Advertisement
KomiksKultura

“Faithless” – miłosne czary w służbie sztuki [RECENZJA]

Maurycy Janota
Faithless recenzja
Fragment okładki autorstwa Marii Llovet

Mucha Comics, która polskim czytelnikom może kojarzyć się przede wszystkim z wprowadzaniem na rodzimy rynek popularnych serii Marvela (Alias, New X-Men) lub cenionych przez krytykę tytułów z portfolio Image (Saga, Gideon Falls), kilka lat temu rozszerzyła swoją ofertę o komiksy BOOM! Studios. Po dłuższej przerwie, do Pustego człowieka i Potter’s Field dołączył trzeci przedstawiciel tego wydawnictwa.

Patrząc na nazwiska twórców oraz sam opis, można było przypuszczać, że Faithless wzbudzi większe zainteresowanie niż jego wyżej wspomniani poprzednicy. Nie tylko dlatego, że odpowiada za nie znany m.in. ze 100 naboi Brian Azzarello, ale również ze względu na tematykę, z którą tenże postanowił się zmierzyć. Bądź co bądź, nieczęsto się zdarza, by tak rozpoznawalny, mainstreamowy autor brał na warsztat komiks erotyczny. Z tych, którzy przecierali szlaki, do głowy przychodzą mi Howard Chaykin oraz Alan Moore i to właśnie z ich dziełami w pierwszej kolejności skojarzyło mi się Faithless – nie mam tu jednak na myśli odpowiednio: Black Kiss i Lost Girls, a Black Kiss i… Prometheę. Zarys fabuły – odrobinę omyłkowo – sugerował pewne podobieństwo do historii o władczyni mitycznej krainy Hy Brasil.

Faithless recenzja Mucha comics
Kadr z “Faithless” / fot. materiały prasowe

U Azzarello erotyka krzyżuje się bowiem z fantastyką. Tak, jak u Moore’a, główną bohaterką jest tutaj młoda, wielkomiejska dziewczyna o ekscentrycznych, wyśmiewanych przez imprezowych znajomych, zainteresowaniach. Zarówno Faith, jak i Sophie z Promethei, fascynują się mistycyzmem i magią, którą wkrótce, wskutek niespodziewanego obrotu wydarzeń, udaje się im posiąść. Dokładając do tego sekrety świata artystów oraz elementy pornografii, Faithless jawiło się w mojej głowie przed lekturą jako dziwna mieszanka urban fantasy Moore’a z noirowym thrillerem Chaykina. Ostatecznie, im bardziej zagłębiałem się w komiks Azzarello, tym bliżej było mu do serii pokroju – choćby – Nomen Omen Jacopo Camagniego i Marco B. Bucciego.

Przeczytaj również:  "Szkoła filmowa ma sens". Mówi nam Piotr Lenar, założyciel Ama Film Academy [WYWIAD]

Mimo że tomik od Muchy zdecydowanie kierowany jest do dorosłego czytelnika, strukturą przypomina opowieści z gatunku young adult (Azzarello przyznawał nawet w zapowiedziach, że pierwotnie szedł w tym kierunku). Te, w których nie starsze niż w wieku studenckim, stereotypowe protagonistki – w znacznym stopniu pozbawione charakteru, ale zwykle z naznaczoną jakimś tragicznym wydarzeniem przeszłością – okazują się wybrańczyniami wplątanymi w nie do końca jasną intrygę, o której wiadomo tyle, że stoją za nią „złe moce”. Podobnie jak w wielu tego typu historiach, Faith także napotyka na swojej drodze niecodzienne, wywodzące się z zupełnie innego świata postacie, które pokazują jej nowe możliwości i wprowadzają w nieznane, kuszące ją środowiska.

Faithless recenzja Mucha comics
Kadr z “Faithless” / fot. materiały prasowe

Nie można zatem powiedzieć, żeby Azzarello eksperymentował ze scenariuszem lub zaskakiwał. Wręcz przeciwnie. Gdyby wyrzucić z Faithless odważne sceny seksu – co jednak wcale nie byłoby takie łatwe, gdyż nie stanowią one wyłącznie dodatku czy przerywnika, a niemal motor napędowy fabuły – zostałoby coś na kształt niewyszukanego fantasy. Uwzględniając je, otrzymujemy po prostu komiks, opierający się w zasadzie tylko na tym – z braku lepszego słowa – „gimmicku”, wyróżniającym go na tle konkurencyjnych tytułów. Nie zaś na bohaterach, ponieważ ci nakreśleni są grubą kreską, albo złożonej historii, bo o tej też na razie nie może być mowy.

Przy założeniu, że autorowi przyświecało stworzenie mało ambitnego erotyka, trochę zbyt górnolotnie brzmią wszystkie te hasła o tym, że dzieło Azzarello to koncepcyjnie zachwycająca opowieść o odkrywaniu siebie i miłości. Nawet odkładając tę kwestię na bok, na jaw wychodzą jeszcze inne problemy. Seks w Faithless zaledwie miejscami wynika z pożądania i namiętności. Bardziej w pamięć zapadają te momenty, w których scenarzysta dość bezrefleksyjnie wykorzystuje go jako narzędzie do… właściwie ciężko stwierdzić czego. Często jest on tutaj automatyczną czynnością, w której nie biorą udziału zmysły czy świadomość – w orgii uczestniczy pozbawiony decyzyjności tłum, a przejmowanie kontroli nad ludźmi sprowadza się do karania ich poprzez gwałt (pewnie, ofiary czarów są postaciami negatywnymi, ale nic nie tłumaczy prezentowania gwałtu w kategoriach uzasadnionej kary). Dodajmy wątpliwe przedstawienie mniejszości (biseksualność Faith zdaje się zahaczać o stereotypy według których osoby o tej orientacji skaczą z kwiatka na kwiatek i nie potrafią dochować partnerom wierności), ignorowanie słów sprzeciwu oraz publiczne molestowanie (tu zignorowane i potraktowane jako nieszkodliwe zachowanie odklejonej od rzeczywistości bezdomnej), a w efekcie dostaniemy twór, który z różnych powodów nie każdemu może się spodobać…

Przeczytaj również:  "Ratched", czyli niepotrzebne żerowanie na klasyku [RECENZJA]
Faithless recenzja mucha comics
Kadr z “Faithless” / fot. materiały prasowe

Przed zamknięciem Faithless w szufladce męskich fantazji na temat seksualności płci przeciwnej, tytuł ratuje stojąca na wysokim poziomie oprawa graficzna Marii Llovet. W jej barwnych, pop-artowych rysunkach, oprócz oczywiście kobiecej ręki, która przejawia się w wiarygodnym ukazywaniu żeńskiego ciała, czuć także wpływy mangowej estetyki, co dotyczy zwłaszcza sposobu oddawania mimiki i ekspresji bohaterów. Pochodzącej z Hiszpanii artystce pozostaje więc życzyć, by komiks z BOOM! Studios stanowił dla niej trampolinę do dalszej kariery.

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Promethea, Nomen Omen, Black Kiss

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.