Advertisement
KomiksKultura

„Daredevil: Nieustraszony. Tom 7” – nie taki diabeł straszny [RECENZJA]

Maurycy Janota
Fragment okładki tomu "Daredevil: Nieustraszony. Tom 7" / fot. materiały prasowe

Długo, bo przeszło trzy lata i jeden miesiąc, Egmont kazał czekać polskim czytelnikom na kontynuację zakończonych cliffhangerem komiksów Eda Brubakera o Daredevilu. Ciężko jednak mieć o to do wydawcy pretensje, wszak przez ten czas zdecydowanie nie próżnował.

Pomiędzy szóstym a siódmym tomem dostarczył bowiem zerowy, stanowiący kompilację zeszytów ze scenariuszami różnych autorów, które ukazały się przed runem Briana Michaela Bendisa (tomy 1-3) bądź w jego trakcie, oraz cztery albumy zbierające klasyczną sagę Franka Millera o zamaskowanym stróżu nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Wystarczyło zatem niecałe pół dekady, by Daredevil z postaci praktycznie niemal nieobecnej na rodzimym rynku (wcześniejsze pojedyncze wydawnictwa albo były poważnie okrojone, albo dawno wyczerpały nakład), stał się bohaterem w sumie dwunastu pięknie prezentujących się na półce, przetłumaczonych na język polski cegiełek.

Najnowszy Nieustraszony dopełnia i zamyka drugi wolumin Daredevila, na który oryginalnie składało się ponad sto trzydzieści numerów regularnej serii z lat 1998-2011. Zapewne dla wielu ze wciąż nieprzekonanych i niezaznajomionych z tym tytułem, to właśnie ostatni akord mógłby być czynnikiem rozstrzygającym czy warto wchodzić w tak rozbudowany cykl. Wówczas wszystko dość jednoznacznie wskazywałoby na to, że… nie.

Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 7” / fot. materiały prasowe

Historie pisane przez Andy’ego Diggle’a – a więc scenarzystę, którego nazwisko nie oddziałuje na wyobraźnię już tak, jak nazwiska poprzedników – nie sposób porównać do czekającej na mecie nagrody. To raczej ten przypadek, w którym po świetnym biegu, zamiast złotego medalu, kapituła wręcza wam dyplom. Niby lepsze to niż nic, spełnia minimum, ale obiecywano więcej. Rozczarowanie jest oczywistą reakcją. Mimo to nie posunąłbym się aż tak daleko, by uznać, że „siódemka” powinna determinować odbiór całej serii. Jeżeli na osiem tomów (włącznie z zerowym), sześć to czołowe osiągnięcia Marvela w XXI wieku, a dwa pozostałe też nie całkiem zasługują na nazwanie ich stricte złymi, wniosek wysuwa się sam: mocne strony ewidentnie przyćmiewają w Daredevilu słabe. Diggle nie przekreśla przecież pracy Bendisa i Brubakera – to kontynuacja położona stricte przez niego. Do tamtych komiksów dalej można wracać bez poczucia niesmaku.

Przeczytaj również:  „W trójkącie” – Farsostatkiem w piękny rejs | Recenzja | Nowe Horyzonty 2022

W obronie autora działa także to, że tytuł, który po nich przejął, tylko pozornie wydawał się atrakcyjny. W momencie przekazania mu pałeczki główny bohater, niewidomy prawnik Matt Murdock, zgodził się zostać nowym przywódcą „Dłoni” – klanu ninja będącego wieloletnim przeciwnikiem jego alter ego, czyli Daredevila. Kierowany podobnymi pobudkami jak wtedy, kiedy mianował się królem przestępczego światka Nowego Jorku (Skoro ktoś musi odgrywać tę rolę, a jedynymi kontrkandydatami są najgorsi wrogowie, czemu nie zaakceptować oferty?), wnika w struktury organizacji i planuje zinfiltrować ją od środka. Pradawne siły stojące za „Dłonią” komplikują to na tyle, że Matt wkrótce sam pada ofiarą ich manipulacji.

Początek tomu nie zwiastuje jeszcze chaosu, który nastąpi potem. Rysunki Roberto De La Torre utrzymane są w estetyce zaproponowanej przez Aleksa Maleeva, charakteryzują się stonowanymi kolorami (wyróżnia się jedynie krwista czerwień) i bardziej niż na dynamice czy ekspresyjności opierają się na gęsto, ale starannie pokreślonych ołówkiem szkicach. Również Marco Checchetto, choć jego kreska już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie mniej bogatej, dobrze odnajduje się w tej konwencji. Z kolei wspierany przez Antony’ego Johnstona scenarzysta może i nie układa tak naturalnych, wyważonych dialogów jak Bendis, ani nie konstruuje intrygi z precyzją Brubakera, ale podręcznikowo stosuje plot twisty i umiejętnie buduje napięcie. Nawet gdy z niektórymi pomysłami chybia (Czy zdradzanie kulis działalności stworzonego przez Millera, owianego tajemnicą klanu było naprawdę konieczne?), widać, że ryzykuje i nie pęka przed wyzwaniem. Im bliżej samodzielnie pisanego przez Diggle’a eventu Shadowland, tym niestety gorzej.

Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 7” / fot. materiały prasowe

To, co miało stanowić wisienkę na torcie, puentę tej ciągnącej się przez kilkanaście lat historii, okazuje się napompowanym bohaterami, rozmachem i akcją, ale przy tym przeraźliwie pustym blockbusterem. Na potrzeby tego zbędnie rozbuchanego crossovera Murdock przestaje być pełnokrwistą postacią, która posiada swoje racje i sensowne argumenty. Zamienia się w bezosobowy instrument – archetyp herosa, przechodzącego z jasnej na ciemną stronę mocy. Skutkuje to całkowitym wygaśnięciem stawki (której nie dało się odmówić pierwszym numerom zbioru) oraz emocji. Gościnne występy innych ulicznych mścicieli (Elektry, Spider-Mana, Luke’a Cage’a, Iron Fista, Punishera, Moon Knighta, Ghost Ridera, Wolverine’a, Shang-Chiego… kogoś pominąłem?) nie rekompensują strat, bo w większości przypadków niczemu nie służą. Rozmaici przedstawiciele uniwersum Marvela regularnie przewijali się przez Daredevila w poprzednich tomach – zwłaszcza Bendisowi udawało się zgrabnie wpisywać ich w superbohaterski krajobraz – ale zawsze w rozsądnej liczbie i po coś. W Shadowland na ich udziale korzysta jedynie artysta, Philip Tan – domyślam się, że rysowanie tylu postaci było dla niego cennym ćwiczeniem.    

Kwitująca album miniseria Odrodzony najbardziej odstaje stylistycznie od reszty zebranego tutaj materiału. Nie tylko ze względu na kreskówkowe ilustracje autorstwa Davide Gianfelice, bliższe pracom, chociażby Joe Quesady z Diabła Stróża, ale także fabularny ton. Tak, jak zeszyty sprzed eventu dążyły do złamania Matta i jego wszelkich dotychczasowych zasad, tak te służą wyjściu z zaułka, w jaki go zaprowadzono, przywróceniu wcześniejszego statusu quo oraz przygotowaniu gruntu dla Marka Waida, któremu Marvel powierzył następne dwa woluminy Daredevila. Wyłącznie w tych kategoriach zdają egzamin, bo scenariuszowo brakuje im jakiejkolwiek głębi lub autentyczności. Pretekstowość i pewną mechaniczność czuć tu za to na kilometr.

Przeczytaj również:  "Beverly" – Samotność przedmieść [RECENZJA]
Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 7” / fot. materiały prasowe

Komu zależy na jakościowych komiksach oraz godnym finale historii Bendisa i Brubakera, temu lekturę siódmego tomu Nieustraszonego śmiało można odradzić. Wciągającą, opartą na ciekawych moralnych dylematach protagonisty opowieść Diggle zwieńczył generyczną, pozbawioną większych ambicji trykociarską przepychanką. Jeśli jednak macie duszę kolekcjonera i uważacie się za fanów postaci, sprawdźcie. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Bywały gorsze okresy w serii o Daredevilu. Dziś po prostu się o nich nie pamięta. Shadowland to zaś zwyczajnie zbyt świeża rana, by o niej od tak zapomnieć.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Daredevil: Nieustraszony, Daredevil Franka Millera

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.