwory – tak. I nie mam na myśli tu bezemocjonalnego przytakiwania, tylko wyraźny okrzyk aprobaty wobec twórców. Oczywiście, można wrzucić wiele do jednego worka i nic z tego nie wyjdzie, co pokazały niesamowicie ujmujące wojaże Ligi Sprawiedliwości w 2017 roku. Tym razem jednak, Warner Bros. oddał kierownicę komuś, kto nie tylko kocha materiał źródłowy, ale także będzie znał granicę pomiędzy ekspozycyjną ekstazą a obrzydzeniem. Bo tak jak wspomniałem wcześniej, kamerzysta odsunął się od heroicznych starć. Możemy w pełnej krasie przyglądać się starciu jaszczurki z trzygłowym smokiem, jednym z najbardziej rozpoznawalnych przeciwników Godzilli – Królem Ghidorahem.

W takich chwilach, ten film jest naprawdę piękny. Naturalnie, jego piękno za bardzo polega na postbayowskiej szkole korekcji barwowej. Pomimo to, piękno niektórych kadrów na bieżąco przyrównywałem do arcydzieła, jakim były zdjęcia Rogera Deakinsa w Blade Runnerze 2049. Wydaje mi się, że już same wspomnienie takiego nazwiska może być traktowane jako komplement najwyższej klasy.

Myśląc o Godzilli, tworze japońskiej wyobraźni, nigdy nie powinniśmy zapominać, że stanowi ona nie tylko ważną cześć kulturowego dziedzictwa tego wyspiarskiego kraju, ale także, i co nawet ważniejsze, Gojira powstał jako metafora japońskiego strachu przed bronią nuklearną. Matthew Dougherty przed premierą, oraz jeszcze w trakcie procesu powstawania filmu, wielokrotnie podkreślał swoją świadomość co do roli Godzilli w świecie oraz tego, że filmy w których występuje niosą za sobą różnego rodzaju metafory i alegorie.

"Godzilla II: Król Potworów"
Kadr z filmu “Godzilla II: Król potworów”
Zobacz także: Godzilla – Historia filmowego symbolu atomowej pożogi [CAMPING #34]

Blockbusterowe ramy zostały więc nagięte, by i tym razem Godzilla mogła wybrzmieć nie tylko jako głos przeciwko nuklearnej wojnie, ale także jako widoczny przykład natury, która – niezależnie jak zaatakowana – zawsze będzie będzie w stanie się zregenerować. Miłość do stworów takich jak Gojira czy Mothra wylewa się z filmu Dougherty’ego. Liczne nawiązania do dziedzictwa serii, powracające lokacje, nazwiska i tematy muzyczne to jedynie wierzchołek góry lodowej. Twórcy mają swoje pomysły na tytułowe potwory i ich króla – nic więc dziwnego, że gdy rozpoczyna się to, co tygryski lubią najbardziej, można szybko zapomnieć o frustracjach, zmęczeniu bełkotem ekoterrorystów, pseudonaukowców i wojskowych, o który nikt i tak nie dbał.

Problem się pojawia, gdy radość, z jaką twórcom przyszło tworzyć ten obraz, staje się ciężarem. Ekspozycyjna brawura szybko obdziera Gojirę z jakiejkolwiek tajemnicy. Po trzecim spotkaniu z gadem o aparycji misia, efekty pracy grafików nie robią na nas takiego wrażenia. Kamera kręci się, lawiruje i ukazuje nam Rodana, Mothrę, Ghidoraha i Gojirę z każdej możliwej perspektywy by urozmaicić nam te wszystkie starcia, jednak nie każdego to przekona. Tak samo nie każdego przekonają pierwotne, japońskie przygody Godzilli.

I myślę, że tutaj może być pies pogrzebany. Dougherty w przeciwieństwie do Rolanda Emmericha w latach 90. dał nam film, który nie tylko szanuje spuściznę Toho, ale także stara się dać nam namiastkę tego, kim Gojira jest i w jaki sposób była przedstawiana przez lata. Takie ryzykowne zagranie wraz z naprawdę nieinteresującą siecią wątków tkaną wokół ludzkich bohaterów dla wielu mogło okazać się nie do przełknięcia.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.