“Gość” – Recenzja [CAMPING #35]

Gościa łatwo zlekceważyć, ale ciężko zapomnieć – choć przecież niekiedy bardzo by się chciało. Głównie po to, żeby ponownie obejrzeć go po raz pierwszy i z czystą głową dać się wciągnąć w tę przewrotną grę, która wiąże się z seansem. Bez tego pozostaje regularnie odświeżać sobie tę produkcję i przy każdym podejściu przekonywać się, że… znajomość materiału i upływ czasu nijak jej nie szkodzi. Gość dalej tak samo smakuje i hipnotyzuje, jak przystało na dzieła aspirujące do miana kultowych.

Zobacz również: “Good Time” z Robertem Pattinsonem [RECENZJA]

Film Adama Wingarda z 2014 roku był zaskoczeniem zarówno na płaszczyźnie artystycznej, bo spotkał się z cieplejszym odbiorem niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, jak i fabularnej. Scenariusz przeplata tutaj rozmaite kinowe gatunki tak zuchwale i brawurowo, że na całej swojej długości trzyma w napięciu i nie pozwala przewidzieć widzom co znajdą na jego końcu. Reżyser osiąga ten efekt pomimo tego, że treściowo jego film nie stoi wcale na szczególnie mocnych fundamentach. Historia Davida, który zjawia się w progu drzwi dość typowej, acz dotkniętej tragedią rodziny, nie jest czymś, czego kinematografia nigdy nie widziała. To, że jego obecność będzie wiązać się z kłopotami, także nikogo nie powinno dziwić.

Gość
“Gość”

Punkt wyjścia zdaje się zatem raczej szablonowy. Kolejne minuty rzucają jednak inne światło na tę opowieść i zmuszają odbiorcę do zrewidowania swojego stanowiska względem filmu. Gość zawiązuje się bowiem jak telewizyjny dramat – odrobinę toporny, ale przy tym traktujący siebie w pełni poważnie. Po mylącym pierwszym kwadransie śmielej sięga już po sceny, którym bliżej klimatem i estetyką do mainstreamowego kina młodzieżowego czy też adaptacji tanich książkowych harlequinów. Oczywiście nadal towarzyszy im aura tajemniczości, którą rozsiewa David odkąd tylko pojawia się na ekranie. Ta zaczyna znikać dopiero, gdy projekt Wingarda przybiera formę szpiegowskiego thrillera, potem filmu akcji klasy B, jeszcze później rasowego slashera, a finalnie… niemalże produkcji science-fiction.

Zobacz również: Godzilla – Historia filmowego symbolu atomowej pożogi [CAMPING #34]

Reżyser prędko daje do zrozumienia, że Gość jest jedną wielką postmodernistyczną zabawą. Gatunkowym miszmaszem, dzieckiem kultury remiksu i zgrywą z utartych narracyjnych schematów. Popularne motywy zostają tutaj odwrócone do góry nogami, wątki romansowe poprowadzone inaczej niż zazwyczaj, a granica między protagonistą a antagonistą sprytnymi metodami zatarta. Ponadto z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że Wingard i scenarzysta Simon Barrett wychowywali się na takich klasykach z lat 70. i 80., jak chociażby Halloween Carpentera, Terminator Camerona albo Rambo: Pierwsza Krew ze słynną rolą Sylvestra Stallone’a. Da się to odczuć także w kompozycji kadrów, wykorzystanej scenografii oraz skrzętnie dobranych utworach muzycznych, nadających się do słuchania w zapętleniu.

Domyślam się, że po tym opisie Gość może wydawać się niczym więcej jak bezładną wydmuszką, próbującą łapać zbyt wiele srok za ogon. Jakim cudem taki twór, nieprzypisany do żadnego konkretnego gatunku, miałby trzymać się w ryzach? Wingardowi i Barrettowi się to udaje, bo wspomnianymi dziełami inspirują się z rozwagą i umiarem. Nie kopiują ich ani nie parodiują, a raczej starają się odtworzyć te same emocje, które budziły tamte obrazy. Nawet na chwilę nie gubią clou historii i nie zapominają o tym, że opowiadają przede wszystkim o wizycie enigmatycznego przybysza i że to właśnie na jego figurze powinni opierać cały film.

Gość
“Gość”

Tytułowego gościa do domu wpuszcza doświadczona przez życie matka, gdy ten deklaruje się jako bliski przyjaciel jej zmarłego syna. Proponuje mu, żeby został na kilka dni, dopóki czegoś sobie nie znajdzie. Następnie poznaje go ze swoimi dziećmi i mężem, którzy początkowo nie kryją niezadowolenia z faktu, że wprowadził się do nich zupełnie obcy mężczyzna. Ten natychmiast zauważa, że są wobec niego sceptycznie nastawieni, ale nie zraża się i naturalnie, stopniowo nawiązuje z nimi więź porozumienia i ostatecznie zyskuje ich zaufanie.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

To zrozumiałe. Sprawia przecież pozory chodzącego ideału. Co najważniejsze, scenariusz nie potrzebuje do tego ogłupiać bohaterów, których David owija sobie bez większego problemu wokół palca. Ulegają jego urokowi błyskawicznie, ale fabuła wystarczająco wiarygodnie to uzasadnia. Anna widzi w nim dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyznę, którym nigdy nie będzie jej chłopak, lokalny diler i obibok. Luke szybko zaczyna z kolei traktować go jak starszego brata – nie tyle namiastkę, co pełnoprawne zastępstwo Caleba. Ich matka, Laura, dzięki jego obecności i łzawym historiom z frontu, łatwiej oswaja się z żałobą po utracie syna. Czarujący David – wymarzony zięć, a może i ucieleśniona fantazja pozbawionej wrażeń kobiety po czterdziestce – pomaga jej wrócić do codzienności. Głowa rodziny, zrezygnowany, pesymistyczny i poddający się rutynie Spencer, znajduje zaś w gościu przyjaciela, który przy piwie wysłucha jego narzekania na pracę i dzieci.

David spełnia ich wewnętrzne, uformowane w danym momencie, potrzeby. Trafia do domu Petersonów dokładnie wtedy, kiedy okoliczności sprzyjają temu, żeby bez wahania go tam przyjąć. Swoją pozycję buduje nie tylko wdziękiem i czułymi słówkami, ale także autorytetem. Wielką satysfakcję przynoszą sceny, w których ktoś stawia Davida pod ścianą, czując, że ma go w garści. Bohaterowi wystarcza wówczas kilka argumentów i gestów, żeby odwrócić sytuację na własną korzyść. Niezależnie od tego czy wdaje się w przepychanki z niechcianym gościem na imprezie czy też próbuje ugadać dyrektora szkoły, który zamierza surowo ukarać uczęszczającego do niej Luke’a.

Zobacz również: “Crossroads – Dogonić marzenia” – Recenzja [CAMPING #33]

Dan Stevens w tytułowej roli stanowił niewątpliwe odkrycie i nie ma w tym nic dziwnego, że to właśnie po The Guest jego kariera nabrała tempa. Grany przez niego David jest postacią niesłychanie charyzmatyczną. Aktor kradnie wszystkie sceny, w których bierze udział, często przy pomocy najprostszego uśmiechu lub krótkiego spojrzenia. Chce się go oglądać na ekranie jak najdłużej i mimo że pobudki byłego żołnierza od początku wydają się niejasne, to jednak nie sposób nie zapałać do niego pewną sympatią. Widz – choć wie, że coś z nim nie tak – zwyczajnie woli wierzyć w dobre intencje Davida. Nawet, gdy głównego bohatera nie usprawiedliwia już zupełnie nic, przymyka się na to oko. Tak udana, dopracowana pod kątem scenariusza i aktorskiej kreacji, jest to postać.

Gość
“Gość”

Co prawda Stevens przyćmiewa resztę obsady, ale nie oznacza to, że ta wypada blado. Każdy z członków rodziny Petersonów dostaje swoje pięć minut i chociaż jest przy tym zarysowany dość grubą kreską to wzorowo dopełnia fabułę i wpisuje się w tę umowną konwencję Gościa. Wyróżnia się zwłaszcza dociekliwa, buntownicza córka, w którą wciela się Maika Monroe znana m.in. z Coś za mną chodzi. Dynamika, jaka zachodzi na linii David-Anna, stale się zmienia, ich relacja ewoluuje i trudno ją rozgryźć. O ile jeszcze do końca drugiego aktu Monroe oddaje pokornie pole Stevensowi, o tyle w trzecim zrównuje się z nim i dotrzymuje mu kroku na pierwszym planie. Na przestrzeni półtorej godziny wyraźnie dojrzewa, urastając do miana bohaterki w typie Sary Connor – oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji.

Zobacz również: “Euforia” HBO przypomni wam dlaczego liceum to najtrudniejszy etap życia [RECENZJA]

Wingard i Barrett zdradzali przy okazji różnych konwentów oraz wywiadów, że mieli mnóstwo pomysłów na Gościa i niemal do samej jego premiery nie byli pewni, które uda im się zrealizować, a które wykreślą ze scenariusza. Podejmując najważniejsze decyzje, uwzględniali m.in. reakcje publiki zgromadzonej na specjalnych, zamkniętych pokazach, organizowanych przed wypuszczeniem finalnej wersji do kin. Część nakręconego materiału wylądowała wtedy w koszu, ale akurat w tym przypadku można odnieść wrażenie, że zmiana koncepcji na tak późnym etapie wyszła filmowi na dobre. Planowane wyjaśnianie genezy Davida tylko wydłużyłoby i rozwodniło tę intensywną historię. Nic więcej niż to, co dostaliśmy, czyli: magnetyzującego Stevensa, synth-popowy soundtrack i błyskotliwą fabułę, naprawdę nie było trzeba.


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżamy czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.