“James Bond” Okiem Filmawki – Zmiany w postaci na przestrzeni dekad

Ponad 50 lat to kawał czasu. Widać to po cenie ropy, rozmiarze telefonu i grubości telewizora. Widać to również po Bondzie, jednej z najdłuższych serii filmowych. Wiele się w tym czasie zmieniło – między innymi odtwórcy głównego bohatera, których było sześciu. Zmieniali się też dystrybutorzy, czy producenci, ale Bond, agent Jej Królewskiej Mości, nie zmienił celu – obrona Anglii i Królowej. Zacznijmy więc wyliczenie naszych bohaterów.


Sean Connery – pierwszy James Bond

James Bond
Kadr z filmu “Goldfinger”

To on był osobą, która jako pierwsza wcieliła się w postać Jamesa Bonda w filmach z oficjalnego uniwersum, wydawanych przez EON Productions. Jako pierwszy odtwórca tej roli, najbliższy był oryginalnemu, seksistowskiemu, bezwzględnemu wobec przeciwników brytyjskiej korony Agentowi 007. Możliwe, że zawdzięczamy to temu, że w czasie kręcenia pierwszych filmów z Connerym, Ian Fleming, autor książek i jednocześnie twórca postaci najsłynniejszego brytyjskiego szpiega, wciąż żył.

James Bond, w którego wcielał się Sean Connery, wyrobił sobie markę – filmy z niego udziałem były dochodowe i po prostu co najmniej dobre, przy czym ciężko było w nich zarzucić coś scenariuszowi – może właśnie dlatego, że był on dość wierny książkom. Owszem, już w przypadku pierwszego z filmów, jakim był Doctor No (1962), zmieniono kilka elementów (mało kto wie, że w książkowym oryginale, po Bondzie pełzała skolopendra, a nie jadowity pająk, jak to miało miejsce w klasycznej już filmowej scenie), podobnie zresztą było w dalszych produkcjach (min. cały plan Goldfingera, który opisywaliśmy w naszym zestawieniu antagonistów). Wciąż jednak, pod względem scenariusza, ciężko było się o cokolwiek przyczepić. Podobnie wygląda kwestia realizacji technicznej filmów, która dobrze przetrwała próbę czasu.


George Lazenby

James Bond
Kadr z filmu “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”

Następca Connery’ego, George Lazenby, to epizod, o którym zdecydowana większość fanów serii stara się zapomnieć. Jedyne, w czym Lazenby dobrze wypadał, to walka wręcz, co biorąc pod uwagę jego przeszłość w wojsku i fakt, że prywatnie był instruktorem samoobrony, nie powinno zaskakiwać. Cały film jednak, razem z absurdalnym wręcz zakończeniem (Bond, który się ożenił…? To zdecydowana przesada) daje wrażenie zrobionego jakby na siłę i nie dziwi decyzja o ponownym obsadzeniu w roli Agenta 007 Seana Connery’ego, który wcielił się w tę rolę po raz szósty w mającym swą premierę dwa lata później filmie Diamenty są wieczne.


Roger Moore

James Bond
Zdjęcie z planu filmowego “Człowiek ze złotym pistoletem”

Trzecią z kolei postacią, wcielającą się w postać charakterystycznego szpiega, był Roger Moore. Serię siedmiu produkcji, w których zmarły zaledwie przed rokiem aktor odgrywał rolę Jamesa Bonda, można z pewnością uznać za przełomową. Wraz ze swoją komediową przeszłością, wniósł do serii sporą dawkę świeżego humoru. Wciąż jednak, z tego powodu, wiele osób uważa ten okres, pełen efektownych scen, niezwykłych wynalazków Q i coraz mniejszej dawki realizmu, za pomyłkę. Tego typu fala filmów ciągnęła się aż do 2006 roku, kiedy to ukazało się Casino Royale, pierwszy film z Danielem Craigiem. Ale o tym później później.

Roger Moore jako Agent 007 nie wypadł wcale tak źle, był bardzo charakterystyczną postacią, a niektóre z jego filmów z uniwersum EON Productions były wręcz bardzo dobre – jak na przykład wyróżniany już przez nas Człowiek ze złotym pistoletem (1974). Ze względu jednak na stopniowe odchodzenie od tak ważnej w produkcjach z Connerym koncepcji filmu szpiegowskiego, obrazy z Moorem zazwyczaj nie zachwycały. W końcu to za jego kadencji powstał Moonraker (1979), a także Ośmiorniczka (1983) czy Zabójczy widok (1985)… James Bond Rogera Moore’a może uchodzić za symbol zmian w serii, które najłatwiej można dostrzec zestawiając pierwsze wydane z nim produkcje z tymi, które wyszły jako ostatnie.


Timothy Dalton

James Bond
Kadr z filmu “Licencja na zabijanie”

Trudno ocenić jednoznacznie rolę Daltona jako Bonda. Z jednej strony, strony, stanowił on nowe rozdanie w filmach o brytyjskim szpiegu. Ewidentnie widać, że producenci zauważyli jak bardzo seria po kolejnych filmach z Rogerem Moorem staczała się w otchłań autoparodii, w której starszy pan próbuje ratować świat za pomocą zabawki wyciągniętej z buta. Timothy Dalton jest całkowitym zaprzeczeniem takie przedstawienia Bonda – jest twardy, nieustępliwy i brutalny, tak jak sobie tego życzył Ian Fleming.

Z drugiej jednak strony, filmy z jego udziałem (a szczególnie ten drugi) zaliczyły raczej wpadkę budżetową. Być może to przez słabą promocję, być może z powodu zbyt dużej rozbieżności między tym jak następujący po sobie aktorzy prezentują jedną postać. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że o ile w W obliczu śmierci (1987) bardzo dobrze poprowadzono główną postać kobiecą oraz jej romans z Bondem, tak w Licencji na zabijanie (1989) żadna z dwóch “Bond-girl” nie czuła specjalnej chemii z Daltonem, który w ostatecznym rozrachunku wygląda niczym nieśmiały chłopiec otoczony pięknymi kobietami. Chyba nie o taki powrót do korzeni chodziło.


Pierce Brosnan

James Bond
Kadr z filmu “GoldenEye”

Świat po zimnej wojnie, M w spódnicy i brak w światowego zagrożenia o rozmiarze państwa. Te czynniki musiały determinować fabułę którą poprowadzili scenarzyści GoldenEye (1995), a ludzie od castingów musieli wpasować w ten format kogoś nowego, kto poniesie serię raz jeszcze. Wybór padł na Pierca Brosnana, który w swoim pierwszym epizodzie był tak fantastycznie zrównoważony, że aż przykro patrzeć jak źle się to skończyło. Humor z polotem w stylu Rogera, bezpardonowość Seana, a to wszystko podlane zimną krwią i wyrachowaniem. Taki był Bond Brosnana.

Niestety dobre złego początki, bo im dalej w las, tym dłużej Brosnan kroczył po swojej drodze na zatracenie. Finalny epizod – Śmierć nadejdzie jutro (2002) mający być celebracją 40-lecia serii okazał się gniotem godnym najgorszych filmów z lat 80., przepełniony efekciarstwem, czerstwym żartem i niezamierzoną duchową kontynuacją filmów o Austinie Powersie.


Daniel Craig – współczesny James Bond

James Bond
Kadr z filmu Skyfall

W 2006 roku na nowo rozpędzono serię. Nadano jej tożsamość inną niż zwykle – blondyna z przerzedzoną grzywką o przeciętnym wzroście i śmiesznych uszach. Właściwie nikt nie wierzył, że to ma szansę dać radę – a jednak dało radę. Pędzący bez postoju Daniel Craig zrobił coś, czego nie zrobił Dalton – pomimo średniej interakcji z większością kobiecych postaci (poza Vesper) przyciągnął filmowi nie tylko dobre recenzje ale i wiadro pieniędzy.

Czego by nie mówić o współczesnych bondach (że zrzynka z Jasona Bourne’a, że mordownia, kto to montował, że utracił ducha oryginału itp.) to własnie Craig ma na swoim koncie największą ilość eksperymentów z konwencją. Bezpieczny start z kinem szpiegowskim najwyższej klasy, eksperyment z maszyną do zabijania napędzaną zemstą w Quantum of Solace (2008), osobisty i w pewnym aspekcie bardzo intymny Skyfall (2012) oraz nieudane Spectre (2015) o starszym panie, który wciąż daje radę, dają nam obraz postaci podlegającej ciągłej ewolucji. Żadna z głównych postaci również nie stoi w miejscu, nawet jeśli do wielu zmian mamy wątpliwości.

Zobacz również: „James Bond” okiem Filmawki – Najlepsi antagoniści z serii o Agencie 007

Krótka sygnalizacja przenoszenia akcentów w nieco już spróchniałej serii zakończona. Czekamy na nowe, premiera 8 listopada 2019 roku. Liczymy, że Danny Boyle dostarczy. Oraz, że Daniel Craig będący dopiero drugim aktorem, który wcieli się w Bonda po pięćdziesiątce, nie będzie tak znudzony swoją postacią jak w Spectre.


Seria Okiem Filmawki powróci

Recenzent i badacz kina słoweńskiego, poza tym fan dorobku autorskiego takich reżyserów jak Fellini czy Scorsese. Językoznawca, obecnie student filologii słowiańskiej.


2 thoughts on ““James Bond” Okiem Filmawki – Zmiany w postaci na przestrzeni dekad

  1. Nie bardzo rozumiem złe zdanie o “Spectre”… Moim zdaniem pierwszy “bondowski” Bond od czasów filmów z Connerym – których już pewnie nigdy nikt nie doścignie.
    Za to jestem wyjątkowo przyjemnie zaskoczony akapitem o Rogerze Moore – moim zdaniem najsłabszy Bond i faktycznie autoparodia. Nie rozumiem zachwytu nim większości recenzentów.

    1. Nie ma co też gloryfikować wszystkich filmów z Connerym, bo takie “You Only Live Twice” było jednak sporym niewypałem. Nie ma jednak wątpliwości, że to na jego barkach została wzniesiona ta seria i bez niego to mogłoby się potoczyć w stronę anulowania całego projektu.
      A co do Spectre, to chyba jednak został zrobiony krok wstecz względem Skyfall.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.