„Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw” [RECENZJA]

Szybcy i wściekli to seria niezwykła. Obecnie zapewne ze wstydem przypominająca sobie swoje miałkie i mdłe, ale jednak charakterystyczne zaczątki. Undergroundowy rodowód zmętniał, stawka rośnie z każdym filmem coraz bardziej, liczba globalnych zagrożeń wciąż rośnie. Nigdy jednak nie zatracono żenującego żerowania na familii, rozumianej oczywiście jako komunia złodziei i oszustów, wolnych i zagubionych pośród samochodowych spalin dusz. Dzięki Bogu żyjemy w czasie postmodernistycznej pożogi, która na chwiejące się nogi wydumanej serii położyła przeświadczenie, że garstka kryminalistów, nie dość że może uratować świat (już czterokrotnie), to jeszcze będzie mogła określić się jako moralny kompas dla każdego, kto takowego drogowskazu potrzebuje.

Wspomniany płomień pozwolił dolać do z lekka już wyczerpanej konwencji czegoś, co określić można jako zwrot w kierunku jonhwickowskiego realizmu dublerów, kaskaderów i wszelkiej maści ekspertów od prostego, acz skutecznego naparzania się po mordach. Po spuszczeniu powietrza z zadęcia, jakie wprowadza majstrujący przy scenariuszach Vin Diesel, otrzymaliśmy przyjemny, momentami zabawny film z gatunku jakich wiele powstało i jakich jeszcze więcej powstanie. Na szczęście, tym razem seans nie grozi wstrząsem anafilaktycznym.

Nie powiem jednak, że nie obyło się bez problemów. Sekwencja wprowadzająca nas w odmienne światy łysych jegomościów, od których zależeć będzie los świata, to jedynie żałosna próba włożenia w ten tygiel wszystkiego, co pojawiło się w ciągu ostatniej dekady, pierwiastek Guya Ritchiego. Niestety, będzie on powracać niczym nie do końca zaleczona infekcja wirusowa.

Kadr z filmu „Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw”
Zobacz także: Recenzję „Przynęty”

A skoro o wirusach mowa, to warto zwrócić uwagę na historię przedstawioną nam na ekranie. Żartuję – wcale nie warto. Po prostu sobie jest. Pretekstem do gonienia się wokół globu jest wirus stworzony dla eliminacji osób niepasujących do posthumanistycznej wizji Eteonu. Hattie, siostra Deckarda Shaw wrobiona w kradzież broni musi uciekać przed człowiekiem 2.0 – demonstracją potęgi posthumanizmu, niemal niezniszczalną hybrydą człowieka i maszyny, czarnym Supermanem – Brixtonem. Zestawcie do tego chodzący czołg oraz skaczącego po ścianach Brytyjczyka i z miejsca wszystko jest nieco szybsze i wścieklejsze.

I właśnie na tym żeruje omawiany spin-off. Na tych dwóch, przepełnionych adrenaliną i testosteronem przeciwnikach, których konfrontacja była jedynym, co warto było zobaczyć w ósmej (!) części franczyzy. Żaden z nich nie jest jednak nietykalnym i przepełnionym bożą mądrością Dominikiem Torreto. I chyba tylko i wyłącznie dlatego to zestawienie nie zawiodło.

Oboje wnoszą do filmu swój bagaż. Później nawzajem rozpruwają swoje walizki i obrzucają się obelgami ku uciesze widza. Dwayne to wielka kupa mięśni bez rozumu, a Statham ma głos Harry’ego Pottera po dziesięciu latach palenia dwóch paczek papierosów dziennie. I żaden z nich nie wstydzi się siebie. Dystansują się od swojego wizerunku, wzajemnie wyśmiewają swoje wady i emploi. Wciskają pedał gazu na tyle, na ile pozwala im PG-13. No właśnie. Film od samego początku prosi się o wyższą kategorię wiekową. Niemal zgrzyta i krztusi się za każdym razem, gdy tylko wytwórnia zaciąga ręczny i każe przeparkować żart, puentę czy inaczej rozegrać scenę tortur.

Kadr z filmu „Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw”
 Zobacz także: Recenzję „Parasite”

Oczywiście, większość ciepłych słów płynących w stronę Hobbs i Shaw trafi w stronę Luke’a Hobbsa i Decarda Shawa, a czymś niewybaczalnym byłoby pominięcie Vanessy Kirby, która zeszłego roku w kolejnej misji niemożliwej udowodniła, że stereotypowe męskie kino nie jest jej obce. Tym bardziej cieszy więc fakt, że dzięki większemu czasowi ekranowemu oraz zespoleniu jej z osią fabuły, jest ona niczym serce, które bijąc pompuje krew pozwalającą gardłu na kłótnię z tymczasowym partnerem w sprawie. Olśniewająca kiedy trzeba, zawsze w pełnym makijażu oraz z całą paletą zabójczych trików, jawi się jako swego rodzaju bogini kina klasy B. Miksujący ze sobą co tylko może Leitch dokłada do niej słynny brytyjski posh ma z niej pożytku więcej aniżeli z czarnego Supermana.

Jakkolwiek nie byłby to wspaniały koncept, nie mogę uznać go za w pełni udany. Idris Elba oczywiście daje z siebie wszystko. Jego dublerzy i kaskaderzy pewnie także nie odpuszczali. W przeciwieństwie do swojej roli w Star Trek: W nieznane, Brytyjczyk nie dostaje od twórców zbyt wiele do zaprezentowania. Jest sztampowy, nudny i jego zabawa konwencją jest raczej dość przewidywalną i niestety nieudaną próbą ratowania naszego szwarccharaktera.

Co tu dużo mówić. Jacy Szybcy i wściekli są, każdy widzi. Kto będzie chciał i tak zakupi bilet do kina i na własne oczy przekona się, czy kolejny eksperyment tej prawie dwudziestoletniej przygody się powiódł. Mnie dostarczył mnóstwo dobrej zabawy oraz dużo śmiechu. W wakacyjny wieczór nie potrzebuję niczego więcej.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.