„Mirai” – wszystko zostaje w rodzinie [RECENZJA]

Przez bardzo długi czas czułem niechęć do japońskiego kina animowanego. Nie była ona czymś uwarunkowana, raczej stała się stałą i niezmienną cechą mojego „gustu” filmowego. Wtem pojawił się serial “Violet Evergarden”, a wraz z czekaniem na kolejny odcinek, rodziła się moja miłość do anime. Od tego czasu minął już rok, a mój zapał do poznawania nowych historii opowiadanych przez twórców z Kraju Kwitnącej Wiśni nie wygasł. Wręcz przeciwnie – coraz chętniej daję się pochłonąć tymże historiom, cicho w duchu przeklinając swoją  wcześniejszą ignorancję. W takich oto okolicznościach ukazał mi się film Mamoru Hosody. Obraz ten, nominowany do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film animowany, potraktowałem jednak bardziej osobiście aniżeli inne obrazy z jakimi spotykałem się ostatnimi czasy.

Tytułowa Mirai to dopiero co narodzona córeczka pewnego japońskiego małżeństwa. Jej nadejścia wyczekiwał Kun, pierworodny i nieco rozpieszczony syn pary. Ot, rodzina jakich wiele – mąż, żona, kilkuletni syn. Stan ten zmienia się całkowicie po przyjściu na świat uroczego berbecia. Nikogo bowiem nie dziwi, że to właśnie ta mała, słodka dziewczynka zajmie na pewien czas miejsce na familijnym świeczniku. Miejsce, które wcześniej zajmował Kun. Problemy z pogodzenim się chłopca z (w jego odczuciu) zepchnięciem go na drugi plan przez rodziców są punktem wyjścia dla filmu. W trakcie jednego  z napadów złości spowodowanych nieco mniejszym zainteresowaniem, młody Kun trafia do tajemniczego ogrodu, w którym spotyka nastoletnią Mirai.

Historia Kuna jest mi w pewien sposób bardzo bliska. Sam posiadam młodszego brata, wiem jak to jest zabiegać o czyjąś uwagę tylko dla tych kilku chwil bycia przysłowiowym “pępkiem świata”. Dlatego też zdaję mi się, że wiele osób odnajdzie w nim jakąś cząstkę siebie – dziecięcą niepewność, zupełnie nieprawdziwą, lecz przerażającą wizję odrzucenia przez rodziców czy też samotność w obliczu nowych obowiązków.

Kadr z filmu „Mirai”
Zobacz także: Recenzję „Polar”

Niewątpliwie, im mocniej zadziała na was film na płaszczyźnie emocjonalnej, tym bardziej go docenicie. Nie ma co się oszukiwać, Mirai jest produkcją wzruszającą i okraszoną odpowiednim morałem, jednak miejscami zahacza o banały i generalizacje. Na szczęście, nie ma ich na tyle wiele, by uznać obraz za niestrawny czy niepotrzebny. Ja czuję się jednak nieco zawiedziony – piękna acz subtelna animacja i delikatna ścieżka dźwiękowa zasługiwały na nieco większą śmiałość twórców. My, jako widzowie także zasługiwaliśmy na lekką dozę szaleństwa.

Obok historii Kuna, która z czasem staje się nieco schematyczna, Hosoda przedstawia nam także życie ojca, starającego się wejść w buty małżonki, która po urlopie macierzyńskim musiała wrócić do pracy. By krótko go scharakteryzować chciałbym napisać tylko jedno – jeśli patriarchat ma umierać, to chciałbym by czynił to właśnie w taki sposób. Dyskretny humor wyśmiewa wszystkie problemy adaptacyjne, wykorzystując swój cały potencjał. Nie mamy jednak do czynienia z bezwstydną szyderą, a uczciwym przedstawieniem problemu, który dotyka coraz większą część pracujących zdalnie mężczyzn. Niezależnie od płci, pochodzenia czy posiadanej wiedzy, dostosowanie się do sytuacji, w której ktoś potrzebuje twojej pomocy by przeżyć nie jest łatwe.

Jestem rozdarty po tym filmie. Z jednej strony jest on piękną laurką dla rodziców i dzieci, prezentujących ich zmagania w walce o lepszą przyszłość dla siebie nawzajem. Z drugiej jednak strony twórcy nie pozostawili nam zbyt wiele swobody interpretacyjnej. Pojawia się tutaj zbyt wiele scen tłumaczących to, co mogłoby pozostać w sferze subtelnej symboliki. Odpowiednio użyte niedopowiedzenia, mimo iż ryzykowne, stanowią zwieńczenie produkcji, do których chce się wracać. Mirai natomiast jak rozpoczęło się truizmem tak pozostaje truizmom wierne aż do końca. Wciąż piękne, lecz nieco sztampowe.

Kadr z filmu „Mirai”
Zobacz także: Recenzję „Samui Song”

Mirai może i nie ma większych szans na nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej. Nie zmienia to jednak tego, że nawet jeśli ociera się o banał, oczywistość i schematyczność, polecę ten film każdemu nieszczególnie zapoznanemu z japońską kinematografią. Najnowsze dzieło Hosody jest na tyle uniwersalną opowieścią o dzieciństwie, dorastaniu i odkrywaniu swojego miejsca w rodzinie i domu, że nawet odmiennie brzmiący język nie powinien nikogo odstraszać od seansu. Zbierz więc swoich bliskich, w miarę możliwości idź do kina. Zabierz ze sobą młodszego brata bądź siostrę. Podziel się swoją historią. Opowiedz jak to jest pokochać swoje rodzeństwo.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.