Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Bad Boys for Life” – Jedna z największych pozytywnych niespodzianek tego roku [RECENZJA]

Martin Reszkie
Bad Boys
fot. Materiały prasowe / UIP

Czasami tak jest, że czeka się na filmy, które z miejsca wyglądają na nostalgiczny skok na kasę. I nie ukrywam, że na Bad Boys czekałem od dnia, w którym ogłoszono powrót duetu gliniarzy z Miami.

Przygodę rozpoczynamy tak, jak ją rozpoczęliśmy 25 lat temu: przyjacielską gadką-szmatką w pięknym, pędzącym wozie. I chociaż już pierwsza scena zapowiada raczej na wskroś romantyczne trzymanie się czasu minionego, dalsza część tej eskapady stoi na własnych, czasami zachwianych, ale na ogół pewnych nogach.

Fabuła rozwija się w kierunku postaci znanych przez Mike’a Lowreya, schodzących ze świata żywych dzięki samotnemu jeźdźcy, którego ideały wyznaczają czarna skóra, czarny motocykl oraz czarne serce, zepsute przez meksykańską królową mafii, całkiem zgrabnie wpisującą się w historię o tym, że rodzice zawsze psują dzieci. I nawet jeżeli to wszystko wygląda jak hołd blokbusterowemu kinu XXI wieku, belgijscy bracia Adil El Arabi oraz Bilall Fallah dobrze wiedzą w jakim punkcie jest historia i czego widz oczekuje od tego typu kina.

Wprawdzie piękny hołd dla na wpół kiczowatej estetyki Miami Vice otrzymali w spadku od nieposkromionego władcy ciemności, bezguścia i scenariuszowej żenady Michaela Baya, to nie oznacza to wcale, iż wyszedł on tak samo jak każdy film rzeczonego reżysera przez ostatnie 15 lat. Rzeczowny Miami Vice to wciąż motor napędowy przerysowanej estetyki oraz nachalnego do granic możliwości przeświadczenia, że neony to to, co tygryski i tygrysice kochają najbardziej. Na szczęście reżyserski duet jest na tyle pewny swoich umiejętności, że każde starcie, każda bijatyka i strzelanina mają swoją (na szczęście wyznaczoną rzez kategorię R) moc oraz wydźwięk, niejako dystansując się od pozostałych części zabawy.

Przeczytaj również:  "Wielka", czyli Katarzyny Wielkiej gra o tron [RECENZJA]
Bad Boys
fot. Materiały prasowe / UIP

Nie ma jednak jak zaprzeczyć temu, że to tandem ciemnoskórych zabijaków przyciąga i elektryzuje widzów. Chociaż jeden z nich wiecznie stara się oszukać swoją metrykę, a drugi wręcz naciska by ją dostrzec, to powtarzane w koło trzy czy cztery żarty nie nudzą i nie mierzną, bo wyglądają na szczerą zabawę na planie. Szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę słowa Willa Smitha podczas jego wizyty u Jimmy’ego Fallona, mówiącego, że zanim zaczęto zdjęcia, stwierdził, że czemu by nie wykonywać wszystkich kaskaderskich wyczynów niczym Tom Cruise. Jak wspomniał, szybko musiał z tego zrezygnować – nie każdy jest jak Tom.

I nie musi być. Pełniący rolę raczej błazna i sidekicka Martin Lawrence udowadnia, że wciąż drzemią w nim pokłady komediowego talentu, którego nie przykryje kolejny podbródek oraz kilka nieudanych filmów. Wracający na hollywoodzkie salony po wielu latach oraz średnim występie w Plażowym haju dał kilka dowodów na to, że jeżeli przestanie wciskać się w silikonowy kostium potwornie otyłej babuszki, to wciąż ma szansę na powrót do pierwszej ligi.

Film natomiast przyspiesza, a drużyna specjalna, którą dwie stare wygi dostały w spadku na szczęście usprawiedliwia swoje istnienie oraz zostaje potraktowana lepiej niż młode wilki z Niezniszczalnych 3. Autoironiczne stwierdzenia łączące Bad Boys for Life z telenowelą nie zostają także rzucone na wiatr. Dobrze widzimy, w którym kierunku pójdzie potencjalny sequel, czyli must-have każdego potencjalnie dobrze odebranego (i co ważniejsze – dobrze sprzedanego) blockbustera, więc wszystko zostaje w rodzinie. Czy się uda? Po pierwszych informacjach o niespodziewanym finansowym sukcesie było to dość prawdopodobne. Teraz jest już raczej pewne.

Przeczytaj również:  "Złość" – Kryzys męskości po francusku [RECENZJA]

17 lat to szmat czasu. Od premiery Bad Boys 2 minęło więcej czasu niż między premierami Powrotu Jedi oraz Mrocznego Widma, które teraz wydają się tak odległe i niedostępne. Jeśli jednak nic nie stało na przeszkodzie, to właściwie dlaczego ktokolwiek musiałby mówić „pas”? Otóż Will Smith wiele lat odmawiał powrotu do roli Mike’a Lowreya, na szczęście jednak upływający czas skruszył jego serce i od początku tego roku możemy oglądać w kinie jedną z największych pozytywnych niespodzianek tego roku. Drugą największą niespodzianką tego roku było cameo Michaela Baya, wokół którego kamera zrobiła typowe dla niego 4 obroty. Oczywiście bez żadnego powodu.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Poprzednie dwa filmy, twórczość Michaela Baya, "Szybkich i wściekłych"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.