Advertisement
RecenzjeStreaming

„Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest taka, jakiej mogliśmy się spodziewać [RECENZJA]

Martin Reszkie

Trudno w jakikolwiek sensowny sposób przedstawić odczucia po seansie tego niezwykle wyczekiwanego arcydzieła komiksowej kinematografii. Ligę Sprawiedliwości Zacka Snydera nie bez kozery określam arcydziełem w swojej kategorii. Problem w tym, że kategoria komiksowej kinematografii ma w swoich zasobach co najwyżej kilka tytułów i większość z nich wyszła spod ręki Snydera. Tutaj trzeba być szczerym: Snyder ponownie zrobił film, który wygląda dokładnie tak, jak jego poprzednie produkcje, które można tutaj bez problemu przytoczyć: Watchmen, Sucker Punch, Człowiek ze stali, Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Każdy z nich ma te same wady i takie same zalety, a to dowód na najgorsze, co może przytrafić się komuś, kto, jak Snyder, pretenduje do miana artysty. Pięćdziesięciopięciolatek zwyczajnie – po sukcesie 300 – zatrzymał się w rozwoju.

Wizjonerska próba sportretowania facetów i kobiet w ciasnych, jarmarcznych kostiumach zapisana patetycznymi zgłoskami za pomocą kapitalików wciąż jest o wiele lepsza niż hybrydowa hydra Whedona. Ale wcale nie oznacza to tego, że jest nowym rozdaniem wśród wysokobudżetowych popcorniaków dla mas na podstawie komiksów. Okazało się jedynie, że nisko zawieszona poprzeczka sprawia, że nawet najbardziej sceptyczni kinomani mogą zostać omamieni szansą na wielkie kino. Jedyne co w “Lidze Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest wielkie to rozdmuchany do granic możliwości budżet.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera
Źródło: IMDB

Wspomniana wcześniej wersja dokończona przez Jossa Whedona po premierze wersji reżyserskiej okazuje się całkowitym zaprzeczeniem czyjejś wizji, czyjegoś pomysłu, a dzieło Snydera zostało potraktowane jak odpadek i poddane recyklingowi. Efektem tego były nieco lepsze żarty w dialogach, zdecydowanie ciekawsza paleta barw oraz bardziej familijny wydźwięk kosmiczno-ziemskiej naparzanki o życie ziemian. Najbardziej na zmianie czasu ekranowego z czterech do dwóch godzin stracili Cyborg oraz Flash. Ale kto by się przejmował bohaterami, którzy nie pojawili się wcześniej, granymi przez aktorów bez większego nazwiska? Kto traci na tym, że Steppenwolf – zamiast prezentować się kozacko – wygląda jak skrzyżowanie człowieka i kozy? Fani powinni grzecznie ustawiać się w kolejce i płacić za bilety, a nie myśleć, że ich zdanie ma jakiekolwiek znaczenie.

Przeczytaj również:  "Słudzy", czyli opowieść o inwigilacji i wielkim rozczarowaniu [RECENZJA]

Na szczęście dla wszystkich fanów talentów oraz braków Zacka Snydera, reżyserska wersja została pozbawiona tych wszystkich szkarad: niespójnych, kolorowych, prorodzinnych, pełnych wiary w Supermana czy nadziei w siłę drużyny oraz miłości do żartów sytuacyjnych. Dzięki temu podczas czterech godzin seansu możemy dostrzec wskrzeszanie Mesjasza, nawrócenie syna marnotrawnego, walkę o duszę oraz rząd dusz. A to wszystko sygnowane znakami towarowymi ZS, czyli: mrokiem, półmrokiem, cieniem, nadużywanym green screenem, karykaturalnym slow motion oraz bijącą w dzwon alarmowy muzykę.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera
Źródło: IMDB

Jest coś, co trzeba wyraźnie zaznaczyć, bo może nie do końca to wynika z nieco prześmiewczego i ironicznego wydźwięku moich słów. “Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest lepszym filmem niż Liga Sprawiedliwości, którą dane nam było zobaczyć w kinach jesienią 2017 roku. Problem w tym, że mimo iż wersja reżyserska jest dwa razy dłuższa, to wcale nie jest dwa razy lepsza. Właściwie jest tylko niewiele lepsza, bo uzupełnia ona wątki dwóch postaci, które łącznie stanowią jedną trzecią całej ekipy. Dodaje także kilku innych bohaterów, których niezłe wizualizacje zostają utopione w ich nijakości. Darkseid został wprowadzony do filmowego uniwersum, ale nie wyróżnia się z tłumu pozostałych supersilnych, megazłych, turbobrzydkich antagonistów chcących zniszczyć wszystko tylko po to, by drużyna miała z kim powalczyć.

W takim towarzystwie niezwykle udaną metamorfozę przeszedł Steppenwolf. Dodatkowe dwie godziny materiału pozwoliły na wyeksponowanie jego motywacji, marzeń i pragnień. Dzięki temu wiemy, że chciał podbić Ziemię nie dlatego, że akurat w tamtym momencie miał zły humor. Snyder, wraz ze swoim scenarzystą Chrisem Terrio, starali się z całych sił nadać antagoniście jakiejkolwiek głębi czy rysu psychologicznego, to zdecydowanie widać. Niestety jednak, obaj panowie mają ograniczone umiejętności scenariopisarskie.

Przeczytaj również:  "Maggie" – Co powie ryba? [RECENZJA]
Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera
Źródło: IMDB

Prawdopodobnie to właśnie tutaj pies jest pogrzebany. Snyder potrzebuje aż czterech godzin, by film, który tworzy, był w miarę spójny, wątki kleiły się na coś więcej niż tylko dobre słowo, a bohaterowie mieli jakieś tam motywacje. To wciąż nie jest kino najwyższych lotów. Można zaryzykować nawet stwierdzenie, że to po prostu średniak, który przez zakulisowy dramat został przeceniony oraz wyniesiony na piedestał. Nie ma jednej recepty na to, jak można naprawić DC Extended Universe. Tutaj potrzeba spójnej wizji, ale nie takiej, którą ma swojej wyobraźni Zack Snyder. Ta jest nudna, patetyczna, płaska, a jej dramaturgia – żenująco niedojrzała.

Tutaj wracamy do tego, na czym zakończyłem pierwszy akapit. Zack Snyder przestał się rozwijać artystycznie. Jeśli nie ogląda się Watchmen w wersji reżyserskiej, to film jest nudny, ma nierówne tempo oraz wątki-duchy prowadzące w ślepe zaułki. Jeśli nie ogląda się Batman v Superman w wersji reżyserskiej, to ponownie: film jest nudny, ma nierówne tempo i zawiera pourywane wątki. Aspirujący do miana poważnego artysty Snyder nie może popełniać kolejny raz tych samych błędów, licząc na to, że niezwykle przyjemne sekwencje akcji zakryją to, iż Zachary zbudował film na piasku. A to, że przeciętny widz może wymienić z pamięci co najmniej tuzin bardziej wciągających oraz lepiej wyważonych filmów powyżej trzech godzin jest nawet bardziej frustrujące aniżeli ten paskudnie nadęty ton Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera. Nie zmienią tego: trzy przekleństwa rzucone na wiatr, niewykorzystany potencjał kategorii R czy kolejna próba wrzucenia Jareda Leto w postać Jokera.

O Lidze Sprawiedliwości Zacka Snydera można powiedzieć jedno (będzie to zarówno zaleta jak i wada): jest dokładnie taka, jakiej mogliśmy się spodziewać. A jej komiksowa struktura krzyczy do nas, że Snyder ma jeszcze kilka asów w rękawie.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

portfolio Zacka Snydera

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.