Advertisement
KomiksKultura

“Daredevil. Mark Waid. Tom 1” – odroczenie wyroku [RECENZJA]

Maurycy Janota
Fragment okładki tomu "Daredevil. Mark Waid. Tom 1" / fot. materiały prasowe

Mało która wydawnicza historia komiksowego zamaskowanego herosa tak bardzo rozgranicza się na dwa wyraźnie różne etapy, jak ma to miejsce w przypadku Daredevila. Od swojego debiutu w 1964 roku do początku lat 80. niewidomy obrońca Hell’s Kitchen był superbohaterem w klasycznym tego słowa znaczeniu – walczył z potworami oraz powstrzymywał wymyślnych łotrów, snujących absurdalne, acz złowrogie plany. Potem wydawnictwo powierzyło serię w ręce Franka Millera, a ten praktycznie stworzył ją na nowo, wprowadzając na przestrzeni dwudziestu czterech zeszytów szereg elementów i motywów, które w historiach o Matcie Murdocku obecne są do dzisiaj.

Pewnie niektórzy z Was już się zastanawiają, czemu ten gość znów nawija o Millerze. Czemu wspomina o nim przy okazji komiksu młodszego o trzydzieści lat? Cóż, jeśli chce się zbudować odpowiedni wstęp i wyjaśnić skąd ta nagła zmiana tonu, jaka następuje po siódmym tomie Nieustraszonego, zwyczajnie nie da się inaczej. Odpowiadający za zebrane w tamtym albumie zeszyty, Andy Diggle, podobnie jak każdy następca Millera (m.in. Kevin Smith, Brian Michael Bendis i Ed Brubaker) podążał jego śladem, czyli korzystał z postaci Kingpina, Bullseye’a, Elektry oraz klanu The Hand, a także pilnował, by Daredevilowi dalej towarzyszyła ponura, uliczna konwencja. Sęk w tym, że oparł się na pomysłach wybitnego poprzednika do tego stopnia, że wręcz je wyeksploatował. To zaś sprzyjało zrezygnowaniu z nich na jakiś czas i spróbowaniu czegoś innego.

I tu pojawia się osoba Marka Waida, który bez trwogi w sercu machnął ręką na ostatnie trzy dekady poplątanych losów Śmiałka i podjął się zadania przekonania czytelników, że to, co wyprawiali wcześniej Stan Lee, Roy Thomas albo Gerry Conway również ma swoją wartość i nie zasługuje na to, by popaść w całkowite zapomnienie.

Przykładowa plansza z “Daredevil. Mark Waid. Tom 1″ / fot. materiały prasowe

W ich erze Daredevil dysponował znacznie szerszą i bardziej różnorodną galerią złoczyńców, ale niekoniecznie było to plusem. Nie wszyscy jej członkowie przetrwali bowiem tranzycję do wymogów komiksowej współczesności – żeby pozostać wśród żywych, Owl musiał ewoluować z fruwającego na swojej pelerynie dziwaka w nieokrzesanego gangstera, a groźny Gladiator okazał się budzącym współczucie chłopcem w ciele dorosłego mężczyzny. Inni, którzy nie mieli takiego potencjału, jeden po drugim, znikali z kart serii. Waid postanowił nie tyle odkurzyć te same nazwiska, ile odtworzyć klimat tamtego eskapistycznego, bogatego w barwnych bohaterów świata. Stąd też w odświeżonym Daredevilu zrobiło się miejsce dla przenoszącego się przez czarne portale Spota, panującego nad dźwiękami Klawa, żyjącego w podziemiach Mole Mana oraz iście bondowskich organizacji pokroju Hydry, Secret Empire czy Black Spectre.

Przeczytaj również:  Tinderowe romanse, ciężary rodzicielstwa i kreatywne animacje. Przegląd programu Short Waves Festival

Murdock próbuje na nowo pogodzić pracę prawnika z obowiązkami samozwańczego stróża w masce (o co tym razem jest wyjątkowo trudno, wszak opinia publiczna w dużej mierze nadal posądza go o bycie Daredevilem) i odzyskać zaufanie społeczności superherosów, która po wydarzeniach z eventu Shadowland także uważniej patrzy mu się na ręce. Sytuację dodatkowo komplikuje wejście przez niego w posiadanie tajemniczego Dysku Omega, który zawiera informacje o pięciu największych grupach przestępczych i trafienie w ten sposób na ich celownik.

Przykładowa plansza z “Daredevil. Mark Waid. Tom 1″ / fot. materiały prasowe

Run Waida należy rozpatrywać w kategoriach eksperymentu. Ogromny stylistyczny przeskok w stosunku do ośmiu poprzednich tomów (a de facto dwunastu, jeżeli uwzględniać cztery wydania zbiorcze komiksów Millera) znajduje co prawda uzasadnienie w korzeniach postaci oraz możliwościach dawanych przez tak rozbudowane uniwersum, ale czysto fabularnie i tak mógłby wydawać się zbyt gwałtowny. Mógłby, gdyby nie wprawione pióro autora Kingdom Come i masa wdzięku oraz energii, którą obdarza swoje scenariusze. To samoświadome, oldschoolowe superhero, w którym czuć w skakaniu po dachach i obijaniu pięściami jednoznacznych złoli, coś wyzwalającego i bezpretensjonalnego. Brak moralnego, wewnętrznego skonfliktowania Matta jest tutaj jednak jedynie pozorny. Czytajcie między wierszami, a w niektórych scenach przebije faktyczny obraz jego skołatanej psychiki i jasnym stanie się, że uśmiech protagonisty to kolejna forma radzenia sobie z traumami, kolejna zakładana przez niego maska.

Pierwszy tom nowego woluminu Daredevila, nie tylko scenariuszowo, ale i graficznie odwołuje się do komiksowej estetyki lat 60. i 70. Kolory są tu wyraziste i nasycone, w przeciwieństwie do często statycznych, kreślonych grubą kreską rysunków Aleksa Maleeva lub Michaela Larka, kadry eksplodują dynamiką i płynnością. Ta niemalże pop-artowa oprawa nie każdemu musi naturalnie pasować do tytułu o Murdocku, ale raczej nikt nie powinien odmawiać jej konsekwencji (pomimo że udziela się tu w sumie pięciu różnych rysowników: Paolo Rivera, Kano, Marcos Martin, Khoi Pham oraz Emma Rios), schludności oraz pewnej innowacyjności – trochę już przeczytałem historii z tym bohaterem i wierzcie mi, żaden artysta nie prezentował wyjątkowego, opartego na wszystkich niewzrokowych zmysłach Matta radaru w tak ciekawy wizualnie sposób, jak robił to Rivera.

Przeczytaj również:  "Heavy Liquid" - spóźniony hit [RECENZJA]
Przykładowa plansza z “Daredevil. Mark Waid. Tom 1″ / fot. materiały prasowe

Najnowszy Daredevil od Egmontu może zostawiać odbiorcę z poczuciem obcowania ze znacznie mniej istotnym, mniej decydującym rozdziałem w życiu Diabła z Hell’s Kitchen niż okładające go tragediami i problemami runy Bendisa czy Brubakera. Ciężko wskazać jakiś przyświecający mu motyw przewodni, bądź główną fabularną linię, której od początku do końca ściśle by się trzymał (wątek Dysku Omega pojawia się dopiero w połowie zbioru). Składają się na niego bowiem krótsze, maksymalnie kilkuzeszytowe i utrzymane na równym poziomie historie. Nie spodziewajcie się więc ani spektakularnych szczytów, ani bolesnych dołów. Jak na nowe, ryzykowne otwarcie, wyszło naprawdę smacznie.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Lepsi wrogowie Spider-Mana, Hawkeye, Czarna Wdowa Marka Waida

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.