RecenzjeSeriale

„House of Cards” – Recenzja ostatniego sezonu

Martin Reszkie

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że recenzja ta zawiera spoilery dotyczące wydarzeń z poprzednich odcinków, ale możecie być spokojni – nie mam zamiaru odbierać Wam przyjemności płynącej z oglądania ostatniego sezonu House of Cards.

No właśnie,  czy to na pewno aż taka duża przyjemność? Odpowiedź na to pytanie jest w mojej opinii dość jednoznaczna, lecz nie wydaje mi się, by dobrym było odsłaniać karty już w trzecim zdaniu.

Pamiętacie zakończenie piątego sezonu, ostatniego w którym wystąpił ten, którego imienia nie można już wymawiać? Frank Underwood wprowadził swoją niewierną żonę na najwyższe stanowisko w Stanach Zjednoczonych, po czym nie mógł się do niej dodzwonić. O tym, co działo się póżniej, nie dowiemy się od nikogo. To znaczy tak, wiele osób zdradzi nam swoja wersje wydarzeń, ale czy będziemy wiedzieć, komu powinniśmy wierzyć?

Trzy miesiące po scenie zamykającej życie (nie tylko w przenośni) Franka Underwooda, jego cierpiąca, ale zapracowana, małżonka, Claire, rzuca nas w wir intryg pomiędzy nią a osobami, które dotychczas znaczyły niewiele bądź były jedynie tłem. Tak więc w czasie gdy scenarzystom brakuje w zanadrzu ciekawych postaci, a nowe twarze nie mają nic do powiedzenia, Robin Wright przejmuje scenę dla siebie.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję Bohemian Rhapsody

Aktorka prezentuje w ten sposób całą paletę zagrań, które niestety sprowadzają się do jednego. Bez dobrego scenariusza, wszystkie jej próby są całkowicie przeszarżowane, nudne, a na dodatek kompletnie niespójne. Oczywiście, nie zamierzam uznawać tutaj wyższości Kevina nad Robin – ich role są do siebie dużo bardziej podobne niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Problem tkwi jednak w tym, że za Frankiem Underwoodem przemawiała nie tylko kreacja aktorska, ale także brawurowe scenopisarstwo, które swój szczyt osiągnęło w drugim sezonie. Później skrypt wyglądał już tylko gorzej, lecz wciąż zdarzały się momenty, kiedy mogliśmy przypomnieć sobie najlepsze czasy.

Na tle politycznych podbojów i ekscesów Franka rosła postać Claire. Z sezonu na sezon była ona eksponowana coraz bardziej i rzucana tam, gdzie jej małżonek pójść nie mógł. Wydaje mi się jednak, że przeskok pomiędzy postacią pełnoprawną i równą w stosunku do Franka, a samodzielną liderkę sezonu nastąpił zbyt szybko. Oczywiście, tego wymagało się od Netflixa po tym jak Kevin Spacey trafił na śmietnik Hollywood (i historii zapewne też). Od ostatniego sezonu House of Cards bije jednak pokraczna niechlujność, ciągła dezorientacja oraz tak ogromna niespójność niektórych postaci, że aż żal komentować.

Przeczytaj również:  "Nasz czas" – Wyzwolenie bez Wolności [RECENZJA]

Wróćmy jednak do najnowszej odsłony. Pani Prezydent, otoczona ze wszystkich stron, stara się uprawiać swoją politykę, w której przeszkadza jej rodzina Shepardów oraz jej vice, Mark Usher. I właściwie na tym można zakończyć opowiadania o szóstym sezonie. Wszystkie te starcia są miałkie i wyprane z jakiegokolwiek napięcia, a kiedy któraś ze stron zaczyna poruszać wielkie tematy, na które powstają wielkie dyskusje, mam ochotę wyłączyć odcinek.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję horrorowej wersji Robinsona Crusoe

W niczym nie pomaga także Tom Hammerschmidt, czyli biegający od pierwszego sezonu dziennikarz, który rzuca w eter oskarżenia względem Underwoodów oraz Stampera w ciągnących się i nikogo już nieinteresujących wątkach. Powracające sprawy martwej Zoe Barnes oraz Rachel Posner są dowodem na niesamowitą krótkowzroczność scenarzystów całego serialu. Pierwsza z tych śmierci niemalże zniszczyła postać Franka. W moich oczach także podkopała jego pozycję jako swoistego antybohatera, który kieruje się wyłącznie politycznym bądź osobistym zyskiem. Dość trudno jednak uwierzyć w fakt, że taka śmierć się komukolwiek opłacała. Ciągnąca się za nią sprawa nabrała tylko przyśpieszenia po usunięciu z drogi Rachel Posner, której powiązanie z Dougiem także nie ma większego powodu do egzystencji. Niezależnie bowiem od udowodnienia winy czy nie, osoba będąca w kręgu uwikłanych w dwa morderstwa nie będzie się cieszyć żadnym poparciem. A przecież szykują się kolejne wybory, prawda? A po nich następne. Wszakże każdy liczy na dwie kadencje.

Martwy Frank oznacza dla byłego redaktora Washington Herald zmianę celu. Pierwszym jest Douglas Stamper, zaufany człowiek denata. Ważniejszym obiektem jego śledztwa jest jednak Claire. Pytając o trupy, zadaje pytanie: czy jeśli mąż zabił, to czy żona wiedziała? A jeśli wiedziała, to czy można ją uznać za współwinną? Takie zabiegi budujące poczucie zaszczucia wobec pani prezydent to najlepsze chwile serii. Pomaga w tym udająca depresję Claire, jednak jak wiadomo – to jedynie początek jej planu. Oraz jej drogi, rozpoczętej słowami:

Thank you all for assembling at such short notice. And I want to thank you for your willingness to serve. I am looking forward to building new America together. And our work begins today.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję Halloween

Drogi, która niejednego zaskoczy. Oczywiście, pojawią się pewne sygnały sugerujące obranie takiego a nie innego kursu. Netflix trzyma mnie jednak w szachu – bez wglądu w ostatnie trzy odcinki nie wiem, dokąd zmierza Claire. Co to oznacza? O dziwo wydaje mi się to jedną z niewielu zalet tego sezonu. Pomimo nijakiej fabuły, ciągłego powtarzania, że należy odciąć się od przeszłości oraz okazjonalnego oglądania znajomych twarzy na ekranie, twórcy dali radę zgotować nam cliffhanger przypominający o najlepszych odcinkach.

Przeczytaj również:  CD PROJEKT RED i Netflix pracują nad animowanym serialem w uniwersum „Cyberpunk 2077”

Okazjonalne zalety nie mogą jednak przysłonić mnogości wad. Pierwsze pięć odcinków to sprint przez fabularną mieliznę. Drugi plan jest albo źle napisany, albo całkowicie niepotrzebny. Szarżująca Robin Wright często dostaje tylko i wyłącznie drętwe teksty, które nie silą się nawet na jakąkolwiek głębię. Nie ma tu żadnej rozmowy z widzem, mamy jedynie monologi traktujące o jej drodze na szczyt. Niestety jesteśmy także świadkami dalszego umniejszania postaci Franka. Czy ktoś uwierzy w to, że główne działo pierwszych pięciu sezonów to jedynie popychadło? Takie wrażenie starają nam się sprzedać twórcy, ja jednak mam swoje zdanie na ten temat. Tak samo jak i na jakość finałowego sezonu House of Cards. Mam jednak nadzieję, że trzy ostatnie odcinki dadzą nam pożegnanie godne poprzednich sezonów. Dadzą Claire Underwood czas ekranowy na jaki zasługuje.

Bo Robin Wright na niego po prostu zapracowała. Opinia, że dostała swój sezon tylko z powodu usunięcia niewygodnego członka obsady, jest dla niej niejako kalumnią. Z sezonu na sezon jej znaczenie dla całego projektu nieustannie rosło. Być może jej czas nastąpił zbyt szybko i gwałtownie. Zupełnie niesprawiedliwym jest jednak winić ją za klęskę jaką jest finał House of Cards.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.