KomiksKultura

Nie zrażajcie się filmami – “Saga o Mrocznej Phoenix” to nadal świetny komiks

Maurycy Janota
fot. okładka "Uncanny X-Men: Dark Phoenix Saga TPB (1984 printing) autorstwa Billa Sienkiewicza

Jeszcze do czwartego maja na Comixology i Marvel Unlimited – dwóch największych platformach oferujących cyfrowe wersje komiksów – dostępna za darmo będzie pula głośnych tytułów rodem z „Domu Pomysłów” Stana Lee. Wśród użyczonego materiału znaleźć można historie, na podstawie których powstały potem przebojowe filmy superbohaterskie, m.in. Civil War Marka Millara o konflikcie Iron Mana i Kapitana Ameryki czy też szpiegowskie Winter Soldier Eda Brubakera. Paradoksalnie najważniejszą pozycją na liście jest jednak ta, która nie doczekała się udanej ekranizacji – pomimo aż dwóch prób! Mowa o kultowym Dark Phoenix Saga stworzonym przez Chrisa Claremonta i Johna Byrne’a.

Wpływu drugiego z tych panów na sukces omawianego dzieła nie wypada oczywiście zignorować, ale to pierwszy jest tutaj postacią kluczową. Prawdziwym architektem świata X-Men, stojącym za niesłychaną popularnością, którą cieszyły się na przełomie lat 70. i 80. periodyki dedykowane mutantom. Claremont przejął obowiązki scenarzysty sztandarowej serii Uncanny X-Men w 1975 roku i swoimi pomysłami z miejsca tchnął w nią nowe życie. To on wymyślił dla Marvela Mystique, Kitty Pryde, Rogue, Legiona, Gambita, Emmę Frost oraz wspomnianą Phoenix. Jego fabuły widocznie się zastarzały, ale wprowadzone przez niego koncepty i motywy na zawsze odmieniły komiksowy mainstream. Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że wpłynął na niego w nie mniejszym stopniu niż Steve Ditko, Frank Miller lub Alan Moore. Dark Phoenix Saga (Saga Mrocznej Phoenix) może nie jest najlepszym scenariuszem w karierze Claremonta (za to należy raczej uznać wybitne God Loves, Man Kills, z zaskakującą dojrzałością traktujące o uprzedzeniach i fanatyzmie), ale bez wątpienia stanowi jej szczytowy punkt.

Dlaczego opowieść o odkrywającej w sobie potężne moce Jean Grey zapisała się w takiej formie wielkimi zgłoskami w annałach popkultury, a zarówno jedna, jak i druga filmowa adaptacja poniosły artystyczną klęskę? Żeby rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do września 1963 roku, czyli narodzin X-Men. Stan Lee wspólnie z nieocenionym Jackiem Kirbym powołał wówczas do życia drużynę obdarzonych rozmaitymi zdolnościami mutantów. Należeli do niej Cyclops, Beast, Angel, Iceman oraz Marvel Girl (późniejsza Phoenix). Zebrani przez Profesora Charlesa Xaviera bohaterowie znajdowali się na marginesie społeczeństwie i stale musieli udowadniać, że nie mają wrogich zamiarów wobec ludzi. Seria początkowo budziła spore zainteresowanie, ale wraz ze zmianami scenarzystów popadała w coraz większą niełaskę. Po 66. numerze została zawieszona i jej przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Przez pięć kolejnych lat na łamach X-Men nie ukazywały nie żadne nowe historie.

Potrzebny był impuls i ten w końcu nastąpił. Giant-Size X-Men autorstwa Lena Weina i Dave’a Cockruma wprowadziło na scenę następców i odświeżyło skostniałą formułę. Do Cyclopsa – jedynego ostałego się członka oryginalnego składu – dołączyli: dobrze dziś wszystkim znany Wolverine, pochodząca z Afryki Storm, silny Rosjanin Colossus oraz wytykany w Niemczech palcami Nightcrawler. Wspierani przez Sunfire’a, Thunderbirda oraz Banshee’ego wyruszyli na pierwszą misję. Międzynarodowa, bardziej zdywersyfikowana generacja bohaterów prędko znalazła uznanie czytelników. Claremonta zaangażowano w projekt odkurzenia mutantów niemal od razu. Gdy seria wznowiła numerację, najpierw współpracował z Weinem i Billem Mantlo nad scenariuszami, a po trzech numerach miał już na nią wyłączność. X-Men znów stali się modni.

X-Men Milestones: Dark Phoenix Saga
fot. kadr z komiksu “X-Men Milestones: Dark Phoenix Saga” Chrisa Claremonta i Johna Byrne’a

Przejąwszy stery, autor dał fanom czas na oswojenie się ze zmianami. Zbudował od podstaw charaktery poszczególnych postaci, przypisując im konkretne cechy i rolę w zespole. Postawił również nowe zadania przed Cyclopsem. Scott Summers nie był liderem już tylko dlatego, że miał ku temu predyspozycje, ale także ze względu na doświadczenie. Chcąc nie chcąc musiał wziąć resztę pod swoje skrzydła, przez co praktycznie zrównał się statusem z Profesorem X. Niedługo później Claremont przywrócił zresztą do drużyny byłą Marvel Girl, co poszerzyło historię Cyclopsa o wątek romantyczny. Ściągnięcie Jean z powrotem nie ograniczyło się jednak wyłącznie do tego. Wkrótce miała ona stać się bowiem najważniejszym elementem układanki tworzonej przez scenarzystę.

Przeczytaj również:  "Arab przyszłości. Dzieciństwo na Bliskim Wschodzie (1978–1984)" - Trzech dyktatorów [RECENZJA]

To u Claremonta Grey posiadła moce Phoenix – prastarej, kosmicznej istoty, potrafiącej niszczyć całe planety. Z obiektu uczuć kolejnych bohaterów (Scotta, Xaviera, Logana…) młoda mutantka stała się kimś, od kogo zależały losy wszechświata. Walka z coraz częściej przejmującą nad nią kontrolę mroczną stroną osobowości wymagała od niej poświęceń, ogromnej siły woli oraz wzięcia na siebie odpowiedzialności za czyny jej alter ego.

Dark Phoenix Saga to opowieść z iście tragicznym, przypominającym starożytne greckie dramaty, konfliktem. X-Men próbują przeciwstawić się fatum, mimo że szanse na pozytywne rozstrzygnięcie maleją z sekundy na sekundę. Specjalnie wyselekcjonowana grupa, gotowa odeprzeć prawie każde niebezpieczeństwo i zdolna w zasadzie do wszystkiego, nagle okazuje się bezsilna i może tylko śledzić dalszy bieg wydarzeń. Storm, Nightcrawler czy Wolverine działają doraźnie, ale to w rękach Jean spoczywa ostateczny rezultat starcia z Phoenix.

X-Men Milestones: Dark Phoenix Saga
fot. kadr z komiksu “X-Men Milestones: Dark Phoenix Saga” Chrisa Claremonta i Johna Byrne’a

Niemałe znaczenie ma też fakt, że główny dla scenariusza wątek nie rozgrywa się w próżni. Czytając wydanie zbiorcze dostępne za darmo, niektórzy mogą czuć się zdezorientowani tym, że X-Men nim „przejdą do rzeczy” przez pierwszą połowę komiksu mierzą się ze złowrogą organizacją Hellfire Club, odwiedzają starych członków oraz werbują nowych (poboczną wartością albumu jest to, że to właśnie tutaj debiutowały ważne dla uniwersum Kitty Pryde, Emma Frost oraz Dazzler). Pozornie mogłoby się wydawać, że rozwadnia to fabułę, a Claremont nie skupia się na tym, na czym powinien. Nic bardziej mylnego. Finalnie osadza ją w kontekście, prezentuje jak funkcjonuje tytułowy zespół oraz pokazuje ich multitasking. To, że na horyzoncie pojawia się następne zagrożenie, nie oznacza, że inne znikną jak za machnięciem magicznej różdżki.

Z podobnego założenia wychodziły ekranizacje. W nich także przemiana Jean korespondowała z istotnymi zmianami w świecie mutantów. W Ostatnim bastionie Bretta Ratnera z 2006 roku było to odkrycie cofającego mutacje leku, zaś w zeszłorocznej Mrocznej Phoenix Simona Kinberga stworzenie dla nich azylu na wyspie Genosha. Abstrahując od tego jak je poprowadzono, oba te pomysły zasługują na pochwałę – nie dość, że współgrają z tonacją poprzednich części lepiej niż robiłby to arystokratyczny Hellfire Club (wykorzystany już zresztą w X-Men: Pierwsza klasa), to dodatkowo odpowiadają wizji świata bojącego się mutantów. Problemem okazało się coś innego, a mianowicie nieumiejętne położenie fundamentów, co jawi się jako niewybaczalne, biorąc pod uwagę, że zarówno Ostatni bastion, jak i Mroczna Phoenix stanowiły sequele bazujące na okrzepłym kinowym uniwersum.

Bardziej uzasadnione wydawało się adaptowanie sagi Claremonta przez Ratnera. Reżyser nie był wcale na straconej pozycji. Jego film, będący zamknięciem trylogii, poprzedzały przecież dwie udane i cenione przez publikę produkcje – X-Men oraz X-Men 2. Przejmował więc gotową serię konsekwentnie trzymającą się swojej myśli przewodniej, z rozbudowanymi bohaterami oraz ugruntowanymi relacjami między nimi. Co prawda, Bryan Singer nie kładł we wcześniejszych częściach nacisku na Jean i Scotta – preferował na pierwszym planie Wolverine’a, Charlesa oraz Magneto – ale nadal były to postacie z potencjałem, aby udźwignąć tę historię. Oczywiście po zapewnieniu im ku temu odpowiednich warunków. A takich zabrakło.

X-Men: Ostatni bastion
fot. kadr z filmu “X-Men: Ostatni bastion”

Famke Janssen wypadła w roli Phoenix bardziej przekonująco niż jako właściwa Marvel Girl, ale nawet to nie pomogło zamaskować dotychczasowych luk w jej charakterze. Ekranizacja świadomie zrezygnowała z tego, co czyniło komiks angażującym, czyli zmagań dwóch ścierających się osobowości. „Dobra” Jean oddała w niej pole „złej” i od początku kreowano ją na złoczyńczynię. Niewiele przemawiało za tym, że jej odkupienie jest jeszcze realne. U Claremonta można było się o to łudzić, bo podejmowała rękawicę rzuconą przez kosmiczny byt, przejawiała ludzkie odruchy i starała się nie krzywdzić swoich bliskich. Z kolei filmowa Grey bez mrugnięcia okiem mordowała przyjaciół.

Przeczytaj również:  Na hamaku z komiksem, czyli 10 najciekawszych komiksowych premier czerwca [ZESTAWIENIE]

Ratner, jakby zdając sobie sprawę z tego, że Cyclops w wersji Jamesa Marsdena cierpiał na niedobór charyzmy, przekazał jego fabularne funkcje Wolverine’owi o twarzy Hugh Jackmana. Rozsądne, acz spłycające opowieść rozwiązanie. Wątek Summersa w Dark Phoenix Saga był zwyczajnie bardziej złożony. Nie chodziło w nim tylko o nieszczęśliwą miłość (za którą notabene w komiksie stała znacznie dłuższa, wieloletnia historia), ale także o odpowiedzialność za zespół i dojrzewanie do roli lidera.

Reżyser Mrocznej Phoenix, kontynuacji X-Men: Apocalypse, Simon Kinberg operował w świecie, w którym Jackman pożegnał się już z postacią Logana, zatem siłą rzeczy nie mógł zastąpić go nikim innym, jak młodym Scottem. Zapowiadało się na to, że większa wierność oryginałowi wyjdzie w tym przypadku wszystkim na dobre. Cyclops Tye’a Sheridana z rebootu (będącego zarazem prequelem Ostatniego bastionu) odziedziczył bowiem wiele cech komiksowego. Miał w sobie coś z harcerzyka, ale był przy tym na tyle pewny siebie i bystry, że łatwo zrozumieć czemu Xavier widział w nim przyszłego przywódcę.

Sophie Turner, która już na papierze zdawała się idealną Jean, podobnie jak Sheridan, wykreowała ciekawszą postać niż ta, którą poznaliśmy w trylogii Singera i Ratnera. Mutantka w jej wydaniu zyskała bardziej ludzkie oblicze. O ile Janssen sprawiała wrażenie posągowej bohaterki, wprost stworzonej do tego, by mężczyźni wokół niej mieli o kogo rywalizować, o tyle dziewczyna grana przez Turner przypominała zwykłą, zagubioną nastolatkę. Wpasowała się w ten sposób w produkcję, która w przeciwieństwie do Ostatniego bastionu, poruszała kwestię dramatu Grey, zmagającej się z uwięzioną w niej bestią. Ponownie jednak, ani to, ani całkiem niezła chemia z Sheridanem nie wystarczyły, by po dwóch rozczarowujących blockbusterach widz mógł faktycznie przywiązać się do tego duetu – nic dziwnego, skoro bohaterowie oryginalnej trylogii dostali film więcej, a mimo to twórcom również nie udało się tego osiągnąć.

X-Men: Mroczna Phoenix
fot. kadr z filmu “X-Men: Mroczna Phoenix” (“Dark Phoenix”)

W Ostatnim bastionie zawiniło to, że Ratner wziął zaniedbaną przez Singera Jean i instrumentalnie umieścił ją w centrum fabuły, nie pozwalając jej dojść do głosu. Kinberg potraktował Grey poważniej, ale nie miał takiej bazy jak poprzednik, więc musiał na potrzeby Mrocznej Phoenix poganiać rozwój swojej protagonistki. Nie sugeruję tutaj, że efektu kilkuletniej pracy Claremonta nie da się zekranizować bez uprzedniego nakręcenia pięciu czy sześciu filmów-prologów. Dążę zaś do tego, że Dark Phoenix Saga nigdy nie zagra w kinie, jeśli Marvel Girl za każdym razem będzie rozpatrywana jedynie w kategoriach narzędzia niezbędnego do przeniesienia tej opowieści na ekran i tylko pod nią budowana jako postać.

Pisząc o adaptacjach sagi Claremonta i Byrne’a, nie można nie zwrócić uwagi na pewną zabawność związanej z nimi sytuacji. Otóż, Kinberg, który wyreżyserował oraz napisał scenariusz do Mrocznej Phoenix, był także scenarzystą… Ostatniego bastionu. Ta sama osoba dostała rzadko spotykaną szansę na to, by dwa razy pracować w ramach wysokobudżetowego projektu nad tym samym materiałem. I choć miejscami czuć, że wyciągnął wnioski po pierwszej porażce, to finalnie zaliczył kolejną. Nieudane podejścia do Dark Phoenix Saga, jak żadne inne superbohaterskie ekranizacje, pokazują siłę komiksowego medium, która leży w możliwości rozkładania wielkich, wciągających fabuł na całe lata i pozwala na stopniową ewolucję ich bohaterów. Omawiane filmy z serii X-Men próbowały pośpiesznie i wybiórczo odtworzyć historię, będącą niespotykanym dotąd wydarzeniem jednoczącym herosów przewijających się przez komiksy o mutantach od początku ich publikacji. Dorównującą przy tym rozmachem Rękawicy Nieskończoności, na motywach której oparto później Avengers: Wojna bez granic i Avengers: Koniec gry. Jeżeli dodamy do tego zawirowania przy produkcji i brak jasnej koncepcji, takie przedsięwzięcie nie mogło się udać.

Dark Phoenix Saga ukazało się po polsku nakładem Hachette w szóstym tomie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela pt. Uncanny X-Men: Mroczna Phoenix. W księgarniach dostępna jest także wydana przez Insignis książkowa adaptacja autorstwa Stuarta Moore’a pt. Marvel X-Men. Saga Mrocznej Phoenix.

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.