NetflixRecenzjeSeriale

“The Crown” – Zachwycający 3. sezon [RECENZJA]

Martin Reszkie
The Crown

Dwa lata przyszło nam czekać na trzeci rozdział powieści tworzonej przez naczelnego miłośnika wewnątrzdynastycznych perypetii i teorii spiskowych. Od czasu premiery drugiego sezonu, tj. 8 grudnia 2017 roku, w serialowym światku zmieniło się wszystko ale jednocześnie niezmienne pozostało dążenie do perfekcji. Jedynie w tym roku zostaliśmy oszołomieni Czarnobylem oraz Euforią, ze śmiechem oglądaliśmy kompromitację ósmego sezonu Gry o Tron, a na horyzoncie jawi nam się jeszcze Mandalorian.

Z tym większym zniecierpliwieniem czekałem na to, co Peter Morgan przygotował dla Netflixa. W komentarzach do tekstu o 5 powodach, dla których warto zobaczyć nadchodzący sezon pojawiły się poniekąd słuszne spostrzeżenia o tym, że dopiero teraz show wchodzi w okres najciekawszy dla postronnych. Gdyby to stwierdzenie było słuszne z rzeczywistością, Peter Morgan miałby przed sobą samograj, pełnoprawne serialowe perpetuum mobile. Czy z czymś takim mamy do czynienia? Odpowiedź na to pytanie, jak zawsze zresztą, jest niejednorodna.


Zobacz również bezspoilerowe pięć powodów, dla których warto obejrzeć 3. sezon „The Crown”

Na początku przygody z nowym sezonem obawiałem się, że zmiana aktorów oraz niewielka, lecz zauważalna zmiana tonacji całego przedsięwzięcia okaże się zbyt dużą przeszkodą do przeskoczenia. Za pewnym popularyzatorem wiedzy muszę więc powtórzyć: nic bardziej mylnego. Przejście pomiędzy aktorami różnych generacji odbywa się płynnie, a można by się pokusić o stwierdzenie, że takowy zabieg producentów może rozpocząć nowy trend podczas trwającego obecnie serialowego renesansu.

The crown

Wspominam o tym na samym początku nie bez przyczyny. Otóż o ile w moim mniemaniu pierwszy sezon koncentrował się głównie na postaci brytyjskiej monarchini, drugi natomiast coraz mocniej akcentował istnienie jej małżonka oraz morganowską fiksację na męskości Filipa Mountbattena. Na szczęście dla serialu, jego najnowsze dziesięć godzin burzy przeszłość.

Subtelna promocja za pomocą wizerunku władczyni w mediach potęguje wrażenie, jakoby to Elżbieta Regina miała być najważniejszą figurą na scenopisarskiej szachownicy. Oczywiście, zachowała ona prym wśród pozostałych pionów, jednakże to władza per se jest tym, co wywyższa nawet władczynię.

Przeczytaj również:  Bad Boys for Life [Recenzja]

Przeczytaj również: “Historia małżeńska” – Rozstanie [RECENZJA]

Tytułowa korona przestała być jedynie obciążeniem dla młodej królowej i jej małżeństwa z niesfornym mężem. Teraz stała się także cudzym pragnieniem, celem istnienia i punktem, do którego zmierza jej potomek. Karol, bo o nim mowa, wyrasta ponad swoje rodzeństwo, ponad swoich rówieśników, a także ponad postaci z własnej rodziny nie tylko pod względem charakterologicznym, ale także pod względem tego, że jako jedyny z niewielu wyczekuje na śmierć swojej rodzicielki.

Peter Morgan wiedząc dobrze, że napisanie kolejnego sezonu nastawionego na dychotomię pomiędzy jedynie dwiema osobami byłoby wręcz nietaktem względem widzów, gra w otwarte karty. Szafuje bohaterami, prezentuje wiele wątków, daje wybrzmieć każdemu. Dzięki temu nie brodzimy w małżeńskich męczarniach, a płyniemy za ocean z Małgorzatą, snujemy się po salach Uniwersytetu Walijskiego z Karolem czy wraz z królową szukamy sposobów na poprawienie osiągów jej stadnin.

Nic z tego by się nie udało gdyby nie to, że twórcy nieco odważniej otworzyli bramy windsorskiego zamku. Odejście od kamiennego spojrzenia Claire Foy przesunęło akcenty w całej opowieści. Wracając myślami do jej interpretacji władczyni mam przed oczami półboski monument reprezentujący wierność zasadom, obowiązkowi i tradycji. Jako hobbystyczny badacz przeszłości monarszej odnoszę wrażenie, że takowa interpretacja jest niezwykle bliska rzeczywistości. Historyczna poprawność ma jednak to do siebie, że nie zawsze idzie w parze z kinem czy serialem. Widzowie zazwyczaj cierpią katusze poznając rzędy marmurowych postaci, zimnych, nieobecnych i niezmiernie nudnych.

The Crown


Przeczytaj również: “Szukając Alaski” – Znajdując ból [RECENZJA]

Co ważne, ewoluuje nie tylko głowa rodziny. Począwszy od Filipa, który w kreacji Tobiasa Menziesa wyrasta z kogoś na zasadzie sidekicka na serce całego sezonu. Rewelacyjna postawa aktora punktuje wszystkie wady w świetnej przecież roli Matta Smitha, a nawet niemal całkowicie przysłania bezpieczną i wycofaną Olivię Colman. Być może za moją opinią kryje się nieco przesadzona chęć poznania Elżbiety jako postaci o wiele bardziej dynamicznej. Dobrze się składa, że znajdujemy się dopiero w połowie całej historii o domie windsorskim, mogę więc z nadzieją czekać na kolejne sezony.

Przeczytaj również:  "Queen & Slim" – Naelektryzowany politycznie "Drive" [RECENZJA]

Pomimo faktu, że małżeństwo panujące stanowi trzon serialu, całkiem sporo dobrego dzieje się także poza nim. Nie sposób wymienić wszystkich drugo- i trzecio- planowych wątków oraz postaci, jednakże uważam, że na szczególne wyróżnienie zasłużył Charles Dance w roli Lorda Mountbattena. Emanujący energią, niezmordowaną pasją oraz najwyższym poczuciem obowiązku może i przypomina Tywina Lannistera, jednak kawału dobrego aktorstwa nigdy za wiele. Tak jak napisałem, takich wątków i postaci jest więcej.

Aczkolwiek kim byłbym jeśli teraz wymieniłbym wszystkich i odebrał wam przyjemność z szukania oraz poznawania kolejnych wyjątkowych występów? Nie mam zamiaru opowiadać na to pytanie, dlatego przejdę od razu do podsumowania. A jest ono względnie krótkie i przejrzyste: trzeci sezon The Crown to kawał naprawdę świetnie wykonanej roboty. Zachwycający tym, czym zachwycały poprzednie sezony przy jednoczesnym poprawieniu ich bolączek i mankamentów. Eksploracja historii Windsorów jeszcze nigdy nie była tak wciągająca. Dopiero premiera, a ja już czekam na więcej.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.