Advertisement
KomiksKultura

“Kosmiczna Odyseja” – space opera w świecie DC od twórcy Thanosa [RECENZJA]

Maurycy Janota
Fragment okładki "Kosmicznej Odysei" / fot. materiały prasowe

Zgaduję, że jestem w znacznej mniejszości czytelników, których do Kosmicznej Odysei bardziej przyciągało nazwisko Jima Starlina niż Mike’a Mignoli. Wszak to ten drugi ma na koncie popularniejsze autorskie dzieła i to jego stworzenie uniwersum Hellboya wywindowało do ścisłej czołówki najważniejszych mainstreamowych artystów komiksowych ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat. Pierwszy zasłynął zaś głównie z pracy na rzecz gigantów, DC i Marvela, gdzie – jak wiadomo – o pełne docenienie przez publikę nieporównywalnie trudniej.

Dziś za wykreowanie postaci Thanosa, Draksa czy Gamory laury zbiera samo wydawnictwo, a najmocniej kojarzonymi z nimi nazwiskami są te należące do aktorów, którzy wcielili się w nie w filmach z rodziny MCU. O Starlinie, bez którego de facto nie byłoby ich w ogóle, pamiętać mogą co najwyżej koneserzy oldshoolowych komiksów z wczesnych lat 70. Tak się złożyło, że do początków kosmicznej sagi, którą scenarzysta, a zarazem rysownik wielu swoich historii, rozwijał na łamach rozmaitych periodyków Marvela, również i ja względnie niedawno sięgnąłem. Skłoniła mnie do tego w dużej mierze szalenie satysfakcjonująca lektura Rękawicy Nieskończoności. Liczące blisko pięć dekad, dość archaiczne zeszyty o przygodach Adama Warlocka czy Kapitana Marvela nie wywarły na mnie już takiego wrażenia, ale koncepcyjnie nadal prezentowały się imponująco. W stawianiu podwalin pod kosmiczne lore superbohaterskiego świata Starlin nie miał sobie równych.

Przykładowa plansza z “Kosmicznej Odysei” / fot. materiały prasowe

Stąd z kolei wzięło się u mnie wspomniane zainteresowanie napisaną przez niego dla DC Kosmiczną Odyseją, w której przyszło mu nie tyle tworzyć coś z niczego, co czerpać z dziedzictwa pozostawionego przez legendarnego Jacka Kirby’ego. Dlatego też w centrum opowieści snutej przez Starlina nie znajdują się Batman czy Superman, a bohaterowie sagi Czwartego Świata, czyli Darkseid i Highfather. To oni odkrywają, że do ich wszechświata przedostały się aspekty Antyżycia, mające za zadanie zniszczenie konkretnych planet i w konsekwencji uwolnienie śmiertelnego równania, które ześle zagładę na uniwersum. Jakkolwiek skomplikowanie i abstrakcyjnie by to nie brzmiało, scenarzyście udaje się całkiem klarownie wytłumaczyć to odbiorcy – nastawcie się po prostu na mocno ekspozycyjny pierwszy akt.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Do powstrzymania aspektów Darkseid – obiecujący, że wyjątkowo kierują nim szlachetne pobudki – werbuje wybranych ziemskich herosów (w tym napomkniętych przeze mnie Mrocznego Rycerza oraz Człowieka ze stali) i wysyła w wymagające interwencji zakątki kosmosu. Każda z grup inaczej radzi sobie z wyzwaniem i, co zbawienne dla historii, towarzyszą temu ciekawe wątki poboczne. Podróż Supermana i Oriona stoi pod znakiem ich ideologicznego konfliktu – Kal El jest unikającym walki pacyfistą, syn Darkseida dąży za to po trupach do celu. Marsjanina Łowcę i dzierżącego pierścień Zielonej Latarni, Johna Stewarta, dopada poczucie olbrzymiej odpowiedzialności za losy miliardów istot, a wyprawa pozbawionego mocy Batmana i wyszydzanego Foragera ma miejscami charakter ponurego śledztwa w poszukiwaniu kolejnego naśladowcy Kuby Rozpruwacza. I tylko wątek duetu Starfire-Lightray nie wyróżnia się niczym szczególnym i niespecjalnie zapada w pamięć.

Przykładowa plansza z “Kosmicznej Odysei” / fot. materiały prasowe

Zarówno formatem typowym dla wydań Deluxe od Egmontu, jak i opisem fabuły, Kosmiczna Odyseja na pierwszy rzut oka może przypominać słynne “Kryzysy” DC. Zagrożenie zostaje tak nawet nazwane na kartach komiksu, przez co nie byłoby nadużyciem postawienie albumu na półce tuż obok Kryzysu na nieskończonych ziemiach lub Nieskończonego kryzysu, ale pewne detale sprawiają, że nietrudno też zrozumieć, czemu uniknięto w tym przypadku tej właśnie terminologii. Cosmic Odyssey, mimo dużej stawki, nie porusza aż tylu strun uniwersum i nie angażuje w wydarzenia tak wielu bohaterów, jak tamte tytuły. Jest przy tym znacznie przystępniejszą i bardziej zamkniętą opowieścią, nierozwodnioną szeregiem preludiów lub tie-inów. Ot, niedługa, ale treściwa space opera ze znanymi i lubianymi postaciami, niewymagająca od czytelnika nie wiadomo jakiej wiedzy o regułach rządzących światem przedstawionym.

Przeczytaj również:  "kRaj", czyli jeszcze jedna polska katastrofa

Dodajmy też, że graficznie miniseria prezentuje się… solidnie. Możliwe, że będzie to niepopularna opinia, ale kreska wczesnego Mignoli nie sprawdza się najlepiej w konwencji science fiction i nie umywa się moim zdaniem do bardziej klasycznych prac George Péreza, Rona Lima (Rękawica…) czy samego Starlina (The Death of Captain Marvel). Zwłaszcza, że nie mówimy tu jeszcze o artyście ze w pełni ukształtowanym, charakterystycznym stylem. Ten Mignola dopracował dopiero potem. Jego ilustracjom z recenzowanego tomu bliżej do mniej dokładnych, pulpowych rysunków Daniela Warrena Johnsona (Wonder Woman: Martwa ziemia) niż estetyki Hellboya.

Przykładowa plansza z “Kosmicznej Odysei” / fot. materiały prasowe

Po zachwycie Rękawicą Nieskończoności, która stanowi dla mnie wzór epickiego, superbohaterskiego eventu, od Kosmicznej Odysei oczekiwałem podobnej kreatywności i polotu. Nie do końca to dostałem – fabuły Starlina dla Marvela kupiły mnie jednak bardziej – ale komiks i tak nie dostarczył mi większych powodów do narzekań. Nie zawaham się więc przed nazwaniem go kolejną wartą uwagi pozycją z linii DC Deluxe.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Kryzys na nieskończonych ziemiach, Rękawica Nieskończoności, Uniwersum DC według Mike`a Mignoli

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.