KomiksKultura

“Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena” – do grobowej deski [RECENZJA]

Maurycy Janota
Ostatnie łowy Kravena recenzja
Fragment okładki "Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena" / fot. materiały prasowe

Ostatnie dwadzieścia lat to najprawdziwszy wysyp wysokobudżetowych, aktorskich ekranizacji komiksów superbohaterskich – głównie ze stajni Marvela. Patrząc na kolejne zapowiedzi filmów i seriali wchodzących w skład uniwersum wykreowanego przez Kevina Feige i mając na uwadze wcześniejsze próby studiów Sony czy Fox, można dojść do wniosku, że… praktycznie wszystkie ważniejsze dla “Domu Pomysłów” historie doczekały się już swoich mniej lub bardziej wiernych adaptacji. Poza jedną.

Spójrzmy tylko – w Fantastycznej Czwórce: Narodzinach Srebrnego Surfera wzięto na tapet słynne Nadejście Galactusa Stana Lee i Jacka Kirby’ego, Niesamowity Spider-Man 2 odtwarzał kadry z głośnego runu Gerry’ego Conwaya, a w seriach Netfliksa widać wyraźne inspiracje m.in. Daredevilem Franka Millera i Alias Briana Michaela Bendisa. Filmowi X-Men to w dużej mierze unowocześniona reinterpretacja kultowej sagi Chrisa Claremonta o Mutantach, samo MCU czerpało zaś z takich tytułów, jak Zimowy żołnierz, Wojna domowa i Rękawica Nieskończoności. Mimo że rozmaici scenarzyści nie bali się sięgać po nawet najbardziej osobliwe komiksowe historie, dalej nie znalazł się śmiałek, który wziąłby się za bary z Ostatnimi łowami Kravena.

Ostatnie łowy Kravena recenzja
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena” / fot. materiały prasowe

Może to ze względu na mroczniejszy ton – tak niepasujący do dotychczasowych kinowych wcieleń Spider-Mana? A może decydującym czynnikiem było po prostu to, że pełna patosu i traktująca siebie śmiertelnie poważnie fabuła o polującym na Człowieka Pająka rosyjskim myśliwym ubranym w futro lwa niekoniecznie miałaby rację bytu poza panelami komiksu. Zamknięta w ich ramach działa, bo superbohaterska konwencja w stanie czystym wybacza to, czego nie wybaczałby ekran. Nieprzecenione znaczenie ma tutaj element szoku i zastosowanie pewnego zabiegu, który cieszył się popularnością właśnie w czasach powstawania Kraven’s Last Hunt.

Mowa o odkurzeniu niezbyt szanowanego, nieco przestarzałego czarnego charakteru i przedstawieniu go w zupełnie nowym świetle. Dokładnie to spotyka tu Sergieja Kravinoffa, którego obsesja na punkcie Spider-Mana wymyka się spod kontroli, skłaniając go do zaostrzenia metod i rzucenia odwiecznemu rywalowi wyzwania, z jakim dotąd nigdy się nie mierzył. W niektórych aspektach Ostatnie łowy Kravena przypominają fragmentami Sektę o Batmanie – inną publikację Egmontu, którą recenzowałem niedawno na łamach Filmawki. Podobnie makabryczny i psychodeliczny obierają kierunek.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]
Ostatnie łowy Kravena recenzja
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena” / fot. materiały prasowe

Łowy…, choć to od nich wyszedłem, zajmują jednak zaledwie ostatnią jedną trzecią albumu. Co zatem otrzymujemy oprócz tego? Szereg mniej znaczących perypetii Parkera, niespecjalnie związanych z opowieścią J.M. DeMatteisa. Ciężko nawet potraktować je jako średnio potrzebny, przydługi wstęp, skoro zajmują lwią część tego 468-stronicowego tomu. Prędzej służą temu, by osadzić Ostatnie łowy Kravena w szerszym kontekście i zobrazować współczesnemu odbiorcy jak odważna, niespodziewana i bezkompromisowa była to historia. To, że omawiane zeszyty wypadają blado i mało oryginalnie na tle finału, nie oznacza naturalnie, że nie mają swoich niezłych momentów.

Dużo uroku wprowadzają np. rozgrywający się na drugim planie romans Petera z Mary Jane oraz wątek przygotowań do ich ślubu, który śledzimy, gdy Spider-Man nie skacze akurat po dachach i nie walczy z superzłoczyńcami, a i intryga skupiona wokół syna Kingpina, pomimo tego, że zostajemy wrzuceni w sam jej środek, także potrafi przykuć uwagę. Solidny poziom nie powinien nikogo dziwić – David Michelinie, Peter David czy Christopher Priest (wówczas używający prawdziwego nazwiska i podpisujący się jako James C. Owsley) to w końcu nieprzypadkowi scenarzyści.

Ostatnie łowy Kravena recenzja
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena” / fot. materiały prasowe

Graficznie to typowy Marvel z ósmej dekady XX wieku, co – przynajmniej dla mnie – nie stanowi wady. Kreskę z tamtych lat można lubić albo nie, ale wydawnictwu i artystom należy oddać, że cechowała ich wtedy konsekwencja, dzięki której skoki jakości między kolejnymi numerami nie rzucały się tak w oczy, a przedstawiony świat zachowywał spójność, o jakiej mainstreamowe komiksy aktualnie mogą wyłącznie pomarzyć. Z szerokiego grona rysowników, których prace znalazły się w recenzowanym albumie (jest wśród nich m.in. wczesny John Romita Jr), najwięcej pola do zabawy z kompozycją oraz inscenizacją dostał Mike Zeck i to jego trzeba wyróżnić. Wszak w Ostatnich łowach Kravena pamiętnych kadrów nie brakuje.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Podsumowując, na pierwszy z wydanych po polsku tomów w formacie Epic Collection składają się: dość dłużący się początek nastawiony na akcję spod znaku generycznego superhero; całkiem przyjemny, obyczajowy środek oraz mocne zakończenie, ocierające się o psychologiczne studium obłędu oraz klimaty gotyckiego horroru. Czy dla czytelników spoza kręgu fanów świata Marvela będzie to wartościowa lektura? Wątpię. To pozycja skrojona przede wszystkim pod gusta miłośników komiksowej estetyki z lat 80. i postaci Spider-Mana. Ja jako osoba wychowana na serialu animowanym z 1994 roku bawiłem się przy niej przednio.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Batman: Sekta, Daredevil Franka Millera, Spider-Man Todda McFarlane'a

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.