“Gra o wszystko” – Recenzja

Debiut reżyserski Aarona Sorkina, twórcy kilku fantastycznych scenariuszy (The Social Network, Steve Jobs), jest rozbitym filmem. Głównym powodem tego rozbicia jest fakt, że debiutujący za kamerą Sorkin nie przekonuje w żadnym calu nas do tego, że oglądamy film, który trzeba zobaczyć. Oczywiście warto, bo tekst Sorkina jest niczym samograj, niepotrzebujący znacznych środków taniej ekspresji czy długich sekwencji krwawej akcji by zaciekawić widza.

Poznajemy postać Molly Bloom niejako trzytorowo. W jednej chwili mamy przed sobą Jessicę Chastain, która wciela się w swoją bohaterkę na samym końcu linii czasowej – podczas aresztowania, dwa lata po wydarzeniach, które kończą film. Głównym sposobem opowiadania zaproponowanym przez reżysera są nomen omen opowieści Molly, która albo mówi do nas z offu( w zasadzie to cały czas mówi, albo mówi do swojego prawnika, granego przez Idrisa Elbę, który ostatnimi czasy nie przywykł zawodzić oczekiwań widzów.

Poznajemy historię Molly, zatrzymując się na kilku ważnych wydarzeniach – jej próbie dostania się na Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City, później na rozwoju kariery w branży pokerowej oraz gdy stara się obronić dobre imię w przepychance prawnej z FBI.

Reszta to już strefa spoilerów, których wolę uniknąć.

W pewnym momencie filmu, gdy już zostaliśmy pochłonięci niezłym tempem oraz olśniewającą Jessicą Chastain, możemy mieć z tyłu głowy pytanie „Dlaczego w ogóle to miałoby mnie obchodzić?”. Reżyser jednak unika odpowiedzi na to pytanie, bo wyraźnie nie ma na nie żadnej odpowiedzi. Jednak gdy wraz z Molly, pójdziemy drogą szarej strefy, do jaskini na wpół legalnego hazardu, wsłuchani w jej głos, film może się spodobać. Wprawdzie nie ma większych wad, jest po prostu lekko nijaki stylistycznie. Sorkin wodzi nas za nos podkręcając tempo wypowiedzi czy akcji niejako obiecując jakiś plot twist mający obrócić całą historię do góry nogami.

Tak się niestety nie dzieje. Moment, w którym moglibyśmy uwierzyć, że to chwila przedefiniowania naszej opinii o bohaterce jest poprowadzony reżysersko kompletnie bez wyrazu czy polotu, i to pomimo świetnego tekstu, jaki dostali aktorzy.

Błędów reżyserskich nie nadrabia ani muzyka, która w filmie jest mniej niż tłem, ani praca kamery, która raczej gna za bohaterami, aniżeli pokazuje nam cokolwiek o co moglibyśmy poprosić, ale nie możemy.

Na osobny akapit zasługuje Jessica Chastain. Jej rola jest wyrazem jej aktorskiego emploi, jak również wspaniałym pokazem kobiety-kameleona, która bez wysiłku racjonalizuje sobie każdą swoją złą decyzję czy niedozwolone zachowanie, by przekuć to w swoją siłę, która pozwoli jej po raz kolejny odbić się od dna.

Wydaje mi się, że największą zaletą tego filmu (obok wspaniałej Chastain, mocnej roli Elby oraz ostatnio kulejącego aktorsko Costnera) jest właśnie Aaron Sorkin. Jego tekst napędza całą machinę tej gry. Jednak jest też jego największą wadą. Po seansie miałem w głowie myśl „Jak wiele lepszy byłby to film, gdyby nakręcił go Danny Boyle?”

Niestety się nie dowiemy. Lecz i tym razem nikogo nie powinien rozczarować ten film, bo choć ktoś mógł zrobić to lepiej, nie oznacza, że tym razem było źle.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.